czwartek, 29 czerwca 2017

Wesela w domu

Kilka dni temu pojechałam do Słupska. Po miesiącach nieobecności postanowiłam odwiedzić miasto, w którym narodził się pomysł na prowadzenie bloga. Poza tym, w repertuarze Nowego Teatru im. Witkacego pojawiło się kolejne przedstawienie. Spektakl Wesela w domu w reżyserii Stanisława Miedziewskiego jest adaptacją powieści Bohumila Hrabala, z których zaczerpnięto najważniejsze wątki składające się na sceniczną opowieść o czeskim pisarzu i jego życiu w niełatwej, powojennej rzeczywistości. 


Igor Chmielnik jako Bohumil Hrabal. Fot. Tomasz Iwański

Losy artysty są częściowo przedstawione z perspektywy jego żony, towarzyszącej Hrabalowi w codziennym życiu, pisarstwie i walce o trzeźwość (zazwyczaj przegranej). Na scenie słupskiego teatru zobaczyłam przedstawienie o kameralnym charakterze, przepełnione atmosferą wspomnień, nieśpieszne. Muszę przyznać, że nie do końca wierzyłam w ten tytuł, tymczasem to dobry kawałek teatru.

Na fabułę tego półtoragodzinnego spektaklu składają się sceny prezentujące wydarzenia z życia Bohumila oraz Eliski - jego ukochanej żony. Widzowie poznają oboje bohaterów w szczególnym momencie ich życia – Hrabal, który po latach nauki ukończył studia prawnicze, nie dąży do zyskania uznania w zawodzie. Całe dnie poświęca na pisanie. Obserwuje świat, otaczających go ludzi, pogrąża się również we wspomnieniach z dzieciństwa. Spisuje ulotne wrażenia i myśli. Takim widzi go Eliska, młodsza od niego kobieta po przejściach. Starająca się zapomnieć o zawodzie miłosnym, bohaterka z nostalgią wspominająca dawne życie opływające w beztroskę i wygodę, nie idealizuje mężczyzny. Widzi jego wady, dostrzega artystyczny nieład prowadzonego przez Bohumila życia. Mimo to decyduje się połączyć swój los z rozchwianym emocjonalnie pisarzem.

Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Igor Chmielnik (Hrabal) i Monika Janik (Eliska).
Fot. Tomasz Iwański

Obok tej dwójki na scenie zobaczyć można ich najbliższych, rodzinę obojga postaci, a także przyjaciół Hrabala. Jego znajomi z przeszłości pojawiają się jak cienie, przynosząc ze sobą informacje uzupełniające biografię pisarza. Bohaterom czas wypełniały zmagania z matką mężczyzny, jego sklerotycznym stryjem, a także systemem politycznym.

Losy Hrabala przedstawiane są na słupskiej scenie tle powstających na żywo obrazów, rysowanych na czarnej tablicy przez Piotra Igora Salatę. Jego rysunki ukazują między innymi sielskość rzeki nad jaką spotykali się główni bohaterowie, Boską opatrzność obserwującą ich drogę do ołtarza, czy mapę myśli pisarza. Podczas spektaklu widzowie mogą usłyszeć muzykę Tomasza Giczewskiego, który swoje kompozycje odgrywa na napełnionych wodą kieliszkach, butelkach, deseczkach. Eksperymentalny charakter dźwięków perfekcyjnie dopełnia akcję sceniczną. Naprawdę perfekcyjnie. Warto wybrać się na „Wesela w domu” choćby przez wzgląd na muzykę, gdyż jest świetna. Brawa dla twórców pracujących przy przedstawieniu, ich działania powołały do istnienia inscenizację o niezwykłym charakterze.

Igor Chmielnik (Hrabal) na tle jednego z obrazów. Fot. Tomasz Iwański

Wesela w domu to także gra aktorska. W Hrabala wciela się Igor Chmielnik. Aktor stworzył na scenie postać mężczyzny rozdartego pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, tkwiącego w świecie swoich pragnień. Odrobinę dziecinny, trochę zagubiony, najlepiej czuje się we wnętrzach praskich barów i w czasie szaleńczego tańca.

Kontrastem dla niego jest Eliska, kreowana na scenie przez Monikę Janik. Poważna młoda kobieta stara się rzucić wyzwanie światu. Opiekuje się rozedrganym mężczyzną, bez słowa wyrzutu przyjmując codzienność wspólnego życia. Monice Janik udało się stworzyć pełnowymiarową postać, nadać jej emocje i sprawić, by widzowie podążali za jej opowieścią.

Wesela w domu - Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Monika Janik, Krzysztof Kluzik, Bożena Borek, Jerzy Karnicki
w scenie ze spektaklu. Fot. materiał teatru

Wesela w domu nie jest spektaklem o jednolitym charakterze. Pojawiają się w nim zarówno elementy humorystyczne, jak i przepełnione melancholią. Adaptacja autobiografii pisarza pełna jest nawiązań do wydarzeń sprzed II wojny światowej oraz ciężarów życia w czasie jej trwania. Jednocześnie nie są to suche fakty, lecz anegdoty, których obecność w przedstawieniu wyznacza rytm opowiadanej historii.

Najnowsze przedstawienie Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku jest hołdem składanym życiu, jednak nie wyłącznie obfitującemu w wydarzenia życiu Bohumila Hrabala. To kalejdoskop prezentujący prawdy o życiu takim, jakie jest. Pełnym niedostatków, nie zawsze uczciwym czy sprzyjającym. A mimo to silnym w swym dążeniu do wypełnienia się. Wesela w domu to mądry, dobrze zrealizowany spektakl.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Bóg małych rzeczy

Bóg małych rzeczy to jeden z najsmutniejszych spektakli, jakie miałam okazję obejrzeć w sezonie artystycznym 2016/2017. Adaptacja powieści Arundhati Roy przygotowana przez Marcina Brzozowskiego rozgrywana jest w doskonałym tempie, który nie doskwiera widzom, pozwalając im powoli zagłębić się w świat widziany oczami dwójki rodzeństwa - Rahel i Estha.


Fot. HaWa

Ze wspomnień przywoływanych przez bliźnięta wyłania się obraz Ajemenem, miasteczka w zachodnich Indiach, gdzie bohaterowie mieszkali ze swoją matką, a także pozostałymi członkami wielopokoleniowej rodziny. Nad beztroskim życiem dzieci, jak cień unosił się rozwód rodziców, a także dyskryminacja kastowa, wciąż silna w ich środowisku. Osamotnione bliźnięta, mimo obecności licznej rodziny, z radością odnosiły się do odwiedzin angielskiej kuzynki Sophie Mol. Dzieci miały wypełniać swój czas zabawą i radością. Niestety los nie sprzyjał młodym bohaterom, okazując się dla nich wyjątkowo okrutnym.

Fot. HaWa

Przedstawienie Bóg małych rzeczy w łódzkim Teatrze Szwalnia stara się w skondensowanej formie pokazać realia życia w Indiach, tak malowniczo ale również melancholijnie i nie bez wyrzutów opisane na łamach powieści. Twórcy przedstawienia wybrali z liczącej ponad trzysta stron książki wątki i motywy niezbędne do ułożenia wciągającej, przepełnionej liryczną atmosferą opowieści. W ich spektaklu nie ma scen zbędnych. Każde słowo, każdy gest jest przemyślany i przepełniony treścią. Nie są to puste znaki teatralne. Nie wszystkie sekwencje wypadają idealnie, jednak jako całość niosąca znaczenie i sens, realizacja Marcina Brzozowskiego ma wysoki poziom artystyczny.

Problemem dla widzów, którzy nie spotkali się wcześniej z powieścią oraz pojawiającymi się na jej kartach bohaterami, może być wielość zazębiających się wątków. Jest to fascynujące podczas czytania książki, jednak w spektaklu może budzić wątpliwości odbiorcze. Nie mniej, to tajemnica związana z przerwanym dzieciństwem dwójki bohaterów, jest najistotniejszą częścią opowieści, jej przedwczesne odkrycie nie jest możliwe ani wskazane.

Fot. HaWa

W Bogu małych rzeczy wykorzystywana jest interesująca scenografia, zwłaszcza ściana zbudowana z półek i stojących na nich słoików, przedstawiająca wnętrza rodzinnej fabryki przetworów. To na jej tle rozgrywają się radości i nieszczęścia młodych bohaterów, a także ich pogrążonej we własnym świecie matki. Niemożliwa do spełnienia miłość przytłacza kobietę, wpływając na jej relacje z dziećmi, z sąsiadami.

W przedstawieniu występują studenci wydziału aktorskiego Państwowej Szkoły Filmowej w Łodzi.  Anna Bolewska, Anna Bieżyńska, Anna Biernacik, Mateusz Więcławek, Mateusz Czwartosz, Oskar Borkowski wcielający się w odmienne postacie pokazali siłę tkwiącą w młodości i talent, wart dalszego doskonalenia w „Filmówce”. Mimo smutnej historii opowiadanej w spektaklu, patrzenie na ich grę sceniczną sprawiało estetyczną przyjemność.

Fot. HaWa

Tę dostarczała również oprawa muzyczna, zapewniana przez Barbarę Drążkowską. Grane przez nią na żywo melodie stanowiły nienachalne, pełne smaku dopełnienie przedstawienia.

Teatr Szwalnia zakończył sezon artystyczny 2016/2017 Bogiem małych rzeczy. Można mieć tylko nadzieję, że jesienią przedstawienie wróci na deski tej sceny. Jest to bowiem spektakl wart uwagi, przejmujący w swej treści, niepozbawiony odrobiny melancholii i tęsknoty za zmarnowanymi, odrzuconymi szansami. Chętnie obejrzę go raz jeszcze.

Fot. HaWa