niedziela, 30 kwietnia 2017

Kwiecień plecień

Minął kwiecień, miesiąc który poświęciłam na uzupełnianie wiedzy z dziedziny teatru i nie tylko. W czerwcu przypada druga rocznica ukończenia przeze mnie studiów, jednak przez cały ten czas uporczywie wracała do mnie jedna myśl. Nawet więcej – postanowienie. W trakcie licencjatu byłam przekonana, że moja edukacja nie zakończy się na tytule magistra, lecz na drugim etapie studiów zaczęły mnie dopadać wątpliwości i ostatecznie po obronie pracy magisterskiej odpuściłam. W zeszłym roku doszłam do wniosku, że niezrealizowane postanowienie ciąży mi jak niedopite wino w lodówce, przez co nie wszystko jest tak, jakbym chciała. Za dwa miesiące złożę podanie o przyjęcie na studia doktoranckie.


Zbieranie niezbędnych dokumentów i przygotowywanie wstępnej koncepcji doktoratu zepchnęło chodzenie do teatru na dalszy plan. W maju też nie zamierzam być aktywnym recenzentem, choć pewnie postów będzie więcej niż w kwietniu. W tej chwili mogę zapowiedzieć jeden, za to nietypowy. Przedłużam majówkowy wypoczynek i wyjeżdżam do Belgii. 6 maja w Forest National w Brukseli obejrzę francuski musical Les 3 Mousquetaires :D 

Afisz promujący tournée musicalu

Forest National to wielofunkcyjna hala, jakich wiele w całej Europie. W zależności od potrzeb można w niej przeprowadzić zawody sportowe, zagrać koncert, wystawić spektakl. Bardzo ciekawi mnie, jak przebiegnie widowisko, ponieważ śledzę jego tournée po Francji i Belgii, widzowie gromadzący się na kolejnych spektaklach są zachwyceni. Podejrzewam, że też będę. 

Do takiego wniosku skłaniają mnie piosenki pochodzące z widowiska; poznałam je rok temu. Nie wszystkie wywołują chęć nucenia ich pod nosem, jednak mam osiem "kawałków", których możliwość usłyszenia na żywo bardzo mnie cieszy :)

Fabuła musicalu jest mi znana, w tym roku obejrzałam wrocławską wersję Trzech muszkieterów (pisałam o niej tutaj), więc zyskam wspaniałą okazję do porównania wizji artystycznych twórców obu widowisk. 

Les 3 Mousquetaires zapowiada się na komercyjne, spektakularnie przygotowane musicalowe widowisko z popową muzyką. Występują w nim artyści znani z cenionych kilka, -kilkanaście lat temu spektakli, co z jednej strony można odbierać jako przyciąganie widzów konkretnymi nazwiskami, jednak mnie bardzo ucieszył fakt, że będę miała okazję zobaczyć na scenie Victorię (cenioną przeze mnie od momentu poznania musicalu Le Roi Soleil) i Golana Yosefa, o którym wiem, że tańczy świetnie, jednak czy okaże się równie utalentowanym solistą? Z narastającą ciekawością oczekuje na spektakl. 

Les 3 Mousquetaires cast
Obsada Les 3 Mousquetaires

Po powrocie do Polski zaplanowane mam kolejne konferencje naukowe i przygotowanie do egzaminu DELF z języka francuskiego. To wszystko jest obecnie ważniejsze niż regularne posty na blogu. Nie zamierzam jednak pozwolić szanownym Czytelnikom zapomnieć o sobie, gwarantuje ;) Życzę przyjemnego majówkowego weekendu i do kolejnego wpisu, zapewne prosto z Brukseli. 

Na zakończenie piosenka pochodząca z Les 3 Mousquetaires - De mes propres ailes



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Mozart, l'opera-rock. Koncert

Mozart, l’opera rock był trzecim francuskim musicalem, jaki poznałam. Dzieło Oliviera Duhana, wyprodukowane przez duet Attia/Cohen, wystawiano w Paryżu od 2009 roku. Widowisko doczekało się również trasy koncertowej, niestety nie dane mi było obejrzeć go na żywo. Muzyka skomponowana na potrzeby spektaklu przypadła mi do gustu, teksty piosenek zapadły w pamięć, a kilkoro solistów występujących w widowisku do dziś znajduje się na mojej facebookowej liście obserwowanych.


Baner reklamujący koncert na warszawskim Torwarze

Przyzwyczaiłam się już do tego, że dostępność informacji o francuskich musicalach praktycznie w Polsce nie występuje. O ile od czasu do czasu w mediach związanych z teatrem można znaleźć wzmianki o nowych spektaklach wystawianych na West Endzie, czy Broadwayu, o tyle na temat francuskich produkcji nikt nie pisze. Kiedyś mnie to drażniło, teraz omijam „pośredników” i szukając nowych, interesujących francuskich musicali przeszukuję francuskie witryny. Jednak dwa miesiące temu przeżyłam prawdziwy szok. Stojąc na jednej ze stacji warszawskiego metra zobaczyłam reklamę Mozart, l’opera rock. Szybkie mignięcie charakterystycznej grafiki zastąpione reklamą jakiegoś sklepu. Przeczekałam serię kolejnych reklam i ujrzałam afisz informujący o koncertowej wersji widowiska, jaka miała odbyć się 9 kwietnia na warszawskim Torwarze. Wejście na wydarzenie załatwiłam trzy dni później 😃

Koncert nie okazał się komercyjnym sukcesem. Widzowie zgromadzeni w hali nie zdołali wypełnić jej po brzegi. Miałam miejsce idealnie na wprost sceny i byłabym nim zachwycona, gdyby nie drobny mankament. Okazali się nim panowie technicy, których stanowisko znajdowało się pod moim rzędem i którzy kręcili się, sprawdzając jakość oświetlenia. Podobnie jak obsługa Torwaru. Starałam się na nich nie patrzeć, tylko skupić się na koncercie.

Na scenie orkiestra i zespół rockowy, chór, dyrygent, a jak się później okazało – także wokalista. I soliści, wcielający się w postacie znane z musicalu. Tu muszę wspomnieć o największym paradoksie tego koncertu: na żadnej stronie internetowej, na plakatach, na ulotkach, na oficjalnym portalu organizatora koncertu nie zostały podane nazwiska artystów biorących udział w koncercie. Za to wiele osób dało się „złapać” na grafiki prezentujące francuską obsadę. Niestety, to nie byli oni. W obecnej chwili ludzie składają reklamacje do organizatora koncertu za wprowadzenie widzów w błąd. Bilety kosztowały nie mało, a jakość koncertu pozostawiała trochę do życzenia. 

Nie poczułam się jednak oszukana, gdyż posłużyłam się Facebookiem i przed koncertem sprawdziłam profile francuskich artystów, którzy występowali w widowisku przed kilkoma laty(#lifehack). Każdy z nich jest obecnie zajęty innymi projektami, grają w nowych produkcjach, koncertują i żadne z nich nie udostępniało informacji, że weźmie udział w koncercie w Warszawie. Oczywiście szukanie informacji na portalu społecznościowym mogło nie wystarczyć, jednak poznałam specyfikę reklamowania wydarzeń artystycznych i wiem, że jeśli artysta nie chwali się występem na profilu w mediach społecznościowych, to danego koncertu po prostu nie ma (albo nie bierze w nim udziału). Proponuję takie potwierdzanie informacji każdemu, to doprawdy ułatwia podjęcie decyzji o zakupie biletów.

Sam koncert był przyjemny. Do tej pory nie mam pojęcia, kogo słuchałam 😃Czytając komentarze w Internecie powinnam wierzyć, że byli to a)artyści z Ukrainy, b)zespół składający się z artystów ukraińskich i francuskich, c)"wszystko jedno, nie było tragicznie". 
Podpisuje się pod opcją „c”, choć wolałabym z czystej ciekawości wiedzieć, kogo oklaskiwałam. Kto by to nie był, podczas koncertu soliści wykonali prawie wszystkie piosenki znane z Mozart, l’opera rock. Bawiłam się dobrze, tym bardziej, że kilka miejsc dalej siedziała grupa młodzieży („na oko” z gimnazjum/z liceum), która entuzjastycznie reagowała na każdą piosenkę. Nie sądziłam, że ludzie młodsi o dziesięć lat ode mnie mogą znać ten spektakl. A jednak! Nie powinnam tracić wiary w młode pokolenie wielbicieli francuskich produkcji :)

Żal tylko, że po aferze jaką wywołało kilka lat temu w Polsce bezprawne wystawienie „Notre Dame de Paris” w niby koncertowej wersji, sytuacja się powtórzyła. Wprawdzie nie do końca, istnieje bowiem szansa, że producent koncertu ma zgodę właścicieli praw do „Mozarta na jego wystawianie w takiej formie (choć szczerze w to wątpię), nie mniej posługiwanie się wizerunkami oryginalnej obsady spektaklu w celu „zwabienia” publiczności to słabe zagranie. Nie mamy w Polsce szczęścia do francuskich produkcji. Wierzę, że gdyńska wersja „Notre Dame de Paris” odwróci negatywną passę. O samym spektaklu pisałam kilka miesięcy temu tutaj :) 

Tymczasem na zakończenie moja ulubiona piosenka pochodząca z widowiska Mozart, l’opera rock - „C'est Bientôt La Fin”. 


piątek, 14 kwietnia 2017

Czarownice z Salem

„Czarownice z Salem” nie należą do moich ulubionych dramatów. Opisana w nich atmosfera bezmyślnej wiary w działanie szatańskich sił, która kierowała mieszkańcami Salem w 1692 roku, jest dla mnie pozbawiona sensu. Historyczne tło towarzyszące temu procesowi o czary jest mi znane, jednak brak racjonalnych argumentów i niepodważalnych dowodów, które mogłyby świadczyć o winie przynajmniej jednego oskarżonego, wywołuje we mnie niesmak.


Teatr im. Stefana Jaracza "Czarownice z Salem"
Scena zbiorowa. Fot. Magda Hueckel

To nie wszystko. Relacja pomiędzy Elizabeth i John’em Proctor wydaje mi się nieprawdziwa, doklejona do dramatu i przesadnie melodramatyczna. Żałujący zdrady mąż i jego dumna żona ukrywający przed sobą prawdziwe uczucia, irytują mnie do tego stopnia, że zemsta Abigail wydaje mi się adekwatna do poziomu zachowania dwójki bohaterów. Mimo zarzutów odczuwanych wobec „Czarownic z Salem” uwierzyłam, że inscenizacja dramatu przygotowana przez Mariusza Grzegorzka w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi będzie równie intrygująca, jak jego poprzednie realizacje prezentowane na tej scenie.

Paulina Walendziak, Agnieszka Więdłocha, Michał Staszczak  na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi
Paulina Walendziak, Agnieszka Więdłocha, Michał Staszczak
w scenie ze spektaklu. Fot. Magda Hueckel

Cenię styl tego reżysera, zwłaszcza umiejętność opowiadania historii, które wpływają na widzów i zmuszają ich do myślenia. Uwielbiam łączenie estetyk, które początkowo wydają się być niezwiązane ze sobą, lecz w trakcie spektaklu układają się w jedną całość. Doceniam metafizyczną atmosferę, jaką są przesiąknięte przygotowywane przez niego przedstawienia. Mam szacunek do minimalizmu scenografii wykorzystywanej w realizacjach. To przedstawienia Mariusza Grzegorzka sprawiają, że wciąż wierzę w Teatr im. Stefana Jaracza, którego repertuar od dłuższego czasu mi nie odpowiada.

Marek Nędza jako pastor Hale. Fot. Magda Hueckel

Fabuła spektaklu wywołuje wiele emocji, które mogą być odmienne dla każdego widza. Wielu z nich może zgodzić się ze stwierdzeniem, że chcąc ocalić życie ludzie gotowi są kłamać. Tak czyni Abigail Williams (Agnieszka Więdłocha) popierana przez zaprzyjaźnione dziewczęta. Zabawa, chęć doświadczenia swobody stają się zarzewiem oskarżeń o czary, które mogą ściągnąć na nie dotkliwą karę, a nawet wyrok śmierci. W przypływie paniki Abigail wywołuje lawinę kłamstw, która w niedługim czasie pochłania całe Salem. Narastającą histerię obserwują młode oskarżycielki, zafascynowane paranoją, jaką udało im się wywołać. Najsilniejsza z nich, Abigail postanawia zemścić się za krzywdy, jakie spotkały ją w mieście. Wykorzystana, odtrącona i wyśmiana staje się panią życia i śmierci. Trzymając się swojej wersji wydarzeń i dążąc do realizacji przyświecającego jej celu powoli niszczy życie małżeństwa Proctorów.

Ireneusz Czop (John Proctor) i Izabela Dudziak (Marry Warren).
Fot. Magda Hueckel

Choć tekst Millera był odpowiedzią dramatopisarza na politykę makkartyzmu, zaś opisane w nim wydarzenia ukazują konsekwencje bezmyślnych oskarżeń i atmosfery terroru, inscenizacja Mariusza Grzegorzka nie koncentruje się na politycznych aspektach zawartych w dramacie. Dla reżysera istotniejsze jest pytanie o kondycję ludzkiej moralności i sens igrania z cudzym życiem. Przy tym twórca robi to w charakterystyczny dla siebie sposób, wykorzystując cenione przez publiczność chwyty teatralne. „Czarownice z Salem” pełne są symboli, alegorii, nawiązań do różnych dziedzin sztuki, jednak oglądając spektakl nie ma się wrażenia przeładowania inscenizacji, w której najważniejszy pozostaje szacunek do tekstu dramatu.

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, "Czarownice z Salem"
Scena zbiorowa. Fot. Magda Hueckel

Podkreśla go scenografia wykorzystana w spektaklu, za którą odpowiedzialny był reżyser. Ruchome platformy w zależności od potrzeb stają się łożem, stołem, trybunami dla przedstawicieli sądu. Scenę otaczają trzy ściany z półprzezroczystych pasów białej tkaniny, na których wyświetlane są projekcje. Nad aktorami rozwieszono baldachim, który opada bądź wznosi się w zależności od natężenia emocji i wzajemnych oskarżeń bohaterów. Wyświetlane obrazy przedstawiają wizerunki Jezusa z różnych epok, a także abstrakcyjne wzory i układy figur. W Salem nikt nie dostrzega obecności Boga, pogrążanie się w atmosferze psychozy i kłamstwach podkreślane są przez projekcję kiełkujących i rozrastających się korzeni.

Agnieszka Więdłocha jako Abigail Williams. Fot. Magda Hueckel

Za kostiumy noszone przez bohaterów spektaklu również odpowiada Mariusz Grzegorzek. Twórca w swoich projektach nawiązał do różnych estetyk i epok, dzięki czemu jego „Czarownice z Salem” wydają się dziać poza konkretnym momentem w czasie. Mają w sobie coś z rytualnych szat, habitów sióstr zakonnych, ze strojów członków Ku Klux Klanu.

Najnowsze przedstawienie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi to pokaz aktorskich umiejętności. Na pierwszy plan wysuwają się postacie pastorów, Samuela Parrisa (Michał Staszczak) oraz pastora Hale’a (Marek Nędza). Początkowo stojący po tej samej stronie mężczyźni przechodzą transformację. Sceptycznie nastawiony do wiary w czarnoksięstwo Parris rozkoszuje się otrzymaną władzą i okazywanym mu szacunkiem, zaś dręczony wyrzutami sumienia Hale oddala się od wiary przyjmując postawę racjonalizmu i chęci ocalenia niesłusznie oskarżonych. Obaj aktorzy zasługują na uznanie za ukazanie przemian swoich bohaterów, które poprowadzili wykorzystując odmienne formy scenicznego wyrazu. 

Scena zbiorowa. Fot. Magda Hueckel

Postacie kobiece zdominowała Agnieszka Więdłocha, której postać Abigail Williams pociągała za sznurki w intrydze rozgrywającej się w Salem. Nieszczęśliwie zakochana w Johnie, z determinacją wykorzystuje potęgę swoich kłamstw doprowadzając do rozdzielenia małżonków. Obrażona przez mężczyznę na oczach sądu decyduje się doprowadzić zemstę do końca.  Zachowanie Abigail może bulwersować, mnie jednak fascynowało. Dziewczyna, jako jedyna zdawała się dostrzegać zakłamanie mieszkańców Salem i umiejętnie je wykorzystała. Agnieszka Więdłocha stworzyła rolę silnej, młodej i wyzwolonej kobiety, świadomej konsekwencji wszystkich swoich czynów.

Matylda Paszczenko i Ireneusz Czop wcielający się w rolę małżonków Proctor stworzyli postacie bardzo ludzkie, pełne ułomności i skaz.  Jednak relacja tej dwójki już na poziomie tekstowym wydaje mi się źle skonstruowana, nie mogłam pozbyć się takiego poczucia patrząc na jej sceniczne odzwierciedlenie. Rozmowy pełne niedopowiedzeń, bezsilność wyładowywana podczas prac gospodarskich, czy ckliwy moment pożegnania przywodzący na myśl scenę z tandetnego paradokumentalnego serialu nie umożliwiły mi skupić się na aktorskich umiejętnościach artystów. Nie jest to ich wina, ani zarzut w kierunku reżysera. Elizabeth i John Proctor to według mnie najsłabsze ogniwa dramatu Arthura Millera i nic nie można na to poradzić. 

Paulina Walendziak (Betty Parris) i Carine Jokam (Tituba).
Fot. Magda Hueckel

„Czarownice z Salem” nie są spektaklem idealnym. Mogłyby być lepsze bez wstawek w postaci disco polo, cichsza muzyka też nie zaszkodziłaby przedstawieniu. Sceny w sądzie odrobinę się dłużą, zwłaszcza pod koniec drugiego aktu, zaś krzyk i pociąganie nosem w imitacji płaczu nie są jedynymi środkami wyrazu, jakich uczy się ludzi na studiach aktorskich. Mimo to najnowsze przedstawienie Mariusza Grzegorzka ma wysoki poziom. 

środa, 5 kwietnia 2017

Schron

Franz Kafka to autor, którego unikam. Z konkretnych powodów. Głównym z nich jest powieść „Proces” nudząca mnie w czasach liceum i odbierająca chęć czytania (choć to jedno z moich ulubionych zajęć). Mając w pamięci rozczarowanie, jakie odczułam po zapoznaniu się z treścią tego wpisanego do kanonu lektur dzieła, obiecałam sobie, że do twórczości Kafki nie wrócę i przez lata udawało mi się dotrzymywać postanowienia.


Parę miesięcy temu po raz pierwszy spotkałam się ze wzmianką o Teatrze Zamiast, kolejnym punkcie na kulturalnej mapie Łodzi. Dość późno, zważywszy na fakt, że teatr działa od kilku lat. Jednak czas płynął, odwiedzałam inne miejsca, odkładając w czasie wizytę w „Zamiast”. Kiedy już udało mi się dotrzeć na ulicę Piłsudskiego 135, trafiłam na monodram „Schron” na podstawie opowiadania Franza Kafki, przygotowany przez Macieja Kowalczyka.



"Schron" Teatr Zamiast w Łodzi
Plakat promujący przedstawienie.
Projekt - Michał Sarna

Franz Kafka na kartach opowiadania przedstawił historię istoty, która wybrała życie pod ziemią. Poświęciła czas na wybudowanie sieci korytarzy i placów, mających chronić ją przed zagrożeniami z zewnątrz (czyli czyhającymi na powierzchni ziemi). Wejście do jej siedziby zostało zakryte warstwą mchu, tlen do wnętrza schronu doprowadzały naturalne tunele wydrążone w ziemi przez drobne zwierzęta. Jama w ziemi była najwspanialszym dziełem budowniczego. Fabuła nie wydaje się porywająca? Zależy dla kogo.



Maciej Kowalczyk na scenie Teatru Zamiast wciela się w twórcę i mieszkańca tytułowego schronu. Obserwując aktora ubranego w roboczy kombinezon, z metalowym kubkiem w dłoni, poruszającego się po słabo oświetlonej przestrzeni sceny, łatwo przyjąć perspektywę, że oto mamy do czynienia z oszalałym człowiekiem (choć Franz Kafka nie mówi wprost, jaka istota zamieszkuje budowlę). Nie wiadomo dlaczego zdecydował się rozpocząć budowę swojego schronu, gdzie mieszkał wcześniej, kim był. Widzowie nie otrzymują takich informacji. Zamiast tego bohater opowiada o swoim życiu pod ziemią. Choć stara się przedstawić je jako idealne, spod opisu radości, jaką daje mu wypoczywanie w przestronnych korytarzach swojej konstrukcji, do widzów dociera zgoła inny obraz.





Jest nim wizerunek pogrążającego się w samotności i obsesji człowieka, który czując się osaczany nawet we własnoręcznie skonstruowanej budowli, nie jest w stanie zaznać chwili wytchnienia. Jego sny przerywają tajemnicze dźwięki, wizja ataku ze strony nieokreślonej siły popycha go do irracjonalnego zachowania. W monologu bohater rozważa poproszenie o pomoc innego człowieka, lecz rezygnuje z takich planów wierząc, że tylko jego własne starania mogą zapewnić mu bezpieczeństwo. Sądzicie, że przemyślenia bezimiennego bohatera spędzającego czas pod ziemią to niezbyt wdzięczny materiał na monodram? Wręcz przeciwnie.




Jak już wspominałam, przestrzeń sceniczną delikatnie oświetlają pojedyncze lampy. Raz przygasając, to znowu rozbłyskując mocniej, w nienachalny sposób przywodzą na myśl scenerię rodem z postapokaliptycznych filmów, bohaterowie których walczą o przetrwanie mieszkając w zrujnowanych bunkrach i piwnicach. Rytm spektaklu wyznacza Maciej Kowalczyk, który przygrywa sobie na werblu ustawionym w centralnej części sceny. Poza dźwiękiem werbla, do widzów docierają jeszcze inne odgłosy. Dalekie echo syreny, a może silnik zbliżającego się pojazdu. Czyżby bohater chronił się pod ziemią przed realnym zagrożeniem/kataklizmem mającym miejsce na powierzchni?

Obecność aktora na scenie okazuje się najistotniejszym nośnikiem znaczeń i obrazów. Za pomocą modulacji głosu i odpowiednio dobranego gestu tworzy przed oczami widzów historię człowieka uwikłanego w sieć własnych pragnień i fobii. Siłą „Schronu” jest fakt, że jego twórca koncentruje się na grze. Umiejętnie utrzymuje uwagę publiczności na opowiadanej historii, dzięki czemu ta daje się wciągnąć do świata bezimiennego bohatera. Przed oczami ludzi zgromadzonych na widowni pojawiają się kolejne sceny przedstawiające wnętrza schronu, zapasów jedzenia, wizje prezentujące budowniczego przy pracy. Wszystko stworzone dzięki monologowi Macieja Kowalczyka, który ma sprawczą siłę kreacji przestrzeni scenicznej. Miałam okazję oglądać różne monodramy, nie zawsze opuszczając widownię z poczuciem doświadczenia dobrej sztuki. W przypadku "Schronu" uwierzyłam, że oglądam tajemniczego bohatera we wnętrzu jamy i przez blisko godzinę interesowała mnie tylko jego historia, nie świat realny. Zadziałał talent aktora i magia teatru. 


  

Wykorzystanie niezbyt popularnego tekstu Kafki do stworzenia monodramu jest odważnym pomysłem. Tym bardziej, że twórca przedstawienia nie udziela ludziom zgromadzonym na widowni Teatru Zamiast jednoznacznych odpowiedzi na intrygujące pytania. Oglądając „Schron” widzowie odczuwają atmosferę obsesji, doświadczają dobrego aktorstwa, interesuje ich sceniczna forma nadana przedstawieniu, lecz nie wychodzą z teatru mając konkretne wyjaśnienie, kim był budowniczy schronu i czemu jego życie przybrało taki kształt? Czy jest to zaletą czy wadą tego monodramu można przekonać się tylko w jeden sposób – oglądając „Schron” w Teatrze Zamiast. Ja wyszłam z teatru z poczuciem, ze właśnie obejrzałam dobry spektakl. 

Na zdjęciach: Maciej Kowalczyk, któremu dziękuję za udostępnienie fotografii.

Jesus Christ Superstar

Jesus Christ Superstar to najsłynniejsza rock opera na świecie. Od momentu scenicznej premiery w 1971 roku, dzieło sir Andrew Lloyd Webbera i sir Tima Rice’a doczekało się dziesiątek inscenizacji w różnych krajach i w wielu wersjach językach. Do tego grona zalicza się prezentowana w Teatrze Rampa w Warszawie inscenizowana wersja koncertowa rock opery. W odpowiedzi na niedosyt, jaki wiosną zeszłego roku pozostawiła wśród widzów ograniczona ilość spektakli, Jesus Christ Superstar powrócił na deski warszawskiego teatru. Niestety nie na długo.


Natalia Piotrowska (Maria Magdalena) i Jakub Wocial (Jezus) na scenie Teatru Rampa
Na pierwszym planie
Natalia Piotrowska (Maria Magdalena) i Jakub Wocial (Jezus).
Fot. z archiwum teatru

Jakub Wocial i Santiago Bello przygotowując inscenizację słynnej rock opery wykazali się szacunkiem do tego utworu. Podeszli do zawartej w nim historii z powagą i skupieniem, powstrzymując się od dodawania nowych sensów do opowieści o ostatnich dniach życia Jezusa. Postać Syna Bożego pozostała w centrum historii, widzowie obserwują jego narastający smutek. Mężczyzna wie, ze jego ziemskie posłannictwo dobiega końca, lecz obawia się, że ludzie nie są przygotowani do przyjęcia łaski, jaką ma im ofiarować. Coraz bardziej oddalając się od towarzyszących mu uczniów, Jezus staje się zbyt popularny, za groźny dla powierzchownego ładu panującego w Jerozolimie. Jego zwolennicy, opacznie rozumiejąc słowa swojego przywódcy, stali się wzburzoną gromadą gotową doprowadzić do rozruchów w mieście. Przywodzący im Jezus traktowany przez kapłanów jak polityczny oponentem, który musi zostać wyeliminowany. Konfrontacja boskości z doczesną marnością jest jednym z sensów spektaklu.

Jakub Wocial jako Jezus w rock operze "Jesus Christ Superstar" na scenie Teatru Rampa
Jakub Wocial (Jezus). Fot. z archiwum teatru

Inscenizacja prezentowana w Teatrze Rampa jest pełna symboli. Zarówno w warstwie plastycznej, jak w treści. Bezimienna postać, której biały strój może wskazywać na związek z Jezusem, do końca przedstawienia pozostaje tajemnicą. Czy to personifikacja przeznaczenia, sumienia, może samego Boga? Jej gesty kreują otaczającą bohaterów rzeczywistość, sterują ich ruchami. Dla każdego z widzów może oznaczać coś/kogoś innego. Niedopowiedzenia pojawiają się również w scenografii przygotowanej na potrzeby Jesus Christ Superstar. Wszystkie elementy związane z wydarzeniami bezpośrednio związanymi z boskością oraz śmiercią Jezusa są białe. Krzyż ustawiony z boku sceny, materiał wyznaczający obszar świątyni, sznury oddzielające zespół muzyczny od przestrzeni gry aktorskiej, tkanina pełniąca funkcję stołu, liny krępujące ręce Jezusa podczas biczowania, Jego ubranie. Czystość bieli zestawiona została z szarością strojów Apostołów, czernią kapłańskich szat, czerwienią wyrzutów sumienia prześladujących Judasza. Efekty w tej inscenizacji budowane są za pomocą natężenia barw, mocy światła, kąta jego padania. Minimalistyczne efekty nie przytłaczają fabuły, lecz wspaniale ją podkreślają. Brawa za przygotowanie oprawy plastycznej inscenizacji należą się Dorocie Sabak (odpowiedzialnej za scenografię i kostiumy) oraz Tomaszowi Filipiakowi (reżyserowi świateł).

Scena biczowania Jezusa. Fot. z archiwum teatru

W rolę tytułową wciela się Jakub Wocial i tylko uparci i skorzy do przekory widzowie mogą stwierdzić, że artysta nie sprawdza się w swoim zadaniu. Jakub śpiewa porywająco, widać, że wkłada w partię Jezusa wiele sił i emocji. Jego bohater jest pogodzony z losem, przez co wydaje się być zdystansowany, momentami nieobecny. Obserwuje Apostołów, nie odrzuca pomocy Marii Magdaleny. Strach ujawnia tylko raz, w Ogrodzie Oliwnym, zwracając się do Ojca z prośbą o zmianę decyzji. Nie otrzymawszy odpowiedzi zrezygnowany, zmęczony posłannictwem potwierdza gotowość do męczeńskiej śmierci. Dla mnie to właśnie w utworze „Gethsemane” widać pełnię talentu Wociala, który zdaje się być stworzony do kreowania roli Jezusa.

Natalia Piotrowska na scenie Teatru Rampa
Natalia Piotrowska (Maria Magdalena). Fot. z archiwum teatru

Głównym antagonistą w tej opowieści jest Judasz (Sebastian Machalski). Trzeźwo myślący mężczyzna zdaje sobie sprawę z zagrożenia, przed jakim staje coraz bardziej zwracający na siebie uwagę tłum zwolenników Jezusa. Obawiając się utraty wolności lub życia, z coraz większym niepokojem patrzy na rosnące szaleństwo przywódcy. Widzi w nim człowieka, z którym spędził ostatnie lata, nie dostrzega jego Boskiego charakteru. Wierzy, że zwracając się do Sanhedrynu, zdoła powstrzymać nadciągający rozlew krwi. Przekonawszy się, że bez jego zdrady Boski plan nie mógłby się dopełnić, czuje się oszukany, skazany na wieczne potępienie. Sebastian Machalski ma silny rockowy głos, dobrze wypada zarówno wokalnie, jak i aktorsko.

Natalia Piotrowska jest przekonująca w roli Marii Magdaleny. Bez przerysowanego gestu, w stonowanym kostiumie stara się być obok Jezusa, gotowa pomóc mu, gdy o to poprosi. Słynne „I Don’t Know How To Love Him” w jej wykonaniu wzrusza i zasługuje na gorące brawa.

Jakub Wocial (Jezus) i Daniel Zawadzki (Herod) na scenie Teatru Rampa
Jakub Wocial (Jezus) i Daniel Zawadzki (Herod). Fot. archiwum teatru

Uwagę przyciąga ruch sceniczny oraz choreografia przygotowana przez Santiago Bello. Scena w Teatrze Rampa nie jest duża, jednak układy przygotowane na potrzeby inscenizacji omijają ten problem. Choreograf wykorzystał również przestrzeń widowni, bohaterowie widowiska poruszają się pomiędzy rzędami foteli. Sama choreografia została dopracowana, artyści tańczą wspaniale, poruszają się bardzo pewnie. Za najciekawsze uważam sceny biczowania Jezusa i śmierci Judasza.
  
Artystom na scenie towarzyszy zespół muzyczny pod kierownictwem Tomasza Filipczaka. Muzycy wykonują kolejne utwory dynamicznie, dzięki czemu warszawska wersja rock opery jest porywająca i naprawdę rockowa.

Jesus Christ Superstar można oglądać na scenie Teatru Rampa do dwunastego kwietnia, później ponownie przestaje gościć w repertuarze instytucji. To ogromne utrudnienie dla osób, które chciałyby zobaczyć tę koncertową inscenizację, a nie zdążyły kupić biletów. Jednak w takiej repertuarowej polityce teatru jest logika. Widowisko opowiada historię, która staje się szczególnie aktualna w okresie poprzedzającym Wielkanoc. Oczywiście fabuła rock opery nie staje się mniej atrakcyjna w późniejszym czasie, jednak jej przesłanie przestaje być tak wyraźne. Na scenie Teatru Rampa Jakub Wocial i Santiago Bello stworzyli inscenizację ukazującą ludzkie oblicze Jezusa, jego wątpliwości, poczucie osamotnienia. Przed oczami widzów postawili symbole, których znaczenie ludzie muszą samodzielnie rozszyfrować. Dla katolików stanowiących większość religijną w Polsce, to właśnie Wielkanoc jest najważniejszym świętem i okresem skłaniającym do zadumy. Wierzący wyjdą z teatru pełni zadumy nad postacią Syna Bożego. Nie trzeba być jednak osobą wyznającą wiarę katolicką, aby docenić kunszt i wartość artystyczną inscenizacji Jesus Christ Superstar w Teatrze Rampa.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Hallo Szpicbródka

Wojciech Kościelniak przyzwyczaił wielbicieli swoich produkcji do tego, że kolejne realizowane przez niego spektakle są przemyślane, dopracowane i eleganckie. Jeśli ktoś zainteresował się dorobkiem reżysera dopiero niedawno, wciąż ma okazję aby obejrzeć jego starsze przedstawienia, prezentowane na niektórych polskich scenach. Jednym z nich jest Hallo Szpicbródka wystawiany warszawskim Teatrze Syrena.

"Hallo Szpicbródka" Teatr Syrena Warszawa
Scena zbiorowa z musicalu. Fot. materiały teatru

Reżyser sięgnął po historię znaną z popularnego w latach siedemdziesiątych filmu Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy. Warszawa dwudziestolecia międzywojennego stała się miejscem działania nieuchwytnego złodzieja, tytułowego Szpicbródki. Kolejne banki i sklepy jubilerskie padały jego ofiarami, a policja wciąż nie mogła trafić na trop oszusta. W tym samym czasie teatrzyk rewiowy „Czerwony młyn” chylił się ku upadkowi. Rosnące długi i niegospodarność dyrektora zwiastowały rychłe zamknięcie placówki. Ratunkiem okazał się tajemniczy, dystyngowany inżynier, niejaki Fred Kampinos, który spłacając długi teatru postanowił przywrócić mu dawną świetność. Motywacją dla niego była nie tylko wiara w sztukę, lecz bliskie sąsiedztwo dużego banku oraz występująca w „Czerwonym młynie” artystka Anita. Fabuła musicalu obfituje w zwroty akcji, komiczne sytuacje, nie brak w niej również odrobiny romantyzmu. Wszystko jest jednak wyważone, dzięki czemu uwaga widzów jest utrzymywana przez całe przedstawienie.

Piotr Polk i Anna Terpiłowska w musicalu "Hallo Szpicbródka" w Teatrze Syrena
Fred Kampinos (Piotr Polk) i Anita (Anna Terpiłowska). Fot. materiały teatru

Zgromadzona w teatrze publiczność ma okazję zobaczyć w obsadzie Hallo Szpicbródka. W postać Freda Kampinosa vel Szpicbródki wciela się Piotr Polk. Aktor ma szansę do zaprezentowania na scenie swoich umiejętności tanecznych i wokalnych. Doskonałe maniery jego bohatera, cięte riposty oraz aura tajemnicy otaczająca jego przeszłość sprawiają, że na postać można patrzeć wyłącznie przychylnym okiem.

Vera Patroni (Justyna Woźniak), Fred Kampinos (Piotr Polk),  Anita (Anna Terpiłowska)
Vera Patroni (Justyna Woźniak), Fred Kampinos (Piotr Polk),
Anita (Anna Terpiłowska). Fot. materiały teatru

Doskonale partneruje mu Anna Terpiłowska, wcielająca się w postać Anity. Aktorka nadała swojej bohaterce rys niepokorności, dzięki któremu artystka rewiowa nie wydaje się być wyłącznie obdarzoną talentem młodą kobietą. Jest świadoma swojej urody lecz samotnie mierzy się z życiem. We Fredzie dostrzega człowieka, z którym mogłaby stawiać czoła wszelkim przeciwnością. 

Hanna Śleszyńska na scenie Teatru Syrena
W centrum Makosia (Hanna Śleszyńska). Fot. materiały teatru

Zabawną postacią jest Makosia, w roli której miałam okazję oglądać Hannę Śleszyńską. Niegdysiejsza baletnica, gwiazda sceny troszczy się obecnie o dyrekcję teatrzyku, wciąż wspominając dawne sukcesy i skrycie marząc o powrocie na estradę. Hanna Śleszyńska wnosi do spektaklu energię, optymizm i  dużą dawkę humoru. Justyna Woźniak kreująca postać głównej gwiazdy „Czerwonego młyna”  Very Patroni jest wulkanem seksapilu. Aktorka dysponuje wspaniałym głosem, jako temperamentna artystka jest dość wiarygodna. Justynie Woźniak udało się uniknąć przerysowania burzliwego charakteru swojej bohaterki.

Fred Kampinos (Piotr Polk), Anita (Anna Terpiłowska) na scenie Teatru Syrena
Fred Kampinos (Piotr Polk), Anita (Anna Terpiłowska). Fot. materiały teatru

Obok nich na scenie Teatru Syrena występuje cały szereg aktorów, wcielających się w zróżnicowane pod względem usposobienia postacie. Po raz kolejny Wojciechowi Kościelniakowi udało się przenieść na teatralną scenę atmosferę czasów i miejsca, w którym rozgrywa się akcja jego widowiska. Scenerię międzywojennej Warszawy opisują zamieszkujące ją typu postaci, których zachowanie i słowa oddają koloryt tamtych czasów. Zwłaszcza scena opowiadająca o zawodzie klakiera wnosi nutkę nostalgii za utraconymi zawodami i zwyczajami. Wojciech Kościelniak wplata w historię śmiałego kasiarza opowieść o tęsknocie za teatrem, tworzonym przez ludzi z pasją, dla których scena znaczyła więcej niż dom. Za scenografię i wizualizację wykorzystywane w spektaklu odpowiedzialny jest Damian Styrna. Twórca współpracujący z reżyserem przy większości jego widowisk ma ogromny wpływ na ogólny charakter i styl tych inscenizacji. Tym razem trójwymiarową dekorację zredukowano do kilku elementów. Rusztowanie w zależności od potrzeb staje się garderobą aktorów bądź ścianą budynku, kilka lamp symbolicznie wskazuje na scenerię ulicy, zaś salę prób wyznacza obecność na scenie pianina. Większe znaczenie Styrna nadał wizualizacją. Są one uzupełnieniem dekoracji, umożliwiając pokazanie na scenie trudnych sekwencji  na przykład kopania tunelu prowadzącego do banku. Umożliwiły również wprowadzenie zaskakujących elementów rodem z niemych filmów. Kiedy Fred Kampinos rozmawia z dyrektorem „Czerwonego Młyna” ich wymiana zdań wyświetla się na ekranie, z ust żadnego bohatera nie pada ani jedno wypowiedziane na głos słowo. Zabieg wyświetlania na ekranach wizualizacji dopełniających fabułę, czy wnoszących do niej dodatkowe informacje został użyty w inscenizacji Wojciecha Kościelniaka nie po raz pierwszy. Wykorzystanie różnorodnych, lecz tworzących bardzo jednolite stylistycznie dzieło to znak rozpoznawczy tego reżysera.

Musical "Hallo Szpicbródka" w Teatrze Syrena
Scena zbiorowa. Fot. materiał teatru

Choreografia autorstwa Jarosława Stańka nawiązuje do tradycji rewii i wodewilu, w końcu „Czerwony młyn” specjalizował się właśnie w takich produkcjach. Elementy pole dance’u były wysmakowane i wprowadzone w odpowiednich proporcjach do całości ruchu scenicznego. Ciężar rozbudowanych układów tanecznych spoczywał na zespole tanecznym teatru, choć wokaliści nie prezentowali niskiego poziomu, zwłaszcza w scenach zbiorowych.

Anna Terpiłowska na scenie Teatru Syrena
Anita (Anna Terpiłowska). Fot. materiał teatru
Hallo Szpicbródka coraz rzadziej pojawia się w repertuarze Teatru Syrena w Warszawie. Być może jest to ostatni moment, by obejrzeć jeden z najlepszych spektakli Wojciecha Kościelniaka. Choć reżyser należy do moich ulubionych twórców musicalowych w Polsce, nie wszystkie przygotowane przez niego inscenizacje przypadły mi do gustu. Wszystkie komponenty składające się na widowisko Hallo Szpicbródka prezentują wysoki poziom. Muzyka, scenografia, kostiumy, gra aktorska tworzące opowieść o słynnym złodzieju gwarantują dobre przedstawienie. Oby więcej tak przemyślanych musicali.