wtorek, 28 marca 2017

Lamaila

W Teatrze Wielkim w Łodzi pojawiło się nowe, wspaniałe widowisko. Lamaila skomponowana przez Macieja Pawłowskiego z librettem stworzonym przez Liwię Pawłowską przenosi widzów zgromadzonych w teatrze wprost do gwiazd. 


"Lamaila". Spektakl Macieja Pawłowskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi
Scena zbiorowa. Fot. Maciej Piąsta

Lamaila to widowisko taneczne dedykowane publiczności w każdym wieku. Nie są to obietnice stawiane nad wyrost, ponieważ na całość spektaklu składa się kilka form teatralnych, które zainteresują młodszych i starszych widzów. Historia spotkania Księżniczki dnia, tytułowej Lamaili i Namadila Księcia Nocy, jest prezentowana w formie baletu. Uzupełnieniem scen tanecznych są piosenki wykonywane przez dwójkę solistów, które wnoszą do opowieści więcej szczegółów. To jednak nie wszystko. Na scenie pojawiają się również akrobaci, których podniebny taniec  na szarfach i kołach ma przypominać ruch ciał niebieskich. Gdyby to nie wystarczyło, efektu baśniowości i widowiskowości dopełnia w tym magicznym przedstawieniu oprawa plastyczna.

"Lamaila" reż. Maciej Pawłowski, Teatr Wielki w Łodzi
Monumentalna dekoracja przedstawiająca siedzibę Sawory.
Fot. Maciej Piąsta

Tradycyjna, zbudowana na potrzeby tej pięknej baśni trójwymiarowa dekoracja jest monumentalna i zachwycająca. Podkreśla niesamowitość scenerii, w jakiej mają miejsce perypetie głównych bohaterów. Wielki Las, Kraina Mrocznych Skał, siedziba Czarnoksiężnika Harrota na Marsie są różnorodne, lecz perfekcyjnie dopracowane. Uspokajająca zieleń roślinności w Wielkim Lesie przywodzi na myśl scenerię z Księgi Dżungli. Kryjówka Sawory wykuta wśród skał, otoczona pajęczynami ma w sobie atmosferę opuszczonych świątyń, znaną z filmów przygodowych o poszukiwaczach zaginionych skarbów. Czerwień siedziby Harrota przypadnie do gustu zwłaszcza fanom Gwiezdnych Wojen.

Nazar Botsiy jako Książę Namadil na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi
Nazar Botsiy jako Książę Namadil. Fot. Maciej Piąsta

Baśniowych i filmowych inspiracji w Lamaili jest więcej, ujawniają się zwłaszcza w muzyce. Kompozycje kojarzące się z disney’owską muzyką filmową są piękne i różnorodne. Udowadniają, że Maciej Pawłowski wykorzystał swoje dotychczasowe kompozytorskie doświadczenie i ulubione motywy muzyczne, by wykreować tę międzyplanetarną opowieść. Miłym dopełnieniem widowiska są piosenki. Podczas prapremierowego przedstawienia świetnie śpiewali je w duecie Kaja Mianowana i Martin Fitch. Wokaliści znani fanom musicali (zwłaszcza ze spektakli przygotowywanych przez Teatr Muzyczny ROMA) wykonali utwory napisane przez Annę Nowak-Otto. Piosenki utrzymane są w baśniowej stylistyce, niestety nie charakteryzują się innowacyjnością. To klasyczne utwory czerpiące z tradycji musicalowych duetów w romantycznym stylu, które można spotkać w większości widowisk rodem z West Endu czy Broadwayu. Nie jest to jednak wielka wada. Taki charakter piosenek wpisał się w kształt widowiska, które miało być estetyczne, przyjemne dla oka i ucha. Dla mnie niektóre momenty były zbyt ckliwe, za delikatne, jednak dzieci były zachwycone, więc nie przeciwstawiam się takiej estetyce ;)

"Lamaila" widowisko taneczne w Teatrze Wielkim w Łodzi. Fot. Maciej Piąsta
Przykład kostiumów wykorzystanych w widowisku. Fot. Maciej Piąsta

Lamaila jest widowiskiem, które powstało w ramach programu edukacyjnego prowadzonego przez Macieja Pawłowskiego. Na scenie obok tancerzy wchodzących w skład zespołu baletowego Teatru Wielkiego można zobaczyć dzieci i młodzież wyłonionych w ramach castingów, których ekspresja ruchu wiąże się z tańcem współczesnym, jazzowym. Zestawienie różnych estetyk poskutkowało stworzeniem wdzięcznego widowiska, choć choreografia nie okazała się porywająca. Sceny grupowe mogłyby być bardziej dynamiczne, solówki odtwórców głównych ról uważam za mało wyszukane. Tym bardziej, że Nazar Botsiy wcielający się w postać Księcia Namadila jest moim ulubionym tancerzem w Teatrze Wielkim i widziałam go w lepszych choreografiach, które pozwalały mu na zaprezentowanie tanecznego kunsztu.

Minori Nakayama jako Księżniczka Lamaila w widowisku "Lamaila". Fot. Maciej Piąsta
Minori Nakayama jako Księżniczka Lamaila. Fot. Maciej Piąsta

Najmocniejszą stroną Lamaili są kostiumy, w których na scenie pojawiają się dziesiątki postaci. Zachwycające stworzenia, z których każde ma przygotowany specjalnie dla siebie strój. Od ferii barw, faktur i kształtów może zakręcić się w głowie. Zwłaszcza w scenie wizyty w Podwodnym Królestwie, gdzie ilość tajemniczych istot występujących na scenie zdumiewa. Efektowność tego momentu wprost przytłacza i choć rozumiem zamysł reżysera, uważam, że nagromadzenie środków w tej krótkiej scenie powoduje ich niewystarczające wykorzystanie. Olśniewające morskie stworzenia na pierwszym planie odwracają uwagę od akrobacji mających miejsce w głębi sceny. Rozdzielenie środków na dwie sceny, bądź wydłużenie sekwencji oświadczyn Mr. Gulgacza pozwoliłoby widzom na dokładniejsze przyjrzenie się zachwycającym postaciom.

Przykład kostiumów przygotowanych na potrzeby spektaklu "Lamaila" w Teatrze Wielkim w Łodzi
Przepiękne kostiumy meduz. Fot. Maciej Piąsta

Przygotowując prapremierę Lamaili pracownie techniczne Teatru Wielkiego po raz kolejny udowodniły, że magia teatru tworzona jest również dzięki cierpliwej pracy rzemieślników, którzy malując dekoracje, szyjąc kostiumy, przygotowując peruki sprawiają, że na teatralnej scenie można wykreować nawet najbardziej niesamowity świat. Łódzki teatr może szczycić się umiejętnościami swoich pracowników zatrudnionych w działach technicznych.

Sawora (Laura Korolczuk) w spektaklu "Lamaila" w reżyserii Macieja Pawłowskiego
Moja ulubiona postać (i najpiękniejszy kostium) Sawora (Laura Korolczuk)
Fot. Maciej Piąsta

Teatr Wielki w Łodzi dzięki swojej najnowszej premierze zyskał spektakl idealny dla najmłodszej widowni. Lamaila to widowisko, które wywołuje uśmiech na twarzy. Na jego kształt składają się taniec, sceny wokalne i elementy akrobatyczne. Spektakl Macieja Pawłowskiego przenosi widzów między gwiazdy, opowiadając uniwersalną historię o sile miłości, a do tego pozwala przyjemnie spędzić czas. Dzieci zachwycą się kolorami kostiumów, brokatem lśniącym na scenie, wspaniałą scenografią. Dorośli widzowie przypomną sobie, co to znaczy być dzieckiem i być może również dadzą porwać się magii teatru. Z niej bowiem się nigdy nie wyrasta.

Martin Fitch (Martin) i Kaja Mianowana (Kaya) w spektaklu "Lamaila"
Martin Fitch (Martin) i Kaja Mianowana (Kaya)
Fot. Maciej Piąsta

poniedziałek, 27 marca 2017

Królowa Margot

Premiera spektaklu Królowa Margot w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego odbyła się 8 grudnia 2012 roku. Chęć obejrzenia go towarzyszyła mi od dłuższego czasu. Powieść Aleksandra Dumasa, opowiadająca o jednym z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach Francji, ze względu na wielowątkowość i dużą ilość postaci pojawiających się na jej kartach, została ograniczona do historii o rządzy władzy i woli przetrwania, które okazują się być motorem popychającym ludzi do określonych czynów. Mimo upływu lat, które minęły od premierowego wieczoru, spektakl w dalszym ciągu przyciąga do Teatru Narodowego widzów spragnionych intrygującej fabuły i dobrego aktorstwa. Mnie nie rozczarował. 


Katarzyna Medycejska (Danuta Stenka) i Karol IX (Marcin Hycnar)
Katarzyna Medycejska (Danuta Stenka) i Karol IX (Marcin Hycnar)
Fot. Krzysztof  Bieliński

Grzegorz Wiśniewski przenosi widzów do Paryża pogrążonego w religijnych niepokojach, które 18 sierpnia 1572 roku miał zakończyć ślub księżniczki Małgorzaty Walezjuszki i króla Nawarry, Henryka. Wprawdzie ceremonia zaślubin odbyła się, jednak po upływie kilku dni, gwardia królewska i wzburzeni katolicy napadli na mieszkających w Paryżu hugenotów oraz poddanych króla Nawarry, którzy przyjechali do francuskiej stolicy chcąc świętować wprowadzenie pokoju. Fabuła przedstawienia koncentruje się na pojedynku o władzę, toczącym się wśród członków rodu Walezjuszów. Działania każdego z nich są motywowane przez inne powody.

Katarzyna Medycejska (Danuta Stenka) i Książę Franciszek (Mateusz Rusin) Fot. Krzysztof  Bieliński
Katarzyna Medycejska (Danuta Stenka) i Książę Franciszek (Mateusz Rusin)
Fot. Krzysztof  Bieliński

Katarzyna Medycejska (w tej roli znakomita Danuta Stenka) silną ręką sprawuje władzę. Choć oficjalnie to nie ona przewodzi polityce Francji, jej mania wielkości i chęć utrzymania tronu w rękach Walezjuszów, mają najsilniejszy wpływ na wydarzenia w państwie. Królewska duma, bezkompromisowe działanie przykryte kostiumem chłodu i zdecydowania sprawiają, że postać kreowana przez aktorkę jest najsilniejszym charakterem, jaki widzowie mogą oglądać na scenie. Przeciwstawić się decyzjom matki próbuje pełniący obowiązki króla Francji Karol IX (gra go Marcin Hycnar). Jednak bezskutecznie. Młody władca pogrążony we własnym świecie zbudowanym z szaleństwa i fizycznej słabości nie jest w stanie obronić swoich poglądów i planów przed despotyzmem matki. Knowania królowej popychają go do wydania rozkazu krwawej napaści na swoich protestanckich poddanych. Marcin Hycnar stworzył na scenie Teatru Narodowego intrygującą postać. Początkowo wydaje się być pozbawionym trzeźwego osądu władcą, którego zajmują biesiady i polowania, traktującym rządzenie państwem jak okazję do wyrwania się spod matczynej władzy. W drugim akcie widzowie uświadamiają sobie, że Karol IX ma świadomość wyniszczających Francję procesów oraz zagrożenia, jakim jest dla niego brat, Książę D’Alencon. Na podjęcie kroków zmierzających do ustabilizowania sytuacji okazuje się być za późno.


Książę D'Alencon (Mateusz Rusin) i Margot (Wiktoria Gorodeckaja)
Książę D'Alencon (Mateusz Rusin) i Margot (Wiktoria Gorodeckaja)
Fot. Krzysztof  Bieliński

Katarzyna Medycejska i Karol IX to postacie o najbardziej złożonych charakterach. W zestawieniu z nimi blado wypadają Książę D’Alencon (Mateusz Rusin) oraz tytułowa Margot (Wiktoria Gorodeckaja). Reżyser spektaklu nie poświęcił psychice tych bohaterów wiele uwagi, przez co ulegli spłyceniu względem swoich literackich pierwowzorów. Książę Franciszek, młodszy brat króla, skrycie gardzący nieudolnie sprawującym władzę bratem sam pragnie sięgnąć po władzę we Francji. Wpływ na jego działania ma namiętność odczuwana względem siostry, lecz nawet ona nie jest w stanie wyrwać go spod silnego wpływu matki. Młody polityk jest tylko narzędziem, którym może posługiwać się Katarzyna. Sceny rozmów pomiędzy tą dwójką mają w sobie magnetyzującą moc. Matka bywa dla syna czuła, lecz po chwilach wypełnionych tkliwością zaczyna traktować go z wyższością. Swoje postępowanie tłumaczy chęcią zapewnienia mu dostępu do tronu, jednak gesty i słowa kierowane do Franciszka świadczą raczej o świadomości, że ma do czynienia z człowiekiem słabym, nie przygotowanym do życia. Mimo tego, Katarzyna za wszelką cenę chce troszczyć się o swój ród i przetrwanie dynastii, co w finale doprowadza do kolejnej tragedii. Margot w spektaklu Grzegorza Wiśniewskiego nie posiada świadomości swojej politycznej pozycji. Jest królową bez tronu, której życie wypełniają kolejne romanse i unikanie wielkiej polityki. Wydana bez swej zgody za Henryka, ratuje mu życie w czasie rzezi, dzięki pozycji, jaką zapewnia jej pochodzenie. Margot walczy tylko o siebie i prawo do miłości, starając się ochronić zakochanego w niej La Mole’a. Polityczne przepychanki dosięgają ją w momencie śmierci starszego brata, czego zwiastunem jest czerwona jak krew suknia dziewczyny.

Margot (Wiktoria Gorodeckaja) i Karol IX (Marcin Hycnar) Fot. Krzysztof  Bieliński
Margot (Wiktoria Gorodeckaja) i Karol IX (Marcin Hycnar)
Fot. Krzysztof  Bieliński

W opozycji do rozterek przeżywanych przez rodzinę królewską znajduje się Henryk Nawarski. Kreujący jego postać Karol Pocheć mógłby dorównać Katarzynie, wydaje się jednak łagodniejszy od niej. Nie pozbył się skrupułów, szuka na nieprzyjaznym dworze sojusznika, którym nieoczekiwanie staje się Margot. Mężczyzna czeka, bacznie obserwuje sytuacje, stara się przetrwać. Nie wykorzystuje do tego celu najpopularniejszych metod rodem z królewskiego dworu, wśród których prym wiedzie trucizna. Czekanie okazuje się być najlepszym wyjściem.

Pogrążony w spiskach i krwi protestantów Paryż, był możliwy do stworzono na scenie teatru dzięki usunięciu kilku rzędów foteli, przez co scena nabrała głębi. Szkielet konstrukcji, która w zależności od potrzeb pełni funkcję katedry, sali tronowej, pałacowego dziedzińca i paryskiego bruku, doskonale się sprawdza. W zestawieniu z ławkami, stołem i krzesłami w minimalistyczny sposób, symbolicznie określa miejsce rozgrywania się kolejnych wydarzeń. Na podłodze rozsypana jest biała mieszanka żwirku i trocin (?), trzeszcząca pod stopami aktorów i oblepiająca ich kostiumy. Przywodziła mi na myśl żwir, jakim wytyczone są drogi prowadzące do Luwru. Bohaterowie poruszając się po scenie, a także podejmując określone decyzje wydeptują własne ścieżki w stworzonym przez Wiśniewskiego świecie.

Karol IX (Marcin Hycnar) i Henryk Nawarski (Karol Pocheć)
Karol IX (Marcin Hycnar) i Henryk Nawarski (Karol Pocheć)
Fot. Krzysztof  Bieliński

Obok aktorów wcielających się w członków rodu Walezjuszów pojawiają się inni, grający postacie mniej lub bardziej wpływające na akcję spektaklu. La Mole, Coconnas, Admirał de Coligny stają się ofiarami politycznych przepychanek, które w finale spektaklu zmieniają się w walkę o życie. Grzegorz Wiśniewski zdecydował się na wstrząsające zakończenie przedstawienia, które odbiera polityce resztę moralności.

Królową Margot nie często przenoszono na deski teatrów. W porównaniu z innymi dziełami Aleksandra Dumasa jest to opowieść mroczna, pełna sprzeczności i mówiąca o wyniszczających namiętnościach. Paradoksalnie to doskonałe tworzywo, z którego można wykreować interesującą sztukę teatralną. Grzegorz Wiśniewski w swojej inscenizacji wykorzystał tylko niektóre wątki, splatając je w spójną fabułę. Nadał całości klasyczną formułę, przemyślanie obsadził aktorów w rolach, które odgrywają od lat. Dzięki temu jego spektakl wciąż cieszy się zainteresowaniem widzów, którzy nagradzają cały zespół gromkimi brawami.

wtorek, 14 marca 2017

Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy


Reprezentuje naiwne podejście do teatru i nie ukrywam tego. Wybierając się na spektakl wierzę, że spędzę kilka godzin wbita w fotel na widowni, zaintrygowana prezentowanym widowiskiem. Pragnę oglądać iluzję życia, lepszą bądź gorszą od spotykanej na co dzień rzeczywistości. Wierzę w teatr, który jest kłamstwem, tylko odbiciem istniejącego świata. Spektakl teatralny ma pozwolić mi oderwać się od tematów poruszanych na co dzień w mediach. Gdybym nie miała ich dość, nie unikałabym programów informacyjnych. Niestety coraz częściej zdarza mi się trafiać na przedstawienia, które nie pozwalają na "złapanie oddechu". Wręcz przeciwnie. Są męczące i niesmaczne, jak odgrzewane kotlety. Takie było moje odczucie po obejrzeniu "Żon stanu, dziwek rewolucji...". 


"Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy"
Scena zbiorowa. Fot.  Monika Stolarska

 Nie interesuję się polityką, nawet kiedy wchodzi „z butami” do teatru. Jest mi obojętne, kto zostaje wybrany dyrektorem jakiegoś teatru, czy zmiany personalne są zgodne z wolą artystów. Pewnie takimi słowami ściągam na siebie gniew, jednak prawdę mówiąc, to również nie robi na mnie wrażenia. Emocje pojawiają się w chwili, gdy jako widz jestem atakowana. Kiedy zmusza się mnie do interakcji z aktorami, kiedy obserwuję pozbawiony sensu performans, gdy sens spektaklu mówi jedno, a jego wykonanie coś zupełnie innego. Idąc na „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” wystawiane gościnnie w Teatrze Powszechnym w Łodzi w ramach XXIII Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, chciałam doświadczyć dobrego teatru. Awangardy, którą tak dumnie reklamuje się tegoroczna edycja wydarzenia. Niestety nie było mi to dane. Zamiast awangardy zobaczyłam przedstawienie mówiące o parszywej pozycji kobiety we współczesnym świecie. O jej uprzedmiotowieniu, odbieraniu prawa głosu, spektakl nawołujący do buntu. Kiedy na scenie pojawił się czarny parasol dotarło do mnie, że nie powinnam znajdować się na widowni, ponieważ tracę wolną od obowiązków niedzielę na nic nie wnoszące do społecznej dyskusji wydarzenie.

Olimpia de Gouges (Beata Bandurska)
Olimpia de Gouges (Beata Bandurska)

Feministki mogą mnie obdzierać ze skóry. Jestem kobietą, a nie interesują mnie żadne formy protestu, szczególnie te odbywające się w teatrze. Zwłaszcza w nim. Pragnę sprostować, tematyka kobiet walczących o swoje prawa jest mi bliska, motyw Rewolucji Francuskiej również. Tylko z umiarem, ponieważ od nadmiaru może się zrobić niedobrze, niesmacznie. Tak też odczułam przedstawienie wyreżyserowane przez Wiktora Rubina. Było dla mnie nieprzyjemne i sztuczne.

"Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" prezentacja na Festiwalu w Łodzi
Scena zbiorowa. Fot.  Monika Stolarska

Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro domagam się fałszu w teatrze, to sztuczność nie powinna mi przeszkadzać. Już śpieszę z wyjaśnieniem: generalnie nie przeszkadza mi, o ile jest elementem konwencji teatralnej. Jednak w „Żonach stanu, dziwkach rewolucji…” w pewnym momencie aktorki wcielające się w bojowniczki o wolność kobiet zaczynają się chwytać za ręce, wciągając w to publiczność. Pojawiają się „metry wolności” tworzone z podawanych sobie rąk… Tak bardzo wzniosłe, tak bardzo puste. Żadne gesty solidaryzowania się, wspólnej walki, które mają miejsce w teatrze nie są prawdziwe, szczere czy znaczące. Co więcej, pokazują tylko faktyczny stan rzeczy. Z miejsc podniosła się i chwyciła za ręce niewielka część zebranych ludzi, jeszcze mniej osób zdecydowało się wyjść z aktorkami przed teatr w namiastce protestu. Pozostali widzowie przyszli do teatru. Wydali pieniądze na bilety, zjedli wcześniej kolacje, ubrali się ładnie i wyszli z domu. Przyszli na spektakl, nie na protest. Reprezentowali sobą mieszczańską tradycję, której podstawą jeszcze do niedawna była obecność kobiety w domu i pilnowanie przez nią „domowego ogniska”. Czasy się jednak zmieniły i obecność „płci pięknej” w czterech ścianach nie jest wymagana, ba! Czasami to wynagrodzenie za pracę wykonywaną przez kobietę stanowi podstawę dzięki której taki mieszczański dom może funkcjonować. Zapewne spora część pań sama zapłaciła za bilety na niedzielny spektakl. Czy im się podobał? Ciężko powiedzieć. Moim sąsiadom „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” nie przypadły do gustu, czego dali głośny upust słowami „Przyszliśmy oglądać aktorów, nie widzów”. Dodam, że powiedziała to kobieta. Pan siedzący trzy rzędy przede mną wyszedł w połowie przedstawienia, pozazdrościłam mu tej możliwości, jednak siedział tuż przy przejściu, jego opuszczenie rzędu nikomu nie przeszkodziło. Moje mogłoby, zaś szanuję innych widzów, doceniam fakt, że przyszli do teatru i nie przerywam im odbioru widowiska.


"Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy" Sztuki Przyjemne i Nieprzyjemne
 Scena zbiorowa. Fot.  Monika Stolarska

Widowiskiem były też „Żony stanu, dziwki rewolucji…”, choć jego twórcy starali się podważyć tradycyjną formułę teatru. Przełamanie „czwartej ściany” okazało się marną próbą, obaloną przez finał przedstawienia. Paradoks bijący ze sceny bawi mnie do teraz. Postacie dyskutują o znaczeniu teatru w jego tradycyjnej formule, o znaczeniu gry aktorskiej, miejscu aktorek w świecie, padają wzniosłe słowa nawołujące do zerwania ze wszystkim, co utarte i znajome. Po czym opada kurtyna, a kiedy znów zostaje podniesiona artyści biorący udział w przedstawieniu grzecznie kłaniają się widowni i dostają kwiaty. Bardzo rewolucyjne!

„Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” nie mają w sobie nic awangardowego. Nie odpowiadają na pytania o miejscu artysty w świecie, są również nieskuteczne w nawoływaniu do walki o prawa ciemiężonych przez jarzma patriarchatu kobiet. Powielają tylko głosy o błędnych decyzjach obecnej Rady Ministrów i zabierania głosu przez przedstawicieli Kościoła katolickiego w sprawach, które go nie dotyczą. Nic odkrywczego, nic świeżego, nic lepszego od wieczornego pasma „Wiadomości” bądź „Faktów”. 

sobota, 11 marca 2017

Holender tułacz

Opera nigdy nie będzie mnie interesowała bardziej niż musical. Zapewne wiele osób ceniących operę oburzyłoby takie stwierdzenie, jednak spektakle musicalowe są odbiciem współczesności, dynamizmu, sztuką nie zawsze najwyższej klasy. Lubię je, ponieważ są… żywe i zmienne. Jednak od pewnego czasu miałam ochotę obejrzeć któreś z dzieł Richarda Wagnera. Wykorzystałam fakt, że w Teatrze Wielkim w Łodzi wystawiany jest „Holender tułacz” i wybrałam się właśnie na tę operę.


Teatr Wielki w Łodzi, opera "Holender tułacz"
Afisz do spektaklu

„Holender tułacz” wyreżyserowany przez Herberta Adlera zagościł na scenie łódzkiego Teatru Wielkiego w 2015 roku, jednak od tego czasu nie pojawia się często w repertuarze instytucji. W trwającym sezonie artystycznym nie będzie można go już obejrzeć, zapewne opera ta powróci na deski Teatru jesienią.

Dookoła premiery tego tytułu narosło w 2015 roku wiele skrajnych opinii, z których część opisywała zaradność ówczesnej dyrekcji opery, której udało się sprowadzić produkcję do Łodzi i przybliżyć publiczności część repertuaru austriackiego Festiwalu Richard Wagner Festival Wels podczas którego wystawiano „Holendra tułacza” w takim samym kształcie jak obecnie w Łodzi. Przeciwny front stanowiły głosy krytyków zarzucające dyrekcji trwonienie pieniędzy na przygotowywanie inscenizacji, która w swoim kształcie okazała się przestarzała i nieudolna. Pragnę zauważyć, że od premiery „Holendra tułacza” minęły dwa lata, spektakl w dalszym ciągu gromadzi na widowni Teatru Wielkiego widzów zainteresowanych jego obejrzeniem i choć faktycznie można doszukać się niedociągnięć w przygotowanej przez Herberta Adlera inscenizacji, „Holender tułacz” broni się przed negatywnymi głosami krytyki.

"Holender tułacz" reż. Herbert Adler
Senta oczekująca powrotu ukochanego ojca. Fot. Joanna Miklaszewska

Konkretnie robi to za pomocą muzyki Wagnera, której kunsztowności nie trzeba opisywać wielbicielom opery. Nie mogę się jednak powstrzymać od stwierdzenia, że dzieła kompozytora mogą stanowić doskonały wstęp do zainteresowania się tym gatunkiem teatralnym dla osób, które jeszcze nie doceniają opery. Monumentalność warstwy muzycznej zestawiona z intrygującym, choć naiwnym tekstem libretta, pozwalają odrobinę zbliżyć się do zawartej w utworach kompozytora bajeczności. Ta zaś może spodobać się młodszej (i to znacznie) części publiczności. Tajemniczy statek widmo i ciążące na jego kapitanie przekleństwo, marynarze-upiory, śniąca o miłości młoda dziewczyna i otaczająca wszystko atmosfera nadciągającej katastrofy… Tak, zdecydowanie te elementy libretta mogą pomóc w utrzymaniu uwagi mniej doświadczonych widzów. Pozostała część będzie sobie zadawać pytanie, czy konieczne jest ukazanie statku Holendra tak dosłownie, czy pozbawione polotu wizualizacje faktycznie stanowią idealne tło dla tej historii, czemu Daland nie zastanawia się za kogo wydaje swoją córkę? Te problematyczne aspekty można rozważać, jednak nic to nie zmieni. Warto skupiać się na dobrych stronach inscenizacji.

Teatr Wielki w Łodzi, "Holender tułacz" opera
Okręt Holendra u brzegu. Fot. Joanna Miklaszewska

Tymi zaś są między innymi soliści i chór Teatru Wielkiego, którzy po raz kolejny udowadniają swój kunszt i talent. Zdecydowanie prym wiódł Stanisław Kierner, któremu udało się zbudować stabilną, zrównoważoną w emocjonalnym kształcie rolę Holendra. Miłą odmianą od powtarzających się w ostatnich miesiącach opinii o zbyt głośnym wolumenie orkiestry, było wyśrodkowanie przez Wojciecha Rodka brzmienia instrumentów, partii wokalnych solistów i chóru. Choć muzyka Wagnera uważana jest za głośną, momentami „przytłaczającą” miałam wrażenie, że publiczność zgromadzona na widowni Teatru Wielkiego nie odczuwała dyskomfortu, wręcz przeciwnie.


"Holender tułacz" reż. Herbert Adler
Moment zejścia na ląd marynarzy "Latającego Holendra"
Fot. Joanna Miklaszewska

Dekoracje i kostiumy wykorzystywane w czasie spektaklu pochodzą z Festiwalu Richard Wagner Festival Wels, na którym kilka lat temu przygotowano „Holendra tułacza”. Choć inscenizacja zaproponowana przez Herberta Adlera może się wydawać zachowawcza, wręcz konserwatywna w swym teatralnym kształcie, a dosłowne odczytanie libretta opery oburzać, w zestawieniu z coraz bardziej naszpikowanymi znaczeniami inscenizacjami daje możliwość „złapania oddechu”.

"Holender tułacz" reż.Herbert Adler. Scena finałowa
Po wszystkich wydarzeniach pozostał tylko samotny ojciec na brzegu morza...
Fot. Joanna Miklaszewska

Widzowie, którzy zdecydują się wybrać na ten spektakl zobaczą teatr, który tylko udaje, że jest prawdziwym życiem. Odpoczną od polityki, która w ostatnim czasie coraz mocniej oddziałuje na sztukę teatralną. Spędzą przyjemny wieczór w operze, wsłuchani w ponadczasowe dźwięki muzyki Richarda Wagnera, podczas spektaklu, który może być odskocznią od codzienności. 


sobota, 4 marca 2017

Lew na ulicy

„Lew na ulicy” został wyreżyserowany przez Mariusza Grzegorzka prawie jedenaście lat temu. Od tego czasu z niewielkimi przerwami gości w repertuarze Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Spektakl był wielokrotnie doceniany przez krytyków, nadal jest lubiany przez widzów, wypracował sobie stabilne miejsce pośród innych przedstawień wystawianych w łódzkim teatrze. Mnie udało się go obejrzeć dopiero tydzień temu, akurat w dniu, gdy w główną rolę po raz pierwszy wcieliła się Paulina Walendziak. Młoda aktorka zastąpiła Marietę Żukowską, od premiery spektaklu kreującą postać Isobel. 


Afisz spektaklu. Materiały teatru

Lwie na ulicy” napisano już wszystko przez lata teatralnej eksploatacji tego tytułu. Mogłabym powtórzyć słowa znane z dotychczasowych recenzji podkreślające magię, która emanuje ze sceny w czasie trwania trzygodzinnego spektaklu. Rozpływać się nad pomysłowością kostiumów wykorzystywanych w przedstawieniu, bądź powielać informacje o tym, że aktorzy nie kryją się za kulisami w czasie przerw. Jednak to wszystko już napisano, zaś główne elementy spektaklu Mariusza Grzegorzka pozostają niezmienne od lat. Jeśli kogoś faktycznie interesuje sceniczny kształt przedstawienia niech się na nie wybierze. 

Dla mnie najważniejsza była Isobel - niespokojna dusza zawieszona pomiędzy światami żywych i umarłych. Drobna dziewczynka z burzą rudych włosów i przenikliwymi, błękitnymi oczami. Paulina Walendziak stanęła przed trudnym zadaniem zastąpienia uwielbianej przez widzów Mariety Żukowskiej. Nowa” Isobel jest charyzmatyczna. Dziewczynka padła ofiarą tajemniczego lwa, który brutalnie wyrwał ją z dotychczasowego życia. Zawieszona w próżni obserwuje toczące się obok sprawy, problemy żywych. Na zawsze pozostając dzieckiem zyskała dostęp do nadzwyczajnej wiedzy. Wszystko rozumie, wie o zdarzeniach przeszłych i tych, które dopiero nadchodzą. W miarę rozwoju fabuły wydaje się być pogodzona z nieszczęściem, jakie ją spotkało. Stara się uchronić przed nim innych bohaterów spektaklu. Jest odważna, zdeterminowana, zawsze obok ludzi. Stara się im pomóc, obserwuje toczone przez nich zmagania z losem. Bohaterka w wykonaniu Pauliny Walendziak wygląda jak krucha, porcelanowa laleczka. Jej spojrzenie nie jest jednak delikatne i ufne, wręcz przeciwnie. Przywodzi mi na myśl sóweczkę czujnie obserwującą otaczający ją świat, zaskakująco silną. Nie o wszystkich bohaterach spektaklu można to powiedzieć.  Jest ich wielu, a obecność każdego na scenie uświadamia widzom, jak różne mogą być oblicza i pochodzenie zła.

„Lew na ulicy” jest przedstawieniem, które zmusza ludzi zgromadzonych na widowni do rachunku sumienia. Sytuacje ukazane w przedstawieniu nie są wszak oderwane od rzeczywistości. Judith Thompson w swoim dramacie udowadnia, że niejednokrotnie ludzka nieświadomość doprowadza do narodzin zła. W słowie „nieświadomość” pragnę zawrzeć wiele: stereotypowe myślenie, zamykanie się na drugiego człowieka, gesty nie poparte szczerymi intencjami, kłamstwa. Mogłabym tak wymieniać bardzo długo, na liście jest miejsce dla mniejszych i większych win. Mariusz Grzegorzek ukazał ich destrukcyjną siłę.

Mijające lata zmieniły rzeczywistość i ludzi ją kreujących. Piętno upływającego czasu odcisnęło się również na teatrze. Od momentu premiery „Lwa na ulicy” Mariusz Grzegorzek wyreżyserował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi kilka dobrze przyjętych przedstawień, ugruntowując swoją pozycję cenionego twórcy. Choć „Lew na ulicy” nie jest moim ulubionym przedstawieniem tego reżysera (jest nim „Dybuk”), pragnę podkreślić pewien fakt. Mariusz Grzegorzek nie popełnia błędów obsadzając role w przygotowywanych przez siebie produkcjach. Debiut Pauliny Walendziak w kreacji Isobel to potwierdza.