wtorek, 28 lutego 2017

Trzej Muszkieterowie

Wprawdzie „La La Land” nie dostał Oscara w kategorii „Najlepszy film”, jednak jego popularność  (również w Polsce) jest potwierdzeniem, że ludzie lubią musicale, nie tylko te filmowe. Część polskich teatrów muzycznych może chwalić się wyprzedanymi biletami na swoje najpopularniejsze spektakle nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Nie mówię tutaj o wszystkich instytucjach specjalizujących się w widowiskach musicalowych, jak również nie o każdym wystawianym obecnie nad Wisłą musicalu. Co może być przyczyną popularności musicali? Uważam, że wśród bogactwa teatralnych form i gatunków nie istnieje nic lepszego od musicalu.


W minioną sobotę wybrałam się do stolicy Dolnego Śląska. Wrocław powitał mnie wiosenną pogodą, kluczami gęsi lecącymi nad miastem i jednym z lepszych musicali, jakie widziałam. Powiem więcej – „Trzej Muszkieterowie” z Teatru Muzycznego Capitol to najlepszy musical napisany i skomponowany przez polskich twórców. Przedstawienie wystawiane we Wrocławiu od października 2015 roku sprawiło, że odzyskałam wiarę w autorskie, polskie produkcje. Choć lubię spektakle Wojciecha Kościelniaka, jego musicale nie charakteryzują się teksami piosenek, które zapadłyby mi w pamięć. W przypadku „Trzech Muszkieterów” autorstwa Konrada Imiela i Marka Kocota jest zupełnie inaczej.

Tytułowi "Trzej Muszkieterowie". Fot. materiały teatru

Spektakl jest udaną adaptacją słynnych powieści Aleksandra Dumasa (ojca). Zarówno fani jego twórczości, jak i widzowie nieznający prozy francuskiego autora wychodząc z Capitolu będą zadowoleni. Panowie stworzyli scenariusz musicalu umieszczając w nim najważniejsze wątki pochodzące z literackich „Trzech Muszkieterów” oraz „Dwudziestu lat później”. Ludzie zgromadzeni na widowni na prawie cztery godziny zostają przeniesieni do siedemnastowiecznej Francji, którą włada Ludwik XIII. Obserwują dworskie intrygi, knowania marzącego o władzy kardynała Richelieu i współpracującej z nim niebezpiecznej Milady. Jednak głównymi bohaterami musicalu pozostają królewscy muszkieterowie: Atos, Portos, Aramis i D’Artagnan.


"Trzej Muszkieterowie" spektakl Teatru Muzycznego Capitol
Milady (Justyna Szafran) i Hrabina Winter (Justyna Antoniak).
Fot. materiały teatru

W scenicznej, musicalowej wersji „Trzech Muszkieterów” najbardziej spodobała mi się muzyka i libretto. Za skomponowanie wspaniałych utworów odpowiada Krzesimir Dębski. Jego nazwisko stanowiło dla mnie gwarancję, dzięki której byłam przekonana, że musical będzie mi się podobał. Kompozytorowi należą się gromkie brawa i podziękowania, ponieważ w dźwiękach stworzonych na potrzeby widowiska można się doprawdy zasłuchać. Są w nich wszystkie emocje odczuwane przez bohaterów spektaklu. Za teksty piosenek wykonywanych w musicalu odpowiadają Imiela i Kocot. Udało im się dokonać rzeczy tak rzadko spotykanej w polskim teatrze muzycznym, że prawie uznanej przeze mnie za niemożliwą. Panowie napisali piękne, mądre, zapadające w pamięć teksty piosenek. Obyli się przy tym bez prostych rymów kojarzących mi się wyłącznie z piosenkami disco polo (nic na to nie mogę poradzić). Nie unikali za to twardych, jakże niewdzięcznych spółgłosek i o dziwo! słowo „zarżnąć” da się zaśpiewać. Najwspanialsze jest jednak to, że libretto „Trzech Muszkieterów” zapada w pamięć, zostaje w umyśle widza po jego wyjściu z teatru. We mnie zostało i skłoniło do zakupu płyty z muzyką usłyszaną podczas tego prawie czterogodzinnego widowiska.

Scena zbiorowa. Fot. materiały teatru

Do gustu przypadła mi również scenografia stworzona na potrzeby przedstawienia. Być może nie powinnam w stosunku do niej używać określenia „elegancka”, jednak wykorzystam przysłówek, który przyszedł mi do głowy w chwili gdy kurtyna odsłoniła scenę Capitolu. Elementy dekoracji są funkcjonalne, za pomocą kilku ruchomych platform udało się twórcom wykreować miejsca, w których rozgrywa się akcja spektaklu (a jest ich niemało). Prostota kształtów i oszczędność barw idealnie dopełniały klimat musicalu. Zasada „mniej znaczy więcej” sprawdziła się w „Trzech Muszkieterach” w stu procentach.


Łukasz Wójcik (Ludwik XIII) i Magdalena Wojnarowska (Królowa Anna) na scenie Teatru Muzycznego Capitol
Na pierwszym planie
Łukasz Wójcik (Ludwik XIII) i Magdalena Wojnarowska (Królowa Anna)

Teatr Muzyczny Capitol ma jeden z najlepszych zespołów artystycznych wśród polskich teatrów specjalizujących się w musicalach. Podczas wizyty we wrocławskiej instytucji kultury miałam okazję oglądać artystów etatowych wspieranych przez aktorów współpracujących z Capitolem na potrzeby tego konkretnego spektaklu. Najlepiej wspominam Magdalenę Wojnarowską, która wciela się w postać Anny Austriaczki. Jej duet „Miłość silniejsza niż śmierć” wykonany z Marcinem Januszkiewiczem wzruszył mnie. Mile zapamiętałam Piotra Bondyrę, który śpiewał dobrze i wzbudzał sympatię jako d’Artagnan. Błażej Wójcik, grający moją ulubioną postać - demonicznego kardynała Richelieu, był świetny.

Andrzej Gałła (Pan Bonacieux) i Błażej Wójcik (Karynał Richelieu) w musicalu "Trzej Muszkieterowie"
Andrzej Gałła (Pan Bonacieux) i Błażej Wójcik (Karynał Richelieu).
Fot. materiał teatru

O „Trzech Muszkieterach” mogłabym pisać jeszcze długo, nie zależy mi jednak na stworzeniu eseju. Chciałabym przekonać potencjalnych czytelników do wizyty w Teatrze Muzycznym Capitol. Może planując wyjazd do Wrocławia zdecydujecie się na pójście do teatru? W Polsce jest kilka instytucji kultury, w których można zobaczyć wspaniałe musicale i polubić ten gatunek. Wrocławski Capitol zdecydowanie należy do takich miejsc, jednak przypominam – jeśli już zapragniecie zobaczyć jakieś przedstawienie z jego repertuaru, zarezerwujcie bilety wcześniej.


Ewa Szlempo (Konstancja) i Piotr Bondyra (D'Artagnan)na scenie Teatru Muzycznego Capitol
Ewa Szlempo (Konstancja) i Piotr Bondyra (D'Artagnan). Fot. materiał teatru

poniedziałek, 20 lutego 2017

Czego nie widać

Nie lubię fars. Mimo to postanowiłam wybrać się na spektakl "Czego nie widać" wystawiany w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Było to ciężkie przeżycie.  „Dlaczego? Po co?”­­­ ­­­ te dwa pytania towarzyszyły mi przez trwające ponad dwie godziny przedstawienie. Z każdą chwilą wzrastały moje wątpliwości, by w finale złożyć się na silne postanowienie, że nie prędko wybiorę się na kolejną farsę.


"Czego nie widać" Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi
Większa część obsady przedstawienia. Fot. HaWa

„Czego nie widać” operuje znanym chwytem „teatru w teatrze”. Zebrana i współpracująca ze sobą jakby na siłę trupa przygotowuje farsę, z którą wyruszy w tournée po Wielkiej Brytanii. Profesjonalizm z aktorów stara się wykrzesać reżyser o niespełnionych ambicjach twórczych. Widzowie zebrani na widowni obserwują perypetie związane z próbą generalną (bądź techniczną) farsy oraz późniejszą podróżą od miasta do miasta, która od samego początku naznaczona jest konfliktami zachodzącymi pomiędzy bohaterami. Pomysł Pawła Dangela by wyreżyserować akurat tę farsę okazał się nietrafiony.

Na nieszczęście widzów spektakl trwa i trwa. Zgromadzeni oglądają przedstawienie brytyjskiego zespołu trzy razy i choć zamysłem Michaela Frayna było ukazanie, jak jeden błąd pociąga za sobą kolejne, efektu nie udało się odtworzyć na scenie Teatru Nowego. Pierwszy akt, choć najdłuższy, był jednocześnie najbardziej dopracowany. Na nim też widzowie śmieli się najczęściej, choć nie słyszałam szalonego, pełnego radości chichotu, jaki łączyłam do tej pory z farsami. Drugi akt przyniósł sytuację zaskakująco ciężką, a mianowicie pantomimę. Mam wrażenie, Paweł Dangel nie miał koncepcji, jak opracować tę część spektaklu. Generalnie skończyło się na kolejnych pomyłkach z bukietami kwiatów w rolach głównych, trzaskaniu drzwiami, sztywnych i wyglądających sztucznie momentach, gdy bohaterowie robią sobie na złość. Choć treść wystawianej przez nich farsy jest idiotyczna, okazała się lepsza, niż zakulisowe potyczki. Zaczęłam żałować, że w tym spektaklu widać tak wiele.

W farsie musi mieć miejsce nieoczekiwany zwrot akcji...
Na przykład pojawienie się arabskiego szejka. Fot. HaWa

Fabuła „Czego nie widać” obnaża konwencje i chwyty przypisane do farsy. W tym przypadku poza nieprawdopodobnymi sytuacjami, w które zostają wplątani bohaterowie, pojawiają się również przemyślenia o kondycji teatru w ogóle. Widzowie obserwują megalomańskiego reżysera, który nie radzi sobie z zapanowaniem nad zespołem. Nikogo to nie dziwi, skoro aktorzy skupieni są na plotkach, romansach, zdradach i prezentowaniu samych siebie na scenie. Kiedy do tego dodane zostaną zbytnie przywiązanie do whisky, wyczerpanie nerwowe i przypadkowa (??) ciąża, na scenie pojawia się świat show biznesu rodem z „Pudelka”. Czy te przejawy życia artystów i pracy nad spektaklem, na co dzień niedostępne i skrywane przed oczami widzów faktycznie są ciekawsze, niż ostateczne efekty ich pracy? Tym razem nie były.

Problematyczne okazało się dla mnie znalezienie w „Czego nie widać” elementu, który mi się podobał. Padło na scenografię udającą samą siebie – ot, wnętrze domu urządzonego w starym młynie. Chociaż skrzydła nie robią pełnego obrotu, tylko żenująco drgają, a eleganckie wnętrze salonu przyozdabia poduszka z emblematem sponsora tournée, obrotowa scenografia potrafi się obronić. W przeciwieństwie do słabej animacji. Pociąg, owce i sardynki…

Lucyna Szierok Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi
Lucyna Szierok jako Brooke. Fot. HaWa

Farsa powinna być popisem umiejętności aktorskich. Nie w tym przypadku. Przerysowane, składające się z samych stereotypów postacie nie dały na to szansy występującym na łódzkiej scenie aktorom. Przemysław Dąbrowski jako reżyser jest zbyt spokojny, pozbawiony życia do tego stopnia, że jego romansowe poczynania wzbudzają zaskoczenie. Agnieszka Korzeniowska nie zaznacza swojej obecności na scenie, niknie na niej. Na tle Lucyny Szierok każdy wypada blado. Jej postać nie grzeszy inteligencją i być może to właśnie ułatwiło aktorce opracowanie roli. Brooke to zapatrzona w siebie (i w wyświetlacz swojego telefonu) aktoreczka, lepiej radząca sobie w świecie wirtualnym, niż realnym. Tournée traktuje jak szansę na wypromowanie się. Jej popisy przed oczami widzów bawią, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, jak wiele „gwiazd” młodego pokolenia zdobyło sławę właśnie w ten sposób będąc wszędzie, zawsze przygotowane do selfie.

„Czego nie widać” to opowieść o teatralnym kłamstwie, które co wieczór oglądają widzowie. Nadal bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego władze Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi postawiły na farsę? Po co? Spektakl dłuży się, tylko momentami bawi, częściej rozczarowuje.

PS Recenzja wkrótce będzie dostępna na stronie "Dziennika Teatralnego".

czwartek, 16 lutego 2017

Rapsodia z demonem

Starsi i młodsi melomani uwielbiają muzykę zespołu Queen. Dla niektórych stanowi ona prawdziwą świętość. Nie dla mnie. Nie potrafię wymienić więcej niż sześciu tytułów utworów legendarnej grupy, nucę tylko najpopularniejsze ich fragmenty, zresztą bez specjalnego entuzjazmu. Dlatego wybrałam się na „Rapsodię z demonem” do warszawskiego Teatru Rampa przyciągnięta nazwiskami artystów zaangażowanych do pracy nad spektaklem, nie perspektywą usłyszenia największych hitów brytyjskiego zespołu.


Jakub Wocial, Kuba Molęda w spektaklu "Rapsodia z demonem"
Afisz promujący spektakl

„Rapsodia z demonem” to przedstawienie muzyczne. Głównym bohaterem jest młody, pełen ideałów muzyk Erwin (Kuba Molęda), który wspólnie z przyjacielem Kacprem (Sebastian Machalski) stara się zainteresować swoją twórczością potencjalnych odbiorców. Jednak chętni do słuchania ich kawałków są tylko bywalcy baru, w którym od czasu do czasu koncertują. Erwin marzy, lecz sam nie wie, o czym. Chce lepszego świata, w którym byłby doceniany i kochany? Chce sławy? Chce być "kimś"? Pragnienia idealisty są równie niejasne, jak pochodzenie spotkanego przypadkowo nieznajomego. Mistrz (Jakub Wocial) oferuje chłopakowi spełnienie trzech życzeń w zamian za jego duszę. Fabuła trochę naiwna, lecz wystarczająca, by ukazać talent zespołu artystycznego Rampy, posługując się przy tym legendarnymi piosenkami.

Kuba Molęda i Sebastian Machalski w przedstawieniu "Rapsodia z demonem"
Kuba Molęda (Erwin - po prawej) i Sebastian Machalski (Kacper)

Utwory brytyjskiej grupy składają się na wdzięczną treść przedstawienia. Na scenie teatru wykonywane są piosenki, przy których nogi części publiczności same rwały się do tańca. Śpiewane w języku angielskim „One Vision”, „Don’t stop me now”, „Love kills” i inne umożliwiły zaprezentowanie się wokalistom z najlepszej strony, jednocześnie oszczędziły twórcom spektaklu uwag o złe przygotowanie libretta. Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia byłam pewna, że o stronę wokalną nie muszę się obawiać. 


Jakub Wocial w roli Mistrza w spektaklu "Rapsodia z demonem" Teatr Rampa
Jakub Wocial jako Mistrz

W moich oczach show należał do Jakuba Wociala i jedyne na co mogę ponarzekać, to fakt, że miał tak mało okazji do solowego śpiewu. W „Rapsodii z demonem” jego bohater to majestatyczny, pewny zwycięstwa demon. Cały czas mam przed oczami postać Herberta z „Tańca Wampirów”, dzięki której fani musicalu w Polsce poznali wokalistę. Mistrza i Herberta łączą jedynie bladość skóry, demoniczne pochodzenie i niesamowity głos Jakuba. Żałuję, że w spektaklu wyreżyserowanym przez Michela Driesse’a nie do końca może zaprezentować skalę swojego głosu. Nie ma przedstawień idealnych...


Kuba Molęda jako Erwin
Erwin (Kuba Molęda) w towarzystwie świty Mistrza

Trudne zadanie przypadło Kubie Molędzie. Fani musicali wiedzą, że śpiewa bardzo dobrze i na ogół ludzi nie trzeba o tym przekonywać. Jednak rola Erwina jest mdła. Decyzje podejmowane przez chłopaka są niejasne, wyrażane opinie są momentami ciężkie do zrozumienia, osobowość bardziej drażni niż wzbudza sympatię. Kuba rozwinął się aktorsko, lecz z dylematów niespełnionego muzyka nie da się zbudować roli życia. Największym odkryciem w tym spektaklu jest dla mnie Sebastian Machalski, który świetnie prowadzi postać Kacpra i kiedy już dostaje szansę, by zaśpiewać brzmi bardzo dobrze. Wokalista wart obserwowania.

Spektakl "Rapsodia z demonem" w Teatrze Rampa
Scena grupowa we wnętrzu baru

Podobała mi się scenografia wykorzystywana w przedstawieniu. Rampa nie dysponuje rozległą sceną, tym bardziej minimalistyczne elementy wykorzystane w scenach rozgrywających się w barze, czy studiu telewizyjnym okazały się świetnym rozwiązaniem. Oniryczne elementy pojawiające się na scenie podczas sennych przygód Erwina nie były przekombinowane. Istotną rolę w spektaklu odgrywa światło i kolory, podkreślające atmosferę kolejnych scen. Czerwień i czerń przypisane do Mistrza i kreowanego przez niego świata zostały zestawione z bielą świata Królowej, którego częścią pragnie być Erwin, a także zielenią stroju Idy (przyjemna dla oka i ucha Natalia Piotrowska). Kostiumy przygotowane przez Dorotę Sabak i choreografia Santiago Bello (powiedzieć, że była dynamiczna to nic nie powiedzieć) perfekcyjnie dopełniają stworzone na scenie Rampy widowisko.

Barbara Gąsienica-Giewont w roli Królowej na scenie Teatru Rampa w Warszawie
W centrum Barbara Gąsienica-Giewont jako Królowa

Miłą niespodzianką było zaprezentowanie zespołu muzycznego, który ujawnił swoją obecność dopiero w finale przedstawienia. Muzycy rockowi trzymali poziom przez całe przedstawienie, zasłużyli na gromkie brawa, jakimi ich nagrodzono.


Kuba Molęda, Sebastian Machalski, Natalia Piotrowska na scenie Teatru Rampa w Warszawie
Kuba Molęda, Sebastian Machalski, Natalia Piotrowska

„Rapsodia z demonem” to przedstawienie, który obowiązkowo powinni obejrzeć fani grupy Queen, ponieważ zespół Teatru Rampa wypada świetnie w takim repertuarze. Poza tym nawet nie będąc fanem legendarnych utworów, na spektaklu można się świetnie bawić. Fabuła bywa momentami naprawdę komiczna, inscenizacja jest spójna, sprawnie zrealizowana, dobrze zagrana, świetnie zaśpiewana (ostatni raz brawa dla Jakuba Wociala). "Rapsodia z demonem" udowadnia, że nie tylko w największych teatrach muzycznych można zrealizować dobre widowisko. Szczerze polecam obejrzeć, bo warto!

PS Zdjęcia użyte w recenzji nie są moją własnością, wykorzystałam zasoby znalezione w sieci. Ich autorom dziękuję za udostępnienie swojej pracy. 

piątek, 10 lutego 2017

Le Roi Soleil

„Le Roi Soleil” jest musicalową perłą. Premiera spektaklu odbyła się w 2005 roku i choć nie miałam okazji obejrzeć go na żywo w Palais des Sports, nagranie przedstawienia podbiło moje serce. Istnieje naprawdę niewiele rzeczy, zjawisk, osób, idei, którym się to udało, jednak to widowisko dokonało we mnie rewolucji. 


Po „Upiorze w operze” był to drugi musical, który realnie przyczynił się do tego, że wybrałam studia teatrologiczne. Poza tym skłonił mnie do zainteresowania się Francją i kulturą w tym kraju, zmotywował do rozpoczęcia nauki najpiękniejszego języka świata – francuskiego oczywiście, wreszcie ustanowił pewne ramy estetyczne, których staram się trzymać.

Dove Attia et Albert Cohen "Le Roi Soleil"
Okładka oficjalnego nagrania musicalu

Musical opowiada o życiu najsłynniejszego francuskiego monarchy – Ludwika XIV. Prowadzi widzów przez życie króla, od czasu objęcia przez niego tronu, poprzez rewolucję ustrojową jakiej się dopuścił, na budowaniu potęgi państwa. Nie mniej twórcy spektaklu sprawy związane z polityką pozostawili w tyle. W spektaklu to uczucia Ludwika XIV są najważniejsze: jego osamotnienie, kolejne romanse, wielka miłość. Władca absolutny miał w tym widowisku bardzo ludzką twarz. W dodatku niezwykle czarującą, gdyż główna rola przypadła Emmanuelowi Moire, rozpoczynając jego muzyczną karierę. Emmanuel stał się jednym z moich ulubionych wokalistów, byłam na jego koncercie w Paryżu – śpiewa genialnie!

"Le Roi Soleil"
Emmanuel Moire (Ludwik XIV) i Lysa Ansaldi (Markiza de Montespan)

W musicalu przypadły mu najlepsze piosenki, to właśnie libretto i muzyka stanowiły najmocniejszą stronę „Le Roi Soleil”. Nie było w tym widowisku utworu, który byłby słaby. Mam oczywiście swoje ulubione „kawałki”, cały spektakl był bardzo pop-owy i dźwięczny. Po kilku latach nauki francuskiego, kiedy nie muszę już korzystać z napisów stworzonych do nagrania, coraz bardziej doceniam też oryginalne teksty piosenek. Dostępne tłumaczenie jest dobre, ale nie oddaje wdzięku zawartego w języku francuskim.

"Le Roi Soleil" comedie musicale
Jedna ze scen z musicalu

Urok Emmanuela, piękna muzyka i dobre libretto nie są jednak wszystkim, co zachwyca mnie w „Królu Słońce”. Ogromne wrażenie robi na mnie fakt, że ten musical był doprawdy widowiskowy, efektowny. Momentami nawet efekciarski, jednak Kamel Ouali mądrze wykorzystał środki, jakimi dysponowali producenci musicalu – Albert Cohen i Dove Attia. Panowie zazwyczaj prezentowani w duecie poza sukcesem tego tytułu mają na koncie kilka innych, stworzonych z rozmachem musicali, które również pokochała publiczność.

"Contre ceux d'en haut" - druga scena I aktu musicalu

Na potrzeby „Le Roi Soleil” stworzono przepiękną scenografię przedstawiającą wnętrza pałaców, pole bitwy, mroczny las, królewski teatr. Mówiąc bardzo ogólnie – scena ociekała bogactwem, złotem, królewskim błękitem i purpurą. Efektu przepychu dopełniały kostiumy, które miały tak dopracowane detale, że podczas oglądania nagrania musicalu od ich ilości zaczynają boleć oczy. Wszystkie postaci wyglądają pięknie i dostojnie, nawet brat Ludwika XIV, Filip (w rolę którego wcielał się Christophe Maé) paradujący po scenie w dredach. 


"Le Roi Soleil" chanson "Ça marche"
W centrum Christophe Maé w utworze "Ça marche"

W tym miejscu muszę nawiązać również do choreografii. Ta zaś była majstersztykiem. Bazowała na balecie, na scenie pojawiał się bardzo liczny zespół tancerzy, którzy w kolejnych układach choreograficznych zadziwiali. Byli jak sprawnie działająca maszyna, której części składowe wpływają na siebie, napędzając nawzajem. Tańczyli wspaniale, dynamicznie, pewnie. Gdy teraz myślę o „Le Roi Soleil” do głowy przychodzi mi tylko jedno słowo – profesjonalizm. Przejawiał się na każdym poziomie tego widowiska.

Część obsady musicalu

Poza tym w spektaklu wykorzystano technologię. Choć w obecnej chwili (po 12 latach od paryskiej premiery) efekty stworzone na scenie Palais des Sports są dostępne również w polskich teatrach, ośmielę się stwierdzić, że polscy twórcy nie umieją z nich korzystać. „Le Roi Soleil” nie był pierwszym, ani ostatnim musicalem wystawianym w halach widowiskowych, przyciągającym tysiące widzów. Choć bardzo tego żałuję, w Polsce nie ujawnił się jeszcze twórca, który sprostałby stworzeniu takiego musicalu. Dotychczasowe próby (choćby godni pożałowania „Krzyżacy”) kończyły się spektakularnymi klapami.

Pragnę zwrócić również uwagę na istotną kwestię – na nagraniu musicalu zarejestrowano radosne okrzyki widzów zebranych na widowni Palais des Sports. Ci ludzie z niesamowitym entuzjazmem zgromadzili się w hali, chcąc obejrzeć musical. Ich zadowolenie można obserwować podobnie jak widowisko. Witają wiwatami artystów, najlepsze piosenki mają wstęp w postaci braw. Tego nie spotyka się w polskich teatrach, bardzo rzadko na koncertach. Francuska publiczność szczerze cieszyła się mogąc obejrzeć musical. Uważam, że to piękne i jej zachwyt udziela mi się za każdym razem, gdy oglądam nagranie „Króla Słońce”.

Emmanuel Moire w utworze "Être à la hauteur"

Starałam się opisać mój ukochany musical wyzbywając się zbędnych emocji i ozdobników. Pewnie nie całkiem się to udało, jednak ciężko jest pisać o ważnych kwestiach i nie dać się ponieść opowieści. „Le Roi Soleil” niezmiennie jest moim numerem 1 na liście obejrzanych musicali i choć mijają lata, a ja poznaje kolejne spektakle, żaden nie jest w stanie odebrać mu pozycji lidera w moim rankingu.


wtorek, 7 lutego 2017

Zapowiadając Króla

Musicale mogłabym oglądać codziennie. Moje zainteresowanie gatunkiem osiągnęło apogeum na studiach, kiedy każdą z prac semestralnych pisałam na podstawie jakiegoś widowiska musicalowego, zanudzając wykładowców przykładami talentu i kunsztu reżyserów zajmujących się tym rodzajem widowisk. Dopiero teraz uczę się doceniać teatr dramatyczny i operę, trochę odchodząc od ukochanych musicali.


Jednak tylko trochę 😉 Najczęściej o rodzaju i gatunku oglądanych spektakli decyduje los. Przedstawienia, które chcę zobaczyć planuję zazwyczaj z miesięcznym wyprzedzeniem. Teatry kierują się polityką popytu i sprzedaży, z reguły w weekendy wystawiając swoje najnowsze lub najpopularniejsze sztuki. Przez to wiele interesujących pozycji repertuarowych nakłada się na siebie, zmuszając mnie do podejmowania trudnych decyzji. Przeważnie wygrywa… rozsądek. 


Jeśli muszę wybierać pomiędzy musicalem, a przedstawieniem dramatycznym, które zostało dobrze ocenione lub uznane za warte obejrzenia przez moich ulubionych krytyków i recenzentów, w 80% przypadków kieruję się ich zdaniem. Dlaczego? Staram się nie zamykać wyłącznie na musical, poza tym – spektakle muzyczne są (generalnie) produkcjami droższymi, dlatego czas ich eksploatacji na scenach teatrów trwa dłużej niż przedstawień innego rodzaju (koszty produkcji muszą się zwrócić). Wychodzę z założenia, że jeszcze zdążę obejrzeć najpopularniejsze obecnie w Polsce musicale.

Mieszkając w centrum tego pięknego kraju mogę pozwolić sobie na w miarę wygodne podróże do teatrów położonych w innych miastach. Łódzki Teatr Muzyczny jest mi znany, podobnie jak warszawskie instytucje specjalizujące się w produkcjach musicalowych. Wizyty w pozostałych polskich teatrach muzycznych muszę planować w weekendy, głównie ze względów logistycznych. Podróż do Wrocławia czy Poznania w ciągu tygodnia jest wprawdzie wykonalna, jednak… niewygodna. Głównie dlatego, że następnego dnia niewyspana musiałabym pojawić się w pracy, więc jeśli planuję obejrzeć musical poza Łodzią czy Warszawą, to wyłącznie w dzień wolny. Jednak jak już wspominałam, nie zawsze musicale wygrywają ;)

Jesienią napisałam posty o moich musicalowych planach, czyli spektaklach, które chciałam zobaczyć w ciągu najbliższych miesięcy. Wyszły średnio 😢 Zamiast zaplanowanych tytułów obejrzałam inne. Przy okazji dowiedziałam się, że w Gliwicach już nie wystawia się przedstawień musicalowych, więc NIESTETY nie zdążyłam obejrzeć „Rodziny Addamsów”...Na szczęście w najbliższym czasie będę miała okazję usiąść na widowni Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu i cieszyć się spektaklem „Trzej Muszkieterowie”, choć zwiastun tego tytułu trochę mnie rozczarował. 


Jednak wcale nie o tym chciałam napisać! Miał to być post o najwspanialszym, najlepszym, najbardziej porywającym musicalu jaki znam. Konkretnie o tytule, który wzbudził mój zachwyt i wywołując lawinę zdarzeń doprowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem. Może brzmieć to naiwnie, zbyt poważnie, głupio, jednak gdyby nie „Le Roi Soleil” („Król Słońce”), pewnie nie zajmowałabym się teraz teatrem. 

Znam ten musical od 2009 roku i mimo tego, że nie miałam okazji zobaczyć go na żywo, za każdym razem, gdy oglądam nagranie, mój zachwyt nad kształtem tego przedstawienia tylko wzrasta!
Po takim wstępie w kolejnym poście przejdę do „Le Roi Soleil”. Przecież Król nie powinien czekać… 
Tymczasem jeszcze przez 3 minuty i 29 sekund nacieszę oczy i uszy fragmentem przedstawienia 😂