wtorek, 31 stycznia 2017

Vladimir

W zeszłym tygodniu wybrałam się do Teatru Powszechnego w Łodzi na spektakl „Vladimir” w reżyserii Kuby Zubrzyckiego. Przedstawienie definiowane jako dramat psychologiczny faktycznie reprezentowało sobą taki rodzaj teatru. Nie była to idealna sztuka, miała swoje niedociągnięcia, jednak w ogólnym podsumowaniu wypadła na tyle dobrze, aby zapełnić widownię Małej Sceny.


Spektakl "Vladimir" w Teatrze Powszechnym w Łodzi
Aleš, Maša i Mikki

Przedstawienie rozpoczęła scena imprezy w studenckim mieszkaniu. Widzowie poznali Aleša, Mašę oraz Mikkiego. Przyjaciele od lat mieszkali we trójkę, dzieląc ze sobą radości i smutki wczesnej dorosłości. Maša i Mikki studiowali razem, spędzając wspólnie większość czasu. Aleš był jednak pewny miłości ukochanej dziewczyny, dlatego życie młodych mijało bez większych przeszkód. Tak przynajmniej mogło się wydawać. Problemy wkroczyły w życie przyjaciół bardzo prozaicznie. Nie mający stałej pracy Aleš zdecydował się wynająć pokój w ich mieszkaniu nowemu lokatorowi, tym samym poprawiając sytuację finansową. Współlokatorem został Vladimir, starszy mężczyzna, kiedyś pracujący jako ochroniarz, po stracie pracy utrzymujący się z oszczędności życia. Jego dojrzałość imponowała Mašy, niepokoiła Mikkiego. Żadne z przyjaciół nie liczyło się jednak ze zdaniem chłopaka, zwracając się ku Vladimirowi. Tymczasem problemy kumulowały się.

Spektakl "Vladimir" w Teatrze Powszechnym w Łodzi
Aleš, Maša i Vladimir

Zestawienie młodzieńczej niedojrzałości ze statecznością i życiowym doświadczeniem wydawało się początkowo tylko konfliktem pokoleń. Naprawienie popsutego syfonu czy młynka do kawy sprawiło, że widzowie uśmiechali się pod nosem. Starszy lokator wprowadził w beztroskie życie przyjaciół porządek, zorganizował ich przestrzeń życiową według ram i zasad, które uważał za lepsze. Faktycznie małe ułatwienia i zmiany okazały się przydatne, jednak nie skończyło się na nich. Wtedy też konflikt pokoleń przerodził się w walkę z nietolerancją i archaicznymi poglądami, którym pragnęli wymykać się młodzi. Zamiast początkowego zachwytu nad wprowadzanym ładem pojawiła się irytacja, ponieważ nikt nie lubi, gdy osoby trzecie próbują organizować nam życie. W tym przypadku naruszenie wolności skończyło się tragicznie.

Spektakl "Vladimir" w reżyserii Kuby Zubrzyckiego
Vladimir

Bohaterowie dramatu reprezentowali sobą dwie strony tego samego medalu. Wszyscy chcieli żyć, jednak według odmiennych zasad. Z początku stojący po tej samej stronie Aleš, Maša i Mikki rozdzielili się, co poskutkowało wyprowadzką Mikkiego i pozostawieniem dziewczyny samej z coraz dziwniej zachowującym się Vladimirem i uzależnionym od niego Alešem. Ten ostatni wychowując się bez ojca zaczął traktować mężczyznę jak powiernika i doradcę. Zawdzięczając mu pomoc i pożyczając od niego pieniądze zaplątał się w toksyczny układ. 

Aleš był najciekawszym bohaterem tego spektaklu. Kreujący tę postać Damian Kulec stworzył na scenie Teatru Powszechnego sylwetkę chłopaka, który starał się dbać o swoją "rodzinę". Dziewczyna i przyjaciel to ludzie, o których musiał się troszczyć, zapewniając im jak najlepsze warunki do studiowania. Czuł się jednak zmęczony, później zaś zdradzony przez tych dwoje. Z głowy rodziny, z nabuzowanego agresją samca alfa zmienił się w chłopca, któremu należało pomóc. Świadomość zagrożenia dotarła do niego zbyt późno.

Przedstawienie "Vladimir" na Małej Scenie Teatru Powszechnego w Łodzi
Aleš i Vladimir

W tytułowego bohatera wcielał się Artur Majewski. Śnieżnobiała koszula i czarny garnitur były jego uniformem, który zapewne przypominał mężczyźnie o okresie, gdy pracował jako ochroniarz i czuł się potrzebny. Taka sztywność i zachowawczość stroju podkreślała również jego konserwatywne poglądy i skłonność do wprowadzania ustalonego przez siebie ładu. Aktor przez prawie cały spektakl prowadził postać Vladimira statecznie, dzięki czemu mężczyzna wydawał się wyzbyty z emocji, będąc ponad młodzieńczymi wybuchami. Dopiero nieposłuszeństwo Mašy wyprowadziło go z równowagi do tego stopnia, by objawił widzom swoją prawdziwą twarz.

Teatr Powszechny w Łodzi, spektakl "Vladimir"
Maša i Vladimir

Scenografia przygotowana na potrzeby spektaklu przedstawiała wnętrze mieszkania zajmowanego przez bohaterów. Jego wygląd lekko się zmieniał, w miarę narastania kontroli Vladimira nad jego współlokatorami. Meble zostały przestawione, bałagan posprzątany, granice świata młodych ludzi postawione. Psychopatyczne skłonności Vladimira podkreślały rzeźbione przez niego figurki, które ustawiał w dowolnej konfiguracji. One w przeciwieństwie do młodych współlokatorów nie stawiały oporu.

Artur Majewski jako Vladimir w spektaklu "Vladimir"
Vladimir rzeźbiący jedną z figurek

Przedstawienie miało swoje lepsze i gorsze momenty. Do lepszych zaliczam scenę konfrontacji pomiędzy Alešem a Mikkim (w tej roli Michał Lacheta). Ich kłótnia i "wygarnięcie" sobie dawno skrywanych uraz pozwoliły aktorom na wykorzystanie warsztatowych chwytów, jednocześnie prezentując widzom inne twarze obu postaci. Niestety najsłabszą sceną była rozmowa pijanej Mašy (Katarzyny Grabowskiej) z Vladimirem. Plączący się język, czkawka i problemy z utrzymaniem się na nogach były bardzo sztuczne.


„Vladimir” jest ciekawą pozycją repertuarową Teatru Powszechnego w Łodzi, poruszającą temat kontroli i narzucania innym własnej woli. Na scenie zestawiono młodzieńczą beztroskę i dojrzałość reprezentowaną przez bohaterów dramatu oraz aktorów zaangażowanych do tego spektaklu. Psychologiczny pojedynek rozgrywający się między postaciami udziela się widzom, wpływ na to ma bliskość pomiędzy sceną, a widownią. „Vladimira” warto zobaczyć. 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Halka

W pierwszym zdaniu pozwolę sobie na stwierdzenie: nie znoszę "Halki". Od chwili, gdy na studiach zostałam zmuszona do obejrzenia jednej z dziesiątek inscenizacji tej opery, wizja oszalałej z miłości góralki prześladuje mnie po nocach... Przesadzam ;) "Halka" wprawdzie nie śni mi się, jednak z własnej woli nie oglądam jej na scenie. 


Przyszedł jednak moment, kiedy zostałam zmuszona do ponownego obejrzenia opery i wysłuchania podszytych bólem i żalem arii. Z okazji pięćdziesięciolecia działalności Teatru Wielkiego w Łodzi na scenie tej instytucji zrealizowano kolejną inscenizację dzieła Stanisława Moniuszki. Obejrzenie jej nie było lekkim przeżyciem, głównie dlatego, że nie znoszę tytułowej bohaterki. 

Teatr Wielki w Łodzi. "Halka" na 50-lecie działalności teatru
Dorota Wójcik jako Halka. Fot. Juliusz Multarzyński

W czterech aktach „Halki” widzowie przyglądają się tragedii młodej wiejskiej dziewczyny, którą uwiódł i porzucił szlachcic Janusz. Pod wpływem kolejnych silnych przeżyć bohaterka postradała zmysły, stając się pośmiewiskiem dla ludzi z wioski. Jej opiekunem pozostaje przyjaciel z dzieciństwa - Jontek, kiedyś zakochany w dziewczynie. Mężczyzna stara się pilnować nieszczęsną, która wciąż kocha panicza Janusza i wierzy, że ukochany wróci do niej i ich dziecka. W tym momencie moje poczucie zdrowego rozsądku głośno zaprotestowało, nie chcąc zapłakać nad losem góralki. Przecież ten układ był skazany na porażkę. Motyw romansu szlachcica i dziewczyny z plebsu jest popularny, pojawiał się w kulturze na tyle często, by się znudzić. W "Halce" nie jest inaczej. Poza tym, współcześni widzowie zamiast załamywać ręce nad strzaskanym sercem dziewczyny widzą jej naiwność, a doświadczenie życiowe przynosi im obrazy procesów o alimenty i programy oferujące wsparcie dla samotnych matek. Czasy zabiły dramatyzm tej opery.

Teatr Wielki w Łodzi, opera "Halka" reż. Jarosław Kilian
Łukasz Motkowicz (Janusz), Dorota Wójcik (Halka). Fot. Juliusz Multarzyński

Jednak w  realizacji przygotowanej na pięćdziesięciolecie Teatru Wielkiego, reżyser Jarosław Kilian wykorzystał historię porzuconej dziewczyny jako uniwersalny dramat, który mógłby rozegrać się wszędzie, pomiędzy różnymi osobami, na tle dowolnych dekoracji. Choć w libretto „Halki” wpisane są elementy związane z polską tradycją i kulturą, takie jak Mazur czy taniec górali, w inscenizacji obecnie prezentowanej na łódzkiej scenie króluje uniwersalizacja. Kostiumy przygotowane dla artystów wcielających się w szlachtę prezentują sobą modę typową dla każdego z osiemnastowiecznych dworów europejskich. Tylko kontusz Stolnika przywodzi na myśl polskie tradycje szlacheckie. Stroje noszone przez góralki są piękne i skromne, wskazują na plebejskie pochodzenie kobiet, jednak nie charakteryzują je w sposób jednoznaczny jako mieszkanki gór. Widzowie, którzy spodziewali się zobaczyć na scenie przegląd kostiumów rodem z Podhala mogli poczuć zaskoczenie. Uważam jednak za słuszne przyjęcie przez Weronikę Karwowską  takiego pomysłu na stylizacje bohaterów. Dzięki temu łódzki teatr nie dostał kolejnej dosłownej, polskiej realizacji „Halki”.

Opera "Halka" Teatr Wielki w Łodzi 2017 rok
Scena zbiorowa. "Rzut oka" na kostiumy szlachty. Fot. Juliusz Multarzyński

Uniwersalizacja dotknęła również scenografię, na tle której rozgrywa się historia konsekwencji dziewczęcej naiwności. Choć z libretta wypływają informacje o tym, że Halka jest góralką, że mieszka w górach, na scenie nie zostało to zaprezentowane. Sosny nie szumiały przed oczami widzów, zamiast nich publiczność zobaczyła połamane pnie drzew, pozostałości górskich wichur i lawin, które stanowiły odpowiednie tło dla emocji bohaterów. Symboliczne pnie, stylizowaną bramę broniąca dostępu do dworu Janusza i drewniany kościół uzupełniono wizualizacjami, które podkreślały emocje przeważające w danej scenie. Zbierające się nad dworem ciężkie chmury stanowiły odbicie szaleństwa ogarniającego Halkę. Jej śmierć ukazana jako spokojne odejście do światła łagodziła burzliwość ostatnich chwil życia kobiety. 

Scena z opery "Halka" z Teatru Wielkiego w Łodzi. 2017 rok
Górale w scenie zbiorowej na tle wizualizacji. Fot. Juliusz Multarzyński

W „Halce” Jarosława Kiliana to nie elementy polskie są najważniejsze, lecz te wskazujące na fakt, iż opera Moniuszki wpisuje się do europejskiej tradycji operowej. Zagranie Halki przed współczesnymi widzami nie jest łatwym zadaniem. Podczas jubileuszowego spektaklu w dniu 19 stycznia 2017 roku partię głównej bohaterki śpiewała Dorota Wójcik, znana wielbicielom łódzkiej opery. Jej Halka to dumna wieśniaczka, skupiona na obrazie idealnej miłości, ignorująca cenne rady Jontka. Dorota Wójcik za pomocą swojej gry aktorskiej i śpiewu wspaniale oddała emocje towarzyszące oszalałej kobiecie. Jej godnym partnerem był Dominik Sutowicz, wcielający się w postać Jontka. Dzięki śpiewakowi na scenie łódzkiej opery widzowie zobaczyli targanego gniewem mężczyznę, którego aria „Szumią jodły na gór szczycie” była najmocniejszym punktem całej inscenizacji. 

"Halka" jubileuszowa inscenizacja w Teatrze Wielkim w Łodzi
Dominik Sutowicz jako Jontek. Fot. Juliusz Multarzyński

„Halka” Stanisława Moniuszki pozostaje utworem uznawanym za najsłynniejszą, polską operę. Nie należy jednak zapominać, że można w niej odnaleźć elementy wskazujące na jej silny związek z tradycją innych romantycznych, europejskich oper. Zawarty w jej libretcie temat uwiedzenia i porzucenia jest uniwersalny, pojawia się w wielu utworach, zarówno wcześniejszych od „Halki”, jak i napisanych już po jej powstaniu. Przedstawienie spragnionej nowości publiczności tego "wytartego" motywu to nie lada wyczyn. Jarosław Kilian na pięćdziesięciolecie Teatru Wielkiego w Łodzi przygotował dobrą, elegancką inscenizację tej opery. Jego wizja reżyserska poskutkowała tym, że "Halka" we wspaniały sposób zainaugurowała kolejne półwiecze Teatru Wielkiego w Łodzi. Nie udało jej się jednak przekonać mnie do tego dzieła i mam cichą nadzieję, że upłynie naprawdę dużo czasu, zanim po raz kolejny będę musiała zmierzyć się ze spektaklem o porzuconej góralce. 

Jubileuszowy spektakl "Halka" w reż. Jarosława Kiliana
Dorota Wójcik jako Halka. Na drugi planie - Anioł. Fot. Juliusz Multarzyński



piątek, 20 stycznia 2017

Miarka za miarkę

Ciężko jednoznacznie sklasyfikować „Miarkę za miarkę” autorstwa Williama Szekspira. Dramat posiadający w sobie elementy zarówno komiczne, jak i tragiczne, nieczęsto gości na scenach polskich teatrów. Obecnie inscenizację utworu można oglądać na deskach Teatru Powszechnego w Łodzi, wyreżyserowaną przez Pawła Szkotaka. Twórca podszedł do tematu utworu w interesujący sposób i osadził akcję swojego przedstawienia w więzieniu.


Scena zbiorowa. Fot. z archiwum Teatru.

Na potrzeby spektaklu przygotowano scenografię imitującą wnętrze ośrodka karnego. Kiedy widzowie zajmują swoje miejsca, odtwórcy są już na scenie, przechadzając się niej niczym po spacerniaku. Nad celami skazanych góruje siedziba naczelnika więzienia. Przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi częściami budynku zaznacza charakterystyczny dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Naczelnik więzienia (Michał Lacheta) pilnujący porządku i dyscypliny wśród osadzonych, niczym spragniony wiedzy naukowiec (na co wskazuje jego biały fartuch lekarski) decyduje się na przeprowadzenie eksperymentu. Oddaje rządy w ręce jednego z więźniów, zaś sam rozpoczyna pilne obserwacje. Kiedy do osadzonych dołącza nowy skazaniec (w tej roli Jędrzej Wielecki), badanie przybiera na sile.


Michał Lacheta (Naczelnik) i Jakub Firewicz (Angelo-więzień)
Michał Lacheta (Książę-naczelnik) i Jakub Firewicz (Angelo-więzień).
Fot. z archiwum Teatru

Więźniowie mają odegrać „Miarkę za miarkę”. Każdemu z nich zostaje przydzielona jakaś rola, osadzeni stają się aktorami. To ciekawe wykorzystanie bliskiemu Szekspirowi chwytu „teatru w teatrze”.  Naczelnik niczym sprytny Książę Vincentio w przebraniu obserwuje rozwój wypadków. Te zaś nie są optymistyczne. Sprawujący w jego imieniu władzę więzień-Angelo (gra go Jakub Firewicz) skazuje na śmierć osadzonego-Claudia (Jarosław Dziedzic). Ten chcąc uratować życie prosi o pomoc siostrę Isabellę, w której postać wciela się nowo przybyły więzień. Angelo pragnie wykorzystać dobroć dziewczyny i obiecuje jej uwolnienie brata w zamian za złamanie złożonych przez nią ślubów czystości. Intryga się zacieśnia, postacie zostają wplątane w szereg układów i zależności, wszystko dzięki przyzwoleniu Księcia-naczelnika.

Teatr Powszechny w Łodzi, przedstawienie "Miarka za miarkę"
Jarosław Dziedzic (Claudio-więzień). Fot. z archiwum Teatru

Taka forma spektaklu jeszcze wyraźniej kładzie nacisk na zawarte w „Miarce za miarkę” pytania o znaczenie władzy oraz jej posiadanie i wykorzystywanie. W tekście Szekspira pomiędzy postaciami zachodzą interakcje, Angelo sprawuje rządy brutalnie, w zgodzie ze swoją wolą i hierarchią społeczną. Na scenie Teatru Powszechnego, dzielący ze sobą czas w zamknięciu, skazańcy wykształcili własną drabinę zależności. Najsłabszym przypadła rola prześladowanych, najsilniejszym – stróżów zasad, panów wątpliwej moralności w tym odizolowanym świecie. Okrucieństwo wynikające z treści dramatu przekłada się na ataki, jakich doświadczają wcielający się w postać Isabelli i jej brata skazańcy. Znajdujący się na środkowych stopniach w tej hierarchii bohaterowie balansują pomiędzy dwoma biegunami, starając się zachować swą bezpieczną pozycję. Pod płaszczykiem eksperymentu, odgrywania dramatu, na światło dzienne wypływają wpisane w więzienne życie zachowania. Słabsi muszą ugiąć się pod batem silniejszych.

"Miarka za miarkę" scena Isabelli i Claudia w łódzkim Teatrze Powszechnym
Jędrzej Wielecki (Isabella-więzień) i Jarosław Dziedzic (Claudio-więzień).
Fot. z archiwum Teatru

Reżyser pozostał wierny szekspirowskiemu tekstowi, dołączył do niego również fragmenty „Sonetów” autorstwa stradfordczyka. Słowa dramatopisarza zaskakująco dobrze brzmią zarówno zestawione z nostalgiczną muzyką, jak i gwałtownym, heavy metalowym brzmieniem. Należy podkreślić szacunek reżysera do metrum wiersza, jakim posługują się postacie w tym utworze. Aktorzy momentami wręcz recytują swoje kwestie, z pietyzmem wypowiadając kolejne frazy. Niełatwo oddać to suchym opisem, warto usłyszeć i zobaczyć na scenie łódzkiego teatru.

Utwór Szekspira idealnie sprawdza się do odegrania w męskim gronie, przecież w teatrze elżbietańskim w role damskie wcielali się mężczyźni. Delikatność Isabelli w wykonaniu Jędrzeja Wieleckiego to nie tylko postawienie się w pozycji szantażowanej kobiety, lecz świadomość bycia workiem treningowym dla współwięźniów, którą posiada jego bohater. Nękany skazaniec naprawdę obawia się o swoje bezpieczeństwo, czego odbiciem są łzy ocierane zakonnym habitem. Na uwagę zasługuje Jakub Firewicz, zwłaszcza w drugiej części spektaklu, gdy wydaje się być już w zupełności przekonanym o swojej bezkarności. Najwdzięczniejsza rola przypadła Piotrowi Łukaszczykowi, który sprytnie balansuje pomiędzy ofiarami, a prześladowcami, postać Lucia okraszając karcianymi trikami.

Jakub Firewicz na scenie Teatru Powszechnego w Łodzi
Jakub Firewicz (Angelo-więzień). Fot. z archiwum Teatru

Współczesna inscenizacja „Miarki za miarkę” wyreżyserowana przez Pawła Szkotaka udowadnia, że z utworów Williama Szekspira wciąż można czerpać pełnymi garściami, odnajdując w nich odbicia swoich artystycznych wizji. Wyjście od tradycji teatru elżbietańskiego i posłużenie się nią jak trampoliną do zrealizowania inscenizacji osadzonej w realiach więzienia to wart docenienia zabieg. Szacunek do tekstu, którym wykazał się reżyser, a także oprawa sceniczna spektaklu powodują, że jest on mocnym punktem w repertuarze Teatru Powszechnego w Łodzi.   

wtorek, 17 stycznia 2017

Aszkenazy, menel z Łodzi

Robert Latusek, od lat związany z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, w ramach programu „NIE CZEKAMY-GRAMY” (powołanego do życia w łódzkim teatrze) stworzył sceniczną adaptację jednej z najpopularniejszych powieści ostatnich miesięcy – „Lampionów” autorstwa Katarzyny Bondy. Na Małej Scenie przygotował godzinny monodram bazujący na wciągającej historii serii tajemniczych wybuchów i płonących kamienic paraliżujących życie w centrum Łodzi. Aktor zasługuje na gromkie brawa za wspaniale poprowadzone teatralne śledztwo.


"Aszkenazy, menel z Łodzi" przedstawienie w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi
Robert Latusek w monodramie. Fot. Greg Noo-Wak

Choć główną bohaterką „Lampinów” jest policyjna profilerka Sasza Załuska, która przybywa do Łodzi, aby wspomóc organy ścigania w schwytaniu piromana, obok niej w spektaklu „Aszkenazy, menel z Łodzi” pojawiają się również inni bohaterowie. Robert Latusek w przeciągu chwili przeistacza się z podejrzanego ochroniarza w jeszcze bardziej szemranego menela, osiedlowego osiłka, nieuczciwego biznesmena, potomkinie możnego rodu Poznańskich, targanego wyrzutami sumienia podpalacza. Do zarysowania charakteru każdej z tych postaci używa odmiennych rekwizytów, różnego zestawu gestów, czerpiąc ze swojego aktorskiego warsztatu pełnymi garściami, jednocześnie prezentując tylko to, co najlepsze.

"Aszkenazy, menel z Łodzi". Scena ze spektaklu
Robert Latusek. Fot. Greg Noo-Wak

Utrzymanie uwagi widzów na jednym aktorze jest trudną kwestią w przypadku monodramu. Robertowi Latuskowi odrobinę ułatwiła zadanie fabuła przedstawienia, a także przygotowane prezentacje multimedialne. Stanowiły przerywniki, podkreślały atmosferę i obrazowały przedstawiony wcześniej przez aktora charakter miasta, a także zachodzące w nim wydarzenia. Katarzynie Bondzie nie można odmówić talentu do charakteryzowania i opisów miejsc oraz ludzi je zamieszkujących. Bardzo barwnie sportretowała Łódź i mieszkańców tego miasta, jednak to dzięki staraniom Roberta Latuska postacie pojawiły się przed oczami widzów zgromadzonych w teatrze. Ci zaś z uwagą słuchali opowieści o samych sobie, o ludziach, którzy wciąż wierzą w to dziwne stworzenie, jakim wydaje się być Łódź. Gromki śmiech wzbudzają barwne uwagi wypowiadane przez kolejne postacie ustami aktora, zwłaszcza charakterystyka miejscowej ludności: „Nie spotkałem jeszcze chuja z Łodzi. Cwaniaka, zakapiora – tak. Prezesa pijaka. Kilku jebaków też. Ale żadnego tchórza. Nie dygacza".

Przedstawienie "Aszkenazy, menel z Łodzi" na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi
Robert Latusek. Fot. Greg Noo-Wak

Ogromną zaletą „Aszkenazego, menela z Łodzi” jest zaprzestanie walki z przystającymi do Łodzi stereotypami. Opinie o brudzie, marności miasta, parszywej kondycji jego mieszkańców odnalazły odbicie w monodramie. Robert Latusek bawi się nimi, mruga do publiczności, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że zgromadzeni na widowni wiedzą, jak wygląda codzienność w tej aglomeracji. Samo miasto również zostało przedstawione w spektaklu, opisane za pomocą słów i gestów, wyrosło przed oczami zgromadzonych w teatrze w całej okazałości, ze swoimi ulicami, zaułkami, charakterystycznymi miejscami. „Aszkenazy, menel z Łodzi” to spektakl o Łodzi, zrealizowany dla Łodzi.

Spektakl "Aszkenazy, menel z Łodzi" na podstawie powieści "Lampiony" Katarzyny Bondy
Robert Latusek. Fot. Greg Noo-Wak

Robert Latusek wysoko postawił poprzeczkę dla swoich kolegów z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, którzy planują realizację autorskich spektakli w ramach „NIE CZEKAMY-GRAMY”. Jego sceniczna propozycja jest interesującym, sprawnie zrealizowanym monodramem. Aktor ma okazję zaprezentować widzom dobrą część swoich umiejętności. Opowiada historię tajemniczych podpaleń, wciela się w szereg skrajnie różnych postaci i jest tak samo przekonujący jako zakochany przedsiębiorca i łódzki żul. Gdyby jednak ktoś zamierzał przeczytać "Lampiony" dopiero po obejrzeniu spektaklu, nie będzie to miało najmniejszego sensu. W przedstawieniu zagadka serii podpaleń zostaje rozwikłana.

"Aszkenazy, menel z Łodzi" monodram Roberta Latuska na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi
Robert Latusek. Fot. Greg Noo-Wak


sobota, 14 stycznia 2017

Księgi Jakubowe

Minęło siedem dni, od kiedy obejrzałam upragnione "Księgi Jakubowe" na scenie Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Nie udało mi się dotrzeć na spektakl w zeszłym roku, jednak 2017 rozpoczęłam dwoma interesującymi przedstawieniami. Niestety, o ile w tym dramaturgia była najmocniejszą stroną, w spektaklu Eweliny Marciniak na deskach "Powszechnego" to pojęcie nie istniało. 


Scena z przedstawienia "Księgi Jakubowe" Teatr Powszechny w Warszawie
Julia Wyszyńska jako Chana. Fot. Magda Hueckel

"Księgi Jakubowe" autorstwa Olgi Tokarczuk są wspaniałe. Powieść trzyma wysoki poziom, jednak w pewnym momencie czytelnik zaczyna odczuwać przeciążenie. Obok fragmentów, od których nie można się oderwać, pojawiają się całe strony nie wnoszących wiele do akcji opisów, które tylko pchają historię w stronę finału. Przyznaję, że właśnie znudzenie którymś z kolejnych przerywników spowodował, że udało mi się przeczytać tylko trochę ponad połowę powieści. Tym samym nie zaliczam się do dumnego grona jej znawców. Oglądając spektakl Eweliny Marciniak odniosłam jednak wrażenie, że twórcy postąpili podobnie – przeczytali połowę książki, a potem przeskoczyli do ostatnich jej stron.

Przedstawienie "Księgi Jakubowe" reż. Ewelina Marciniak. Teatr Powszechny w Warszawie
Na pierwszym planie - poetka Drużbacka (Eliza Borowska).
Fot. Magda Hueckel

„Księgi Jakubowe” to monumentalna, wypełniona postaciami, wątkami i miejscami opowieść o genezie powstania, rozwoju i upadku sekty Jakuba Franka. Niemożliwością było zmieszczenie w przedstawieniu wystawianym obecnie na deskach Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w Warszawie wszystkich wątków. Nawet będąc tego świadomym, trwające 230 minut przedstawienie nie jest adaptacją, z której można być zadowolonym. 

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie
Scena zbiorowa, na środku Chaja (Aleksandra Bożek). Fot. Magda Hueckel

 Widzowie zostają wrzuceni do scenicznego świata i muszą się w nim sami odnaleźć. Ludzie, którzy nie czytali powieści, mogą mieć problemy ze zrozumieniem fabuły. Z drugiej strony znający treść książki będą rozczarowani jej spłyceniem. Od pierwszych scen spektaklu kumulują się pytania. Kim jest Jenta? Dlaczego od jej przeżycia tyle zależy? Jaką rolę dla zgromadzonych ludzi odgrywa Chaja? (W powieści faktycznie jej postać miała znaczenie, na scenie zdaje się być jedynie ozdobnikiem). Co w tym wszystkim robi katolicki ksiądz? „Im dalej w las, tym więcej drzew” jak mówi przysłowie. Dlatego nie zaskoczyły mnie komentarze widzów, którzy nie zrozumieli sceny rzucania klątwy na Jakuba, pytali o dalsze losy Gitli. Atmosfera tajemniczości jest nieodłączną częścią „Ksiąg Jakubowych”, nie uważam jednak za poprawne przyjęcie założenia, że cała publiczność zgromadzona w teatrze skupi się wyłącznie na niej.

Scena zbiorowa ze spektaklu "Księgi Jakubowe" w warszawskim Teatrze Powszechnym
Scena zbiorowa, w centrum Nachman (Dobromir Dymecki).
Fot. Magda Hueckel

Przedstawieniu nie można odmówić pomysłowości scenicznych rozwiązań. Począwszy od turpistycznych lalek, które reprezentują przywiązanie bohaterów do żydowskiej tradycji i kultury, poprzez scenę podróży kasztelanowej Kossakowskiej i jej towarzyszki Drużbackiej, kolację u biskupa Sołtyka, na scenie chrztu kończąc. Jednak wykorzystanie karykaturalności poszło chyba za daleko, przez co wiele postaci straciło nadany im przez Tokarczuk charakter. Najbardziej zirytowało mnie podejście do wątku przyjaźni pomiędzy księdzem Benedyktem a poetką Drużbacką, które wcale nie opierało się wyłącznie na utajonym napięciu seksualnym. To zresztą nie jedyne nadpisanie sensów nie znajdujących potwierdzenia w książce.

Scena z przedstawienia "Księgi Jakubowe" w reż. Eweliny Marciniak
Kasztelanowa Kossakowska (Agata Woźnicka). Fot. Magda Hueckel

Nie łatwo zrozumieć, kim jest Jakub Frank. Czy to faktycznie słyszący boski głos mistyk, który poprowadzi uciemiężony lud do nowego, lepszego świata? Może zwykły szaleniec gromadzący dookoła siebie naiwnych? Czy w końcu zręczny polityk, który na drodze religijnej rewolucji chce zapewnić wierzącym w niego Żydom dostęp do ziemi i zaszczytów? Obok scen ukazujących poszukiwania Boga na drodze nowych rytuałów, a także wyniszczania się skłóconych grup Żydów pojawiają się obrazy brudnej walki o wpływy i skorzystanie z faktu, że Ci ludzie sami garnęli się do porzucenia „swojego żydostwa”.

Teatr Powszechny w Warszawie, spektakl "Księgi Jakubowe"
Scena chrztu. Fot. Magda Hueckel

Takie i inne sformułowania wskazują, że Polska w tym okresie nie była idylliczną krainą tolerancji i pokoju, w przeciwieństwie do tego, co głoszą podręczniki do nauki historii. Przez spektakl jak widmo przetaczają się fałszywe oskarżenia o wykorzystywanie przez Żydów chrześcijańskiej krwi w czasie odprawiania ceremonii i zarzuty o zagrażanie interesom polskich kupców.

W spektaklu zbyt ogólnie potraktowano większość postaci, przez co ich charaktery właściwie nie istnieją. Nie wiemy o nich wiele, relacji między bohaterami nie ma. Zdają się opierać wyłącznie na nienawiści bądź uwielbieniu odczuwanych względem Jakuba. Gdyby główni bohaterowie zostali wyraźniej zarysowani, cały spektakl zyskałby na dramatyzmie.

Przedstawienie "Księgi Jakubowe" w reżyserii Eweliny Marciniak
Scena zbiorowa. Fot. Magda Hueckel

W drugim akcie spektaklu ma miejsce przydługa scena, jednak trudno stwierdzić, co prezentuje? Taniec? Orgię? O ile pamiętam treść przeczytanej części „Ksiąg Jakubowych” to nie pojawia się w niej taki fragment. Nie mniej chyba rozumiem założenie reżyserki – chciała pokazać silne poczucie wspólnotowości frankistów, ich zespolenie. Nie neguję takiego scenicznego rozwiązania. Niestety sekwencja jest za długa. Spektakl składa się z najważniejszych wątków zawartych w powieści, usunięcie dłużyzn mogłoby poskutkować tym, że znalazłoby się miejsce na więcej istotnych szczegółów.

Scena z przedstawienia "Księgi Jakubowe" na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie
Gitla (Magdalena Koleśnik) i Antoni Kossakowski (Bartosz Porczyk).
Fot. Magda Hueckel

Mam wrażenie, że twórcy spektaklu za bardzo skupili się na jego stronie plastycznej. Kostiumy, scenografia (zwłaszcza lustra w złotych, bogato zdobionych ramach), subtelne światło pozwoliło stworzyć na scenie świat rozciągnięty w przestrzeni i czasie. Tylko pojedynczymi rekwizytami zaznaczano miejsce akcji w danym momencie. Każda scena jest efektowna i pozwolę sobie na smutne stwierdzenie, że strona wizualna przedstawienia jest jego najmocniejszym punktem.

Julia Wyszyńska w scenie ze spektaklu "Księgi Jakubowe"
Na pierwszym planie Chana (Julia Wyszyńska). Fot. Magda Hueckel

Niestety zabrano szansę aktorom na zagranie swoich ról. Kazano im prezentować się na scenie, podrygiwać do taktu, wyglądać dobrze. Czy o to chodziło? O „sztukę dla sztuki”? „Księgi Jakubowe” nie odpowiadają na najważniejsze pytanie: kim był Jakub Frank? Mężczyzną wypełniającym niebiańskie nakazy, czy szaleńcem, który zrujnował życie setkom swoich wyznawców? Zakończenie spektaklu zdaje się potwierdzać drugą opcję.

Dramaturgia spektaklu  nie jest w pełni przemyślana, co widać w nagromadzeniu zbyt wielu środków scenicznych. Ten przesyt nie jest w stanie zapełnić w "Księgach Jakubowych" braków, przez które widz nieznający treści książki będzie czuł się prawie jak obserwująca wszystko Jenta. Tylko patrząc, nie wszystko rozumiejąc, nie dostanie szansy prawdziwie uczestniczyć w przedstawieniu.

wtorek, 10 stycznia 2017

Szkoda, że jest nierządnicą

W spektaklu „Szkoda, że jest nierządnicą” zakochałam się na długo przed jego obejrzeniem. W zeszłym sezonie Teatr Polski w Warszawie zdecydował się na internetową akcję marketingową promującą ten tytuł, co poskutkowało wyświetlaniem reklamy przedstawienia na stronach związanych z rozrywką, ale nie koniecznie poruszających tematykę teatru. Choć od premiery „Szkoda, że jest nierządnicą” upłynęło już siedem miesięcy, dotarłam na spektakl dopiero kilka dni temu. Za to wyszłam z teatru zachwycona i silnym przekonaniem, że obejrzę przedstawienie raz jeszcze.


Plakat reklamujący spektakl "Szkoda, że jest nierządnicą"
Afisz ze spektaklu

Pierwszą moją myślą po przekroczeniu progu Sceny Kameralnej była ocena przestrzeni, na której miano odegrać przedstawienie. Było to krótkie i dosadne stwierdzenie „Jest dobrze”. Miejsca dla widzów przygotowano z dwóch stron podwyższenia/parkietu do tańca/wybiegu dla modelek – ten element scenografii można odczytać dowolnie. Naprzeciwko niego ustawiono bar z przylegającą skórzaną kanapą. Całość skąpana w kolorowym świetle i dymie. Witamy w klubie Szanowni Państwo! Gdyby dla kogoś muzyka dudniąca w uszach nie wystarczyła, całości efektu dyskoteki dopełniła kula stroboskopowa i kostiumy aktorów. Wyglądali elegancko, ubrani odpowiednio w garnitury, sukienki z koronki, błyszczące kurteczki, atłasowe shorty. Stroje idealne na wieczorne wyjście, na pokaz mody, na ceremonię zaślubin. Każda okazja jest wystarczająca dla ludzi, którzy chcą się pokazać. Tacy zaś byli bohaterowie tego spektaklu. Generalnie „na pokaz”.


Teatr Polski w Warszawie, spektakl "Szkoda, że jest nierządnicą"
Scena zbiorowa, prawie cała obsada spektaklu. Fot. Marta Ankiersztejn

Współczesny kostium i przestrzeń gry odświeżyła temat zawarty w tekście dramatu, ten zaś jest intrygujący. Głównymi bohaterami sztuki są Giovanni i Annabella, szaleńczo kochająca się para. Na tym etapie powiecie „Co za nudy”, jednak poczekajcie chwilę. Otóż zakochani są rodzeństwem. Giovanni jest bratem Annabelli, Annabella siostrą Giovanniego. Mają tego samego ojca i tę samą matkę. To jakiś problem? Dla młodych najmniejszy! Cieszą się swoim towarzystwem, kochając pod przychylnym okiem opiekunki Putany. Miłość nie wybiera, zaś uczucie tej dwójki jest silne i szczere. Jednak Annabella to piękna (i bogata) szlachcianka, stanowiąca łakomy kąsek dla zalotników, którzy ustawiają się w kolejce do ręki dziewczyny. Naiwnym mężem piękności zostaje Soranzo, przez krótki okres dumny ze statusu męża. Jego dobry humor mija, gdy na jaw wychodzi, że nie on jest sprawcą poszerzającej się talii dziewczyny. Taki psikus od losu.

Soranzo (Piotr Cyrwus) i Annabella (Marta Kurzak), Teatr Polski w Warszawie
Soranzo (Piotr Cyrwus) i Annabella (Marta Kurzak).Fot. Marta Ankiersztejn

Cała fabuła opiera się na fundamencie, jakim jest kazirodczy związek. Do niego przystają wątki poboczne takie jak: zemsta męża na niewiernej żonie, próba morderstwa nieuczciwego kochanka, zabójstwo na zlecenie, chęć wkupienia się do możnej rodziny na drodze potajemnego ślubu i przypadkowe morderstwo. Intryga goni intrygę, a w finale zabici bohaterowie malowniczo leżą jeden obok drugiego na błyskającym kolorowymi światłami parkiecie.

Maksymilian Rogacki na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie
Giovanni (Maksymilian Rogacki). Fot. Marta Ankiersztejn 

„Szkoda, że jest nierządnicą” to przedstawienie przemyślane od początku do końca. Do gry aktorskiej nie mam zarzutów. Bardzo podobało mi się uszanowanie przez reżysera konwencji
gry na stronie. Współczesne inscenizacje siedemnasto- i osiemnastowiecznych dramatów coraz częściej od tego odchodzą, niesłusznie według mnie. Nie wszystkie postacie wzbudziły moją sympatię. Piastunka Putana (w tej roli Joanna Trzepiecińska) irytowała mnie od pierwszej do ostatniej sceny z jej udziałem, lecz to nie wina aktorki, tylko charakteru postaci. Vasques (w męską postać wcielała się Lidia Sadowa) to strateg, opanowany doradca swojego pana, człowiek balansujący pomiędzy rolami "chłopca na posyłki" i mordercy (w zależności od potrzeby i okazji). 

"Szkoda, że jest nierządnicą" Teatr Polski w Warszawie
Vasques (Lidia Sadowa) i Soranzo (Piotr Cyrwus). Fot. Marta Ankiersztejn

Szczerze polubiłam Giovanniego i Annabellę. Kiedy motyw kazirodztwa pojawia się w teatrze, najczęściej dopuszczający się grzesznych (na ten temat można dyskutować) czynów bohaterowie szczerze żałują chwil słabości. Nie w tym przypadku! Para tłumaczyła sobie napędzającą ich namiętność jako naturalne następstwo niewinnej miłości, jaką zazwyczaj darzy się rodzeństwo. Poza tym Annabella była olśniewająca, a Giovanni czuły i dobry, w takich okolicznościach wszyscy powinni zrozumieć postępowanie postaci. Jednak nie rozumiał ich ani spowiednik, ani mąż dziewczyny, o ojcu kochającej się pary nie wspominając. 

Scena z przedstawienia "Szkoda, że jest nierządnicą" w Teatrze Polskim w Warszawie
Annabella (Marta Kurzak) i Giovanni (Maksymilian Rogacki).
Fot. Marta Ankiersztejn

Z jednej strony nie powinno to dziwić, w końcu kazirodztwo nawet z biologicznego punktu widzenia jest niewskazane, a co dopiero, gdy do głosu dochodzą argumenty o moralności. Jednak już wspomniałam, jakie sytuacje poza występnym uczuciem widzowie obserwują na scenie. Zbrodnia goni zbrodnię, dlatego opinia twierdząca, że związek rodzeństwa jest grzechem brzmi co najmniej śmiesznie. Ci dwoje przynajmniej darzyło się prawdziwym uczuciem, o innych relacjach ukazanych w tym spektaklu nie można tego powiedzieć.

Wszystkie elementy składające się na ten spektakl są intensywne, dosadne. Aktorzy mówią głośno i wyraźnie, doskonale oddając emocje, które szarpią ich bohaterami. Gdy trzeba krzyczeć – krzyczą, gdy kłócąc się plują – kogo to obchodzi? Ma być krew, ma być pot. Kolory lamp użytych do oświetlenia sceny oślepiają widzów, muzyka ogłusza, dym sprawia, że łzawią oczy, a niektórzy widzowie zaczynają się dusić. Kto by się tym przejmował, kiedy przed oczami rozgrywa się tragedia występnej, lecz jakże namiętnej miłości, a wrogowie odbierają sobie nawzajem życie? "Szkoda, że jest nierządnicą" gniecie, napina nerwy i sprawia, że od sceny nie można oderwać wzroku. Ja nie mogłam. 

sobota, 7 stycznia 2017

Człowiek z Manufaktury - konkurs

W czwartek po raz pierwszy w 2017 roku odwiedziłam Teatr Wielki w Łodzi. Nie miałam wprawdzie ochoty na spędzenie wieczoru w operze - głównie dlatego, że dojazd do niej wiązał się z wyjściem na mróz. Faktycznie wyprawa przez miasto wymagała cierpliwości, gdyż -7 stopni i trochę śniegu jak co roku zaskoczyły polskich kierowców, ale nie o „trudnych warunkach atmosferycznych” (serio?) chcę dziś opowiedzieć. Zamiast tego napiszę o konkursie, który dotyczy Łodzi, powinien mobilizować łódzkich "teatromanów", a tymczasem właściwie się o nim nie mówi.


Teatr Wielki w Łodzi "Człowiek z Manufaktury"
Logo konkursu 

Kilka miesięcy temu Teatr Wielki w Łodzi ogłosił konkurs kompozytorski na stworzenie muzyki do konkretnego libretta opery. To nietypowa sytuacja, ponieważ zazwyczaj kompozytor sam dobiera sobie współpracownika w postaci librecisty. Jednak startujący w konkursie musieli się dostosować. 

Dramatopisarka Małgorzata Sikorska-Miszczuk została poproszona o przygotowanie historii nawiązującej do życia Izraela Kalmanowicza Poznańskiego, postaci znanej chyba większości mieszkańców Łodzi. Przynajmniej tak sądzę. Słynny fabrykant, bawełniany magnat, właściciel fabryki w której obecnie znajduje się Centrum Handlowe „Manufaktura”. Łodzianie, potrzebujecie więcej informacji? Polecam wygooglować, ponieważ nie będę Wam przedstawiała historii życia właściciela Pałacu Poznańskiego. 

Wracając do głównego wątku – Izrael Poznański będzie głównym bohaterem opery „Człowiek z Manufaktury”. Konkurs na skomponowanie muzyki cieszył się ogromną popularnością, na etapie przesyłania zgłoszeń swoje propozycje udostępniło 40 artystów. Jury składające się ze specjalistów, których nazwiska niewiele Wam powiedzą (więc żeby nie przynudzać odpuszczę ich przedstawianie), wybrało 4 uczestników, którzy przeszli do drugiego etapu konkursu. W tym momencie zainteresowałam się wydarzeniem, ponieważ zostałam wysłana na pierwszą publiczną prezentację najlepszych kompozycji.

Widzowie zebrani na widowni Teatru Wielkiego w Łodzi mieli okazję wysłuchać czterech różnych wersji TYCH SAMYCH fragmentów opery. Powtórzę: TYCH SAMYCH, konkretnie dwóch scen. W pierwszej z nich Poznański czyta list od Zofii, kobiety fałszywie oskarżonej o uczestnictwo w zamachu na jego życie, w drugiej duch bohatera protestuje przeciwko rytuałom pogrzebowym, jakim zostaje poddane jego ciało. Wersje różniły się od siebie diametralnie, w końcu muzykę do nich skomponowała czwórka różnych muzyków. 

Każdy z nich miał okazję opowiedzieć o swojej propozycji, wyjaśnić widzom, jak wyobraża sobie pełną wersję opery. Po prezentacji autorzy mieli szansę, aby ocenić napisaną przez siebie muzykę i skonfrontować wizję autorską z tym, co z niej zostało w momencie zetknięcia z orkiestrą, chórem i solistami łódzkiej opery, na przykład poprosić o powtórzenie kilku taktów, czy poinstruowanie śpiewaków jak mają zaakcentować konkretne dźwięki.
Cały koncert przypominał próbę otwartą, podczas której opera dopiero się tworzy. Jednak niesamowita była bliskość zespołu artystycznego, przede wszystkim muzyków z orkiestry, których zazwyczaj nie widzi się na scenie. Widzowie dostali jedyną w swoim rodzaju szansę, by przekonać się, jaką siłę ma batuta dyrygenta, który prowadził orkiestrę jakby była doskonale naoliwioną maszyną. Przynajmniej takie miałam skojarzenie, kiedy obserwowałam dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego w Łodzi, który będąc dyrygentem kierował podlegający mu zespół podczas koncertu.

W wieczorze uczestniczyła Małgorzata Walewska, która będzie wcielać się w postać Zofii. Niektórzy znają ją tylko z telewizji, inni mieli okazję oglądać śpiewaczkę na scenie. Muszę stwierdzić jedno – jest dobra. Ma klasę, wydaje się być na scenie chodzącą dumą, prawdziwą divą, jest żywiołem. Publiczność entuzjastycznie (delikatnie powiedziane) reagowała na jej uwagi, których nie szczędziła w stosunku do czterech konkursowych kompozycji.

Po wysłuchaniu fragmentów mam swojego faworyta. Nawet dwóch. W sumie trzech, choć dwóch z powodów czysto teatralnych/artystycznych, trzeci jest po prostu przyjemny dla oka (trochę prywaty nie zaszkodzi). 
Co najważniejsze – publiczność zgromadzona w teatrze mogła zagłosować na swoich faworytów. Zbieranie głosów odbywa się również przez Internet. Cały plebiscyt  trwa do 29 stycznia. Kompozytor wybrany przez widzów oraz twórca, który najbardziej przypadnie do gustu jury skomponują wspólnie I akt opery. Jego prezentacja będzie miała miejsce jesienią, oczywiście w Teatrze Wielkim w Łodzi. Ostatecznie zwycięzcę konkursu spośród tej dwójki wybierze jury. 

Można zainteresować się tym tematem, bądź podejść do niego z dystansem. Wszystko zależy od człowieka. Jednak we współczesnej operze, ogólnie – w teatrze, pytanie publiczności o jej zdanie jest cholernie sympatyczne i tak tragicznie rzadkie. Jeśli jest to tylko metoda na napędzenie zainteresowania całym wydarzeniem, trzeba pogratulować pomysłu koordynatorowi "Człowieka z Manufaktury". Jest cwany, szanuję go.
Zagłosowałam i szczerze zachęcam również czytających ten wpis. Umieszczę pod nim link do strony, gdzie można wybrać swojego ulubieńca/ulubienicę, od 10 stycznia dostępne będą również nagrane fragmenty, dzięki czemu nie trzeba będzie głosować „w ciemno”. Moja ulubiona kompozycja już z daleka pachnie musicalem i obawiam się, że ostatecznie to może okazać się problematyczne, jednak jak na razie (24h od jej wysłuchania) jeszcze nie uleciała mi z pamięci, a wysokie dźwięki refrenu w wykonaniu Małgorzaty Walewskiej wciąż dźwięczą mi w uszach.

Łodzianie, zainteresujecie się kulturą w Waszym mieście. Naprawdę warto, zaś zagłosować możecie tutaj: Głosowanie

wtorek, 3 stycznia 2017

Hamlet (NTL)

Witam wszystkich w 2017 roku :) Postanowienia noworoczne poczynione? Co tym razem - siłownia, dieta, a może coś bardziej nietypowego? Proponuję Wam zupełnie inną opcję - może obietnicę, że będziecie częściej chodzić do teatru? Aktorzy nie gryzą, uwierzcie ;) Choć jeśli kogoś odrzuca wizja oglądaniua spektaklu, przynajmniej czytajcie bloga - postaram się opisać Wam jak najciekawsze przedstawienia. Na początek roku - "Hamlet". 


"Hamlet" Benedict Cumberbatch
Benedict Cumberbatch jako książę Hamlet

Fabuły „Hamleta" nie trzeba nikomu przedstawiać (mam przynajmniej taką nadzieję). Dramat, którego bohaterem jest pogrążony w żałobie po ojcu duński książę, jest jednym z najczęściej inscenizowanych tekstów. Dlatego przystępując do oceny kolejnej scenicznej wersji tego utworu Szekspira nie warto standardowo zaczynać od opisu wydarzeń, czy przedstawienia postaci. Należy za to postawić pytanie, jak zawiła historia księcia Hamleta została przedstawiona tym razem?

Określenie „tym razem" odnosi się do spektaklu, który w londyńskim National Theatre wyreżyserowała Lyndsey Turner. W Polsce przedstawienie można obejrzeć w ramach cyklu „National Theatre Live w Multikinie". Wystarczy wybrać się do kina, lecz zamiast filmu o superbohaterach wybrać retransmisję brytyjskiego spektaklu. Warto to zrobić, ponieważ w tytułową rolę wciela się ulubieniec publiczności Benedict Cumberbatch, młodszym widzom znany z fantastycznonaukowego filmu „Doktor Strange" (rodem z wytwórni Marvel Studios).


National Theatre London "Hamlet"
W londyńskiej realizacji szaleństwo Hamleta przyjmuje niespodziewaną formę,
na przykład zabawy w obronę zamku

Na scenie londyńskiego teatru postać w jaką wciela się aktor nie dysponuje ponadnaturalnymi mocami. Jest tylko załamanym po nagłej śmierci ojca człowiekiem. Ciężar żałoby przytłacza go, a nawet paraliżuje, choć równie dobrze może być to wynik złożonej przysięgi – przecież nie codziennie widuje się zjawę, która oczekuje, że się ją pomści. Bohater grany przez Benedicta Cumberbatcha wydaje się być wiecznym chłopcem, któremu współczujemy gdy zalewając się łzami słucha starych płyt na adapterze ojca i zakłada należącą do niego marynarkę. Jednak później przestajemy go rozumieć. Ma się zemścić, więc czemu tego nie robi? Dlaczego udaje wariata? Może faktycznie z rozpaczy postradał zmysły? Nie warto ponownie roztrząsać tych samych kwestii. Należy za to podkreślić, że w tej inscenizacji Hamlet okazuje swoje szaleństwo iście po królewsku. Bawi się żołnierzykami, mówi zagadkami, wyśmiewa dworzan i przyjaciół, porzuca ukochaną.

National Theatre London "Hamlet" with Benedict Cumberbatch
Ofelia - urocza, lecz jak w większości inscenizacji "Hamleta"
rozpaczliwie nudna postać

Niestety w porównaniu z intrygującym, miotającym się między skrajnymi emocjami księciem, Ofelia nadal pozostała nudną bohaterką. Zatrważająco posłuszna ojcu (którego zresztą nie szanuje), nie walczy o Hamleta. Nie zadaje mu pytań, godzi się z odrzuceniem. Dziewczyna utrwalająca każdą chwilę na zdjęciach zachowuje się jak współczesna nastolatka. Jednak statystyczne dziewczęta po zawodzie miłosnym nie są przewrażliwione, ani nie topią się w rzece (choćby za sprawą nieszczęśliwego wypadku). Reżyserka spektaklu pozostała jednak wierna fabule i tekstowi dramatu, osadzając go wprawdzie w niedookreślonych realiach miejsca i czasu.


Benedict Cumberbatch as Hamlet in National Theatre London
Scena na cmentarzu (gdyby ktoś się nie domyślił patrząc na czaszkę)

Dwór królewski w niektórych scenach bardziej przypomina centrum dowodzenia państwem, niż dom zamieszkały przez ludzi. Żywych, odczuwających emocje, pragnących dla siebie szczęścia. W zależności od sceny wnętrza domu prezentują się elegancko (na przykład w momencie królewskich zaślubin – wspaniały żyrandol), żeby po chwili przeistoczyć się w niedostępne jak umysł Hamleta zamczysko. Nie można jednak odmówić realizatorom scenografii polotu, wyobraźni i spektakularności. Zwłaszcza na zakończenie pierwszego aktu, gdy pałac wypełniają zwały czarnej ziemi, podkreślając panujący w nim rozkład wartości moralnych.

Kostiumy uwypuklają wspomniane przeze mnie osadzenie spektaklu poza miejscem i czasem. Męskie surduty, garnitury i fraki (zawsze eleganckie, nigdy nie wychodzące z mody) jakie nosi część dworzan kontrastują z bluzami i koszulkami, w których pojawia się Hamlet. Podobnie można zestawić suknie królowej Gertrudy i rozciągnięte swetry Ofelii. To jednak nie stroje przygotowane dla zespołu aktorskiego są najistotniejsze, a głębia szekspirowskiego tekstu.

National Theatre in London "Hamlet"
Scenografia w scenie zaślubin

Ten zaś brzmi przepięknie. Słowa najpopularniejszego monologu świata docierają do widzów z całą mocą. Ośmielę się stwierdzić, że recytowane po angielsku mają najprawdziwszy sens. Przyjemnie było patrzeć (i słuchać) jak aktorzy wyciągają z tekstu jego esencje, rozumieją słowa, które przyszło im wypowiadać i co więcej – na ich podstawie budują charaktery swoich postaci.

„Hamleta" retransmitowano 22 grudnia. Spektakl jest bardzo popularny, dlatego można spodziewać się, że po niedługiej przerwie widzowie ponownie będą mieli okazję oglądać go w sieci Multikino. Na zakończenie ponownie podkreślę, że warto się na niego wybrać. Nie tylko ze względu na doskonałą grę Benedicta Cumberbatcha i pozostałych aktorów, czy warstwę estetyczną całego przedstawienia. Naprawdę miło ogląda się przyzwoitą inscenizację jednego z najpopularniejszych dramatów, nawet jeśli zna się jego fabułę.