poniedziałek, 24 lipca 2017

Cwaniara na urlopie

Ten post powstaje z przymusu, jaki sama na siebie wywieram. Cieszę się upragnionymi, wyczekiwanymi od dawna wakacjami. Korzystam z przerwy od oglądania spektakli, od krążenia pomiędzy teatrami, rozkoszuję się letnim sezonem urlopowym w instytucjach kultury. 



Wiele teatrów działa do końca lipca, prezentując publiczności swoje przedstawienia i uczciwie mogę powiedzieć, że przyjrzałam się proponowanym przez nie sztukom. Jednak postanowiłam odpuścić sobie i Wam - moim czytelnikom - nowych postów przez pewien okres. 

Z następujących powodów :
- spektakle prezentowane w łódzkich teatrach w lipcu są nudne, żaden tytuł nie przemówił do mnie na tyle, abym chciała poświęcić mu czas w te letnie dni
- nie mam ochoty na podróże do teatrów w innych miastach... Przykro mi Sztuko Teatru! Zmęczyłaś mnie w minionym sezonie, teraz chcę odpocząć
- złożyłam dokumenty na studia III stopnia i uwierzcie mi, napisanie wstępnej koncepcji rozprawy doktorskiej na jakiś czas zmąciło moje spojrzenie na teatr
- przez ostatnie dziesięć miesięcy obiecywałam sobie, że lato spędzę aktywnie, nadrabiając zaległości w sporcie, ale również w literaturze i kinematografii, co zresztą robię

Tym samym, jak widzicie, na okres letni pisanie o teatrze zostało przeze mnie zawieszone. Żeby jednak nie stracić najwierniejszych czytelników, pojedyncze posty/recenzje pojawią się wkrótce. Choćby z plenerowego spektaklu Emigranci, na który wybieram się jutro. 

Zrobiłam listę musicali, które chciałabym obejrzeć w nadchodzącym sezonie. Ten zaś zapowiada się ciekawie w polskich teatrach muzycznych. Będę mieć o czym pisać, jednak za jakiś czas… Po urlopie ;)


sobota, 8 lipca 2017

Dryl

Tydzień temu wybrałam się na najnowszy spektakl Teatru Powszechnego w Łodzi. Prapremiera zamykająca XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych reklamowana jest jako musical. Dałam się nabrać. 


Dryl w reżyserii Marty Streker nie jest musicalem. To spektakl muzyczny, nie najgorszy, jednak ciężki. Inscenizacja dramatu autorstwa Wojciecha Bruszewskiego przenosi widzów do kliniki dentystycznej, której nazwa – Hotel Dental – wskazuje na fakt, że nie jest to typowa przychodnia.

Fot. Sebastian Szwajkowski
Scena ze spektaklu. Fot. Sebastian Szwajkowski

O miejscu tym można powiedzieć wszystko, lecz zdecydowanie nie jest to stereotypowa placówka medyczna. W Hotelu Dental pracują specjaliści w dziedzinie stomatologii i implantologii. Są utalentowani i… sfrustrowani pracą. Klinikę dotknęły cięcia budżetowe, każdy z pacjentów przychodzących na wizytę przynosi własny kompletem wierteł, pojawiają się chwilowe braki w dopływie prądu. Przypadki chorych też są niecodzienne. Zdarzają się pacjenci proszący o wyrwanie wszystkich zepsutych zębów od razu, słynne aktorki oraz przedstawiciele rządu, których wizyty w klinice dezorganizują pracę instytucji, czy też kanibale wnioskujący o pozbawienie ich narzędzi zbrodni… Absurd pogania absurd, a to wszystko na tle polityki i planów niecodziennej indoktrynacji, możliwej do osiągnięcia dzięki wykorzystaniu szczególnych właściwości jednej z past do zębów odbierającej fale radiowe. 

Sebastian Szwajkowski
Scena wizyty politycznego przywódcy. Fot. Sebastian Szwajkowski

Świat wykreowany na scenie jest niepokojący, przytłaczający, momentami niestety także nudny. Wojciech Bruszewski napisał tekst dramatu w 2005 roku, dopasowując go do formy musicalu. W taki sposób reklamuje przedstawienie Teatr Powszechny, jednak w spektaklu pojawia się niewiele piosenek. O ile się nie mylę: pięć lub sześć. Nie mniej stanowią one celne komentarze do akcji scenicznej, zapadają w pamięć (najbardziej „Równaj szanse”), są śmieszne, zaś muzyka jest przyjemna dla ucha.

Scena zbiorowa. Fot. materiał prasowy

Słabiej przedstawia się choreografia i ruch sceniczny. Zmechanizowane układy wyglądają nieudolnie i nużą widza (przynajmniej na mnie tak działały). Miałam wrażenie, że zostały „na siłę” wstawione do spektaklu. Wymagają za to sporo skupienia od aktorów, którzy wymieniają się rolami – raz są dentystami, zaraz potem występują w postaci pacjentów.

Dryl stawia pytanie o kondycję otaczającego nas świata, gdzie ludzi traktuje się jak przedmiot eksperymentu. Na ile może pozwolić sobie władza? Jakimi środkami? Czy faktycznie jesteśmy jednostkami wolnymi, a może to tylko nasze wyidealizowane wyobrażenie? 

Fotografia Sebastian Szwajkowski
Scena ze spektaklu. Fot. Sebastian Szwajkowski

Dryl podsumował XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Jego tematyka i awangardowy charakter nie trafią do każdego widza, jednak spektakl wart jest obejrzenia. Mnie przypadła do gustu muzyka i abstrakcyjny charakter przedstawionego na scenie świata. 

czwartek, 29 czerwca 2017

Wesela w domu

Kilka dni temu pojechałam do Słupska. Po miesiącach nieobecności postanowiłam odwiedzić miasto, w którym narodził się pomysł na prowadzenie bloga. Poza tym, w repertuarze Nowego Teatru im. Witkacego pojawiło się kolejne przedstawienie. Spektakl Wesela w domu w reżyserii Stanisława Miedziewskiego jest adaptacją powieści Bohumila Hrabala, z których zaczerpnięto najważniejsze wątki składające się na sceniczną opowieść o czeskim pisarzu i jego życiu w niełatwej, powojennej rzeczywistości. 


Igor Chmielnik jako Bohumil Hrabal. Fot. Tomasz Iwański

Losy artysty są częściowo przedstawione z perspektywy jego żony, towarzyszącej Hrabalowi w codziennym życiu, pisarstwie i walce o trzeźwość (zazwyczaj przegranej). Na scenie słupskiego teatru zobaczyłam przedstawienie o kameralnym charakterze, przepełnione atmosferą wspomnień, nieśpieszne. Muszę przyznać, że nie do końca wierzyłam w ten tytuł, tymczasem to dobry kawałek teatru.

Na fabułę tego półtoragodzinnego spektaklu składają się sceny prezentujące wydarzenia z życia Bohumila oraz Eliski - jego ukochanej żony. Widzowie poznają oboje bohaterów w szczególnym momencie ich życia – Hrabal, który po latach nauki ukończył studia prawnicze, nie dąży do zyskania uznania w zawodzie. Całe dnie poświęca na pisanie. Obserwuje świat, otaczających go ludzi, pogrąża się również we wspomnieniach z dzieciństwa. Spisuje ulotne wrażenia i myśli. Takim widzi go Eliska, młodsza od niego kobieta po przejściach. Starająca się zapomnieć o zawodzie miłosnym, bohaterka z nostalgią wspominająca dawne życie opływające w beztroskę i wygodę, nie idealizuje mężczyzny. Widzi jego wady, dostrzega artystyczny nieład prowadzonego przez Bohumila życia. Mimo to decyduje się połączyć swój los z rozchwianym emocjonalnie pisarzem.

Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Igor Chmielnik (Hrabal) i Monika Janik (Eliska).
Fot. Tomasz Iwański

Obok tej dwójki na scenie zobaczyć można ich najbliższych, rodzinę obojga postaci, a także przyjaciół Hrabala. Jego znajomi z przeszłości pojawiają się jak cienie, przynosząc ze sobą informacje uzupełniające biografię pisarza. Bohaterom czas wypełniały zmagania z matką mężczyzny, jego sklerotycznym stryjem, a także systemem politycznym.

Losy Hrabala przedstawiane są na słupskiej scenie tle powstających na żywo obrazów, rysowanych na czarnej tablicy przez Piotra Igora Salatę. Jego rysunki ukazują między innymi sielskość rzeki nad jaką spotykali się główni bohaterowie, Boską opatrzność obserwującą ich drogę do ołtarza, czy mapę myśli pisarza. Podczas spektaklu widzowie mogą usłyszeć muzykę Tomasza Giczewskiego, który swoje kompozycje odgrywa na napełnionych wodą kieliszkach, butelkach, deseczkach. Eksperymentalny charakter dźwięków perfekcyjnie dopełnia akcję sceniczną. Naprawdę perfekcyjnie. Warto wybrać się na „Wesela w domu” choćby przez wzgląd na muzykę, gdyż jest świetna. Brawa dla twórców pracujących przy przedstawieniu, ich działania powołały do istnienia inscenizację o niezwykłym charakterze.

Igor Chmielnik (Hrabal) na tle jednego z obrazów. Fot. Tomasz Iwański

Wesela w domu to także gra aktorska. W Hrabala wciela się Igor Chmielnik. Aktor stworzył na scenie postać mężczyzny rozdartego pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, tkwiącego w świecie swoich pragnień. Odrobinę dziecinny, trochę zagubiony, najlepiej czuje się we wnętrzach praskich barów i w czasie szaleńczego tańca.

Kontrastem dla niego jest Eliska, kreowana na scenie przez Monikę Janik. Poważna młoda kobieta stara się rzucić wyzwanie światu. Opiekuje się rozedrganym mężczyzną, bez słowa wyrzutu przyjmując codzienność wspólnego życia. Monice Janik udało się stworzyć pełnowymiarową postać, nadać jej emocje i sprawić, by widzowie podążali za jej opowieścią.

Wesela w domu - Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Monika Janik, Krzysztof Kluzik, Bożena Borek, Jerzy Karnicki
w scenie ze spektaklu. Fot. materiał teatru

Wesela w domu nie jest spektaklem o jednolitym charakterze. Pojawiają się w nim zarówno elementy humorystyczne, jak i przepełnione melancholią. Adaptacja autobiografii pisarza pełna jest nawiązań do wydarzeń sprzed II wojny światowej oraz ciężarów życia w czasie jej trwania. Jednocześnie nie są to suche fakty, lecz anegdoty, których obecność w przedstawieniu wyznacza rytm opowiadanej historii.

Najnowsze przedstawienie Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku jest hołdem składanym życiu, jednak nie wyłącznie obfitującemu w wydarzenia życiu Bohumila Hrabala. To kalejdoskop prezentujący prawdy o życiu takim, jakie jest. Pełnym niedostatków, nie zawsze uczciwym czy sprzyjającym. A mimo to silnym w swym dążeniu do wypełnienia się. Wesela w domu to mądry, dobrze zrealizowany spektakl.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Bóg małych rzeczy

Bóg małych rzeczy to jeden z najsmutniejszych spektakli, jakie miałam okazję obejrzeć w sezonie artystycznym 2016/2017. Adaptacja powieści Arundhati Roy przygotowana przez Marcina Brzozowskiego rozgrywana jest w doskonałym tempie, który nie doskwiera widzom, pozwalając im powoli zagłębić się w świat widziany oczami dwójki rodzeństwa - Rahel i Estha.


Fot. HaWa

Ze wspomnień przywoływanych przez bliźnięta wyłania się obraz Ajemenem, miasteczka w zachodnich Indiach, gdzie bohaterowie mieszkali ze swoją matką, a także pozostałymi członkami wielopokoleniowej rodziny. Nad beztroskim życiem dzieci, jak cień unosił się rozwód rodziców, a także dyskryminacja kastowa, wciąż silna w ich środowisku. Osamotnione bliźnięta, mimo obecności licznej rodziny, z radością odnosiły się do odwiedzin angielskiej kuzynki Sophie Mol. Dzieci miały wypełniać swój czas zabawą i radością. Niestety los nie sprzyjał młodym bohaterom, okazując się dla nich wyjątkowo okrutnym.

Fot. HaWa

Przedstawienie Bóg małych rzeczy w łódzkim Teatrze Szwalnia stara się w skondensowanej formie pokazać realia życia w Indiach, tak malowniczo ale również melancholijnie i nie bez wyrzutów opisane na łamach powieści. Twórcy przedstawienia wybrali z liczącej ponad trzysta stron książki wątki i motywy niezbędne do ułożenia wciągającej, przepełnionej liryczną atmosferą opowieści. W ich spektaklu nie ma scen zbędnych. Każde słowo, każdy gest jest przemyślany i przepełniony treścią. Nie są to puste znaki teatralne. Nie wszystkie sekwencje wypadają idealnie, jednak jako całość niosąca znaczenie i sens, realizacja Marcina Brzozowskiego ma wysoki poziom artystyczny.

Problemem dla widzów, którzy nie spotkali się wcześniej z powieścią oraz pojawiającymi się na jej kartach bohaterami, może być wielość zazębiających się wątków. Jest to fascynujące podczas czytania książki, jednak w spektaklu może budzić wątpliwości odbiorcze. Nie mniej, to tajemnica związana z przerwanym dzieciństwem dwójki bohaterów, jest najistotniejszą częścią opowieści, jej przedwczesne odkrycie nie jest możliwe ani wskazane.

Fot. HaWa

W Bogu małych rzeczy wykorzystywana jest interesująca scenografia, zwłaszcza ściana zbudowana z półek i stojących na nich słoików, przedstawiająca wnętrza rodzinnej fabryki przetworów. To na jej tle rozgrywają się radości i nieszczęścia młodych bohaterów, a także ich pogrążonej we własnym świecie matki. Niemożliwa do spełnienia miłość przytłacza kobietę, wpływając na jej relacje z dziećmi, z sąsiadami.

W przedstawieniu występują studenci wydziału aktorskiego Państwowej Szkoły Filmowej w Łodzi.  Anna Bolewska, Anna Bieżyńska, Anna Biernacik, Mateusz Więcławek, Mateusz Czwartosz, Oskar Borkowski wcielający się w odmienne postacie pokazali siłę tkwiącą w młodości i talent, wart dalszego doskonalenia w „Filmówce”. Mimo smutnej historii opowiadanej w spektaklu, patrzenie na ich grę sceniczną sprawiało estetyczną przyjemność.

Fot. HaWa

Tę dostarczała również oprawa muzyczna, zapewniana przez Barbarę Drążkowską. Grane przez nią na żywo melodie stanowiły nienachalne, pełne smaku dopełnienie przedstawienia.

Teatr Szwalnia zakończył sezon artystyczny 2016/2017 Bogiem małych rzeczy. Można mieć tylko nadzieję, że jesienią przedstawienie wróci na deski tej sceny. Jest to bowiem spektakl wart uwagi, przejmujący w swej treści, niepozbawiony odrobiny melancholii i tęsknoty za zmarnowanymi, odrzuconymi szansami. Chętnie obejrzę go raz jeszcze.

Fot. HaWa

środa, 31 maja 2017

Arcydzieło na śmietniku

W miniony weekend poszłam do łódzkiego Teatru Powszechnego, by obejrzeć spektakl „Arcydzieło na śmietniku”. Przedstawienie wyreżyserowane przez Justynę Celedę zostało włączone do obchodów XXIII Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Program tegorocznej edycji, zadającej pytania o znaczenie awangardy i jej obecność we współczesnym teatrze, został wzbogacony o historię, w której wybrzmiewają kolejne istotne treści.


Milena Lisiecka (Maude) i Jakub Kotyński (Lionel)
Milena Lisiecka (Maude) i Jakub Kotyński (Lionel). Fot. Katarzyna Chmura

Fabuła „Arcydzieła na śmietniku” opowiada o niecodziennej sytuacji. Maude Gutman (w tej roli Milena Lisiecka) – kobieta po przejściach, do niedawna pracująca na stanowisku barmanki, mieszkająca w przyczepie – kupuje za kilka dolarów nietypowy obraz. Posiadające abstrakcyjną formę płótno nie specjalnie ją fascynuje, lecz kiedy okazuje się, że może być to dzieło Jacksona Pollocka, Maude decyduje się doprowadzić do ekspertyzy i udowodnić autentyczność pracy. Na jej zaproszenie, z Nowego Jorku przybywa znawca sztuki, wybitny ekspert malarstwa Pollocka – Lionel Percy (w postać wciela się Jakub Kotyński). 

Zestawienie charakteru krewkiej barmanki i opanowanego mężczyzny doprowadza do dyskusji na temat sztuki, jej znaczenia dla ludzi, lecz nie tylko. Dwójka bohaterów wymienia się uwagami o życiu, relacjach międzyludzkich, prawdzie i szczęściu, odsłaniając przy tym swoje tajemnice.

Milena Lisiecka. Fot. Katarzyna Chmura

„Arcydzieło na śmietniku” to bez wątpienia popis aktorskich zdolności. Zarówno Milenie Lisieckiej, jak i Jakubowi Kotyńskiemu udało się wykreować na deskach Teatru Powszechnego wyraziste osobowości. Lisiecka jako zraniona przez los kobieta jest autentyczna, Kotyński zaś wypada naprawdę zabawnie w licznych scenach komediowych przedstawionych w spektaklu. 

Najnowsza produkcja Teatru Powszechnego w Łodzi to dobra komedia obyczajowa, która pod warstwą niewybrednych żartów, rubasznego humoru, sytuacji rodem z sitcomu, skrywa niebanalne pytania. Czy pierwsze wrażenie faktycznie zawsze jest trafne? Czy opinia wydana o człowieku po jednej odbytej z nim rozmowie może być słuszna? Czy prawda warta jest obrony?

Jakub Kotyński. Fot. materiał teatru

Wydarzenia rozgrywające się na scenie podkreślono przy użyciu stworzonej na potrzeby inscenizacji scenografii. Przed oczami widzów postawiono wnętrze kampera, wyposażone w niezbędne meble i bibeloty, które nie świadczą najlepiej o guście Maude. Nie mniej poduszki z motywami flamingów i koce zdobiące kanapę dodają mieszkaniu kobiety ciepła. Na ich tle kupiony za grosze obraz naprawdę wydaje się awangardowym arcydziełem.

„Arcydzieło na śmietniku” jest kameralną produkcją, lecz powinno na długo zagościć w Teatrze Powszechnym w Łodzi. To spektakl dobrze przygotowany, dający możliwość zobaczenia na scenie dwójki utalentowanych aktorów, opowiadający o istotnych kwestiach. Mądre i warte zobaczenia przedstawienie. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mi się spodoba, zwłaszcza że program tegorocznej edycja Festiwalu nie zachwycił mnie. Niedawna premiera "Powszechnego" to miły akcent u progu tegorocznego wydarzenia. 

czwartek, 25 maja 2017

Central Park West

Twórczość Woody’ego Allena jest znana w Polsce głównie dzięki jego filmom, które w momencie premiery podbijają sale kinowe i serca widzów. Nie mniej jest to artysta, którego utwory można spotkać także w teatrze. Na przykład w warszawskim Teatrze 6.piętro, gdzie od kilku lat z sukcesem wystawiana jest jego sztuka Central Park West. Przedstawienie wyreżyserowane przez Eugeniusza Korina jest połączeniem humoru i gorzkiej prawdy o współczesnych relacjach międzyludzkich. Fabuła spektaklu i występujący w nim aktorzy gwarantują przyjemne ( i pożyteczne) spędzenie czasu w teatrze.


Joanna Żółkowska (Phyllis). Fot. materiał teatru

Historia opowiedziana w Central Park West jest odrobinę przewidywalna. Poznajemy dwa zaprzyjaźnione ze sobą małżeństwa, które wydają się być ucieleśnieniem spełnionego amerykańskiego snu. Dojrzali, bogaci, szczęśliwi… Czy aby na pewno?

Phyllis Riggs (w tej roli Joanna Żółkowska) to ceniona psychoanalityczka, kobieta podporządkowująca świat i ludzi swoim zasadom. „Osobowość Kastrująca”, choć taką diagnozę nie stawia sobie sama. Jak to niestety często bywa, świetny lekarz widzi problemy innych, lecz nie dostrzega swoich. Dlatego też bohaterka jest oszołomiona słowami męża - Sama, który oświadcza, że kocha inną kobietę i chce rozwodu. Tak nagle?

Wojciech Wysocki (Sam) i Małgorzata Foremniak (Carol).
Fot. materiał teatru

Może wręcz przeciwnie? Syndromy problemów mogły pojawić się już wcześniej, jednak rozmawiający…wróć! Monologujący małżonkowie tak naprawdę się nie komunikowali? Sam (Wojciech Wysocki) - wzięty nowojorski adwokat, pracujący dla gwiazd show-biznesu, właśnie tym tłumaczy rozpad małżeństwa. Stanowczy, władczy mężczyzna otacza się wianuszkiem coraz to młodszych kobiet, które w przeciwieństwie do żony nie przytłaczają go. Bogaty i pewny siebie postanawia ułożyć sobie życie na nowo. Ponieważ tego pragnie.


Małgorzata Foremniak (Carol). Fot. materiał teatru

Przyczyną małżeńskiej katastrofy wydaje się być dominujący charakter Phyllis, tak twierdzi Carol (Małgorzata Foremniak), przyjaciółka skłóconych małżonków. Irytująco wścibska, głupiutka, zbyt urocza kobieta okazuje się być kochanką Sama. Szukająca swojej drogi bohaterka jest przeciwieństwem psychoanalityczki, czego zresztą nie ukrywa, choć w głębi ducha stara się do niej upodobnić.

Wojciech Wysocki (Sam) i Piotr Gąsowski (Howard). Fot. materiał teatru

Dopełnieniem tego skomplikowanego układu jest Howard, mąż Carol (w tej roli Piotr Gąsowski). Zamknięty w świecie swoich pesymistycznych myśli, depresji i chęci autodestrukcji (do której brakuje mu odwagi) mężczyzna jest zaskakująco tolerancyjnym mężem i przyjacielem Sama. Zdradzony przez obojga, stara się załagodzić sytuację przygotowując dla wszystkich posiłek.

Piotr Gąsowski (Howard), Małgorzata Foremniak (Carol)
oraz Wojciech Wysocki (Sam). Fot. materiał teatru

Sytuacja przedstawiona w fabule Central Park West to znany z wielu dzieł Woody’ego Allena konflikt interesów. Każdy z bohaterów pragnie dla siebie jak najlepiej i choć nie chce przy tym ranić innych ludzi, różnych potrzeb nie udaje się pokojowo pogodzić. W kontraście do poważnego przesłania, wydarzenia przedstawione na scenie Teatru 6.piętro są zabawne. Wiele zawdzięczają barwnemu językowi, jakim posługują się postacie, zwłaszcza wiodąca prym Phyllis. Joanna Żółkowska w tej roli zdominowała pozostałych aktorów, skupiając na sobie uwagę widzów. Jej pewny krok i oceniający wzrok zrobił z postaci kreowanej przez aktorkę prawdziwą „Osobowość Dominującą”.

Nie mniej wszyscy aktorzy występujący w spektaklu zostali do niego zaangażowani nieprzypadkowo. Każdy z nich daje kreowanej przez siebie postaci szereg cech i gestów, dzięki którym wierzymy w ten skomplikowany układ sił i wzajemnych oskarżeń. Nie opisałam jeszcze piątej postaci pojawiającej się na scenie, jednak nie chcę zdradzać całej intrygi zawartej w spektaklu.

Małgorzata Foremniak (Carol) i Wojciech Wysocki (Sam).
Fot. materiał teatru

Zaletą Central Park West jest tłumaczenie tekstu przygotowane przez Eugeniusza Korina. Zawiera w sobie smaczki językowe charakterystyczne dla scenariuszy Woody’ego Allena, które przeniesione na polski grunt w postaci „kryptodziwek” i stwierdzeń w stylu „pierdoliłabyś się z wężem, gdyby tylko ktoś w tym czasie trzymał mu łeb” (cytat nie jest dokładny, śmiałam się tak bardzo, że nie zdołałam zapamiętać oryginalnego tekstu) okazały się adekwatne do prezentowanej historii, a przy tym docenione przez widzów.

W spektaklu publiczność zobaczy dobre aktorstwo, minimalistyczną, aczkolwiek adekwatną do charakteru całej historii scenografię autorstwa Barbary Hanickiej, usłyszy muzykę Hansa Zimmera. Te elementy składają się na warte uwagi oraz obejrzenia przedstawienie, które uświadamia widzom, jak ważne dla prawidłowego funkcjonowania związku jest porozumienie między ludźmi i świadomość swoich własnych wad. 

niedziela, 21 maja 2017

Ego te absolvo

Wpis, który właśnie czytacie, powstał dokładnie siedem dni po obejrzeniu spektaklu Ego te absolvo. Pomimo upływu czasu i przemyśleniu fabuły, nadal jestem pod wrażeniem przedstawienia prezentowanego na scenie Teatru Zamiast w Łodzi. Dobra sztuka ma zapadać w pamięć, więc monodram Huberta Kułacza w reżyserii Bogusława Semotiuka jest właśnie taki – dobry.


Afisz spektaklu

Ego te absolvo (w tłumaczeniu – Ja tobie odpuszczam) to moje kolejne spotkanie z monodramem. We wpisach dotyczących tej formy scenicznej opisywałam trudności odbiorcze, jakie zwykle sprawia mi ten rodzaj przedstawień. Nie chcę powielać swoich przemyśleń, poza tym nie wszystkie odnoszą się do obejrzanego przeze mnie przedstawienia. Nie mniej podtrzymuje swoją opinię o tym, że monodram jest  formą teatralną wymagającą od aktora techniki scenicznej i odwagi. I jedno i drugie jest potrzebne do utrzymania uwagi widzów w trakcie odgrywanego przedstawienia. Hubert Kułacz w swoim monodramie umiejętnie prowadzi widzów w głąb scenicznego świata. Świadczy to zarówno o umiejętnościach aktorskich , jak i odwadze tego artysty.

Hubert Kułacz. Fot. Borys Bodetko

O czym jest spektakl, który obejrzałam w Teatrze Zamiast? Ego te absolvo to sztuka opowiadająca historię księdza pułkownika Józefa Panasia, który pełnił funkcję kapelana Legionów Polskich. Mężczyzna na łamach swojego pamiętnika zrelacjonował przebieg walk na froncie wschodnim w czasie I wojny światowej. Wspierał oddział Legionistów, niejednokrotnie sam zmuszony był walczyć. Jednak jego najważniejszym zadaniem było opatrywanie rannych żołnierzy, udzielanie im sakramentów, towarzyszenie w ostatnich chwilach życia i zapewnianie godnego pochówku. O taki zaś nie było łatwo w trakcie działań wojennych. Ksiądz Józef Panaś w swoich relacjach opisał trudności, z którymi przyszło mu się zmierzyć w czasie wojny, a także dramatyczne wydarzenia, jakie widział na froncie. Przejmujący temat do ukazania w monodramie.

Ego te absolvo to spektakl przemyślany. Jego reżyser – Bogusław Semotiuk, opierając fabułę przedstawienia na historii sprzed stu lat, zrealizował przedstawienie w sposób umożliwiający zrozumienie tragedii tamtych czasów. Wpływa na to kilka czynników.

Hubert Kułacz. Fot. Borys Bodetko

Pierwszym i najłatwiej dostrzegalnym jest scenografia. Początkowo na scenie Teatru Zamiast znajdują się bezładnie porozrzucane fragmenty desek, drewienka, gałęzie oraz gwoździe, które zdecydowanie pamiętają „lepsze czasy”. To z nich bohater monodramu zbija kolejne krzyże, stawiając je na grobach poległych w walce Legionistów. Pod koniec spektaklu jest ich na scenie całe mnóstwo. Patrząc na nie, słuchając słów mężczyzny, który nie oszczędza drastycznych opisów, widzowie wkraczają do przejmującej, wojennej rzeczywistości.

Przejmującej, lecz nie przerysowanej. To drugi czynnik wpływający na odbiór Ego te absolvo. Bogusław Semotiuk i Hubert Kułacz z szacunkiem podeszli do tekstu pamiętnika księdza Józefa Panasia, który posłużył jako literacki fundament ich przedstawienia. Wprowadzili tylko niezbędne skróty i dostosowali  słowa duchownego do wymogów sceny. Nie narzucili na nie jednak współczesnego charakteru. Przez to walorem tekstu jest jego autentyczność i płynąca z niej wartość. 

Hubert Kułacz. Fot. Borys Bodetko

Tę zaś dobrze oddaje na scenie Hubert Kułacz. Wcielając się w postać księdza Panasia, aktor jest niezwykle skupiony.  Charakter oraz emocje bohatera prezentuje za pomocą modulacji głosu, tempa mówienia. Jego gesty są minimalistyczne, w pewnym momencie przedstawienia wydają się zautomatyzowane, pozbawione głębszej refleksji. Nie jest to jednak prawdą. Kolejne krzyże, kolejni polegli sprawiają, że bohater skupia się wyłącznie na swoim zadaniu. Umarli walczyli w imię odbudowania Polski, on zaś z szacunku dla nich staje się strażnikiem pamięci o zmarłych na froncie. W spektaklu obserwujemy na scenie nie tylko księdza, nie tylko żołnierza. Przede wszystkim oglądamy człowieka, który stara się należycie wykonywać swój obowiązek. W czasie zbrojnych działań nie ma on czasu na refleksje o Bogu, o życiu. Myśli o wartościach wyższych przekłada na czyny. Hubert Kułacz stworzył na scenie bardzo autentyczną postać zdeterminowanego, jednak nie pozbawionego uczuć młodego duchownego, który zmaga się z wojenną rzeczywistością. Nie było do łatwe zadanie aktorskie, jednak artyście udało się je zrealizować. 

W monodramie niewiele jest osobistych uwag księdza Panasia. Są kolejne bitwy, kolejni zabici, a także przyświecająca mężczyźnie myśl „Czy będzie Polska?”. Czy ponoszone ofiary nie pójdą na marne? Czas na refleksję przychodzi w okresie pokoju, kiedy to ksiądz decyduje się otoczyć opieką wszystkie groby poległych, znajdujące się na szlaku, jakim podążali Legioniści walczący na froncie wschodnim.

Hubert Kułacz. Fot. Borys Bodetko

Istotną częścią przedstawienia jest muzyka, przygotowana przez Huberta Kułacza. Dyskretnie podkreśla opisywane przez bohatera wydarzenia, jednak nie przytłacza swoją obecnością. Nie jest napastliwa, nie atakuje widzów. Została dobrana adekwatnie do charakteru całego monodramu.

Ego te absolvo to spektakl poruszający temat sensu wojny, znaczenia takich wartości jak: Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie często tematy patriotyczne zostają poruszane w teatrze, gdyż wielu współczesnym widzom brakuje klucza umożliwiającego odczytanie przesłania takiego spektaklu. Monodram Huberta Kułacza został zrealizowany przy pomocy minimalistycznych środków scenicznych, z głębokim szacunkiem do tekstu pamiętnika i postaci samego księdza Józefa Panasia. Twórcy spektaklu nie przekształcili go w nośnik poglądów nieposiadających zakorzenienia w realnym świecie, nie ma on również prześmiewczego charakteru. Monodram Ego te absolvo prezentowany w Teatrze Zamiast w Łodzi to dobre przedstawienie, które pozostaje w pamięci widza, wpływa na niego i zmusza do refleksji. Zwłaszcza w mocnej, finałowej scenie.  Nie chcę jednak niszczyć elementu zaskoczenia, jaki czeka na widzów w trakcie trwania przedstawienia, dlatego na zakończenie stwierdzę, że Ego te absolvo jest warte zobaczenia. 

wtorek, 16 maja 2017

Do dna

Nie znoszę sytuacji, w których jestem zmuszana do pójścia na jakiś spektakl. Nie zdarza się to często, jednak kilka dni temu zdecydowano za mnie. W Łodzi trwał 35 Festiwal Szkół Teatralnych, ja zaś już dzień po powrocie z Belgii miałam oglądać przedstawienie za przedstawieniem. Nie oglądałam. Jednak nie żałuję, że wybrałam się na jeden z festiwalowych spektakli, gdyż Do dna okazało się być genialne!


Spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie udowodnił, że uznanie współczesnej widowni można zyskać dzięki wykorzystaniu ludowej mądrości. Mądrości zawartej w pieśniach i przyśpiewkach, które przez wiele lat spisywał Oskar Kolberg, choć nie tylko on. Twórcy Do dna - Ewa Kaim i Włodzimierz Szturc, przenieśli widzów do świata, którym rządzą dźwięk, rytm i słowo - wyznaczające jak pory roku - cykl życia. Młodzi aktorzy występujący w spektaklu wkroczyli do tego świata pewnie i bez lęku, za nimi zaś podążyła zafascynowana publiczność.

"Do dna" na 35 Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi
Obsada spektaklu. Fot. Bartek Cieniawa

Spektakl nie miał konkretnej, zwartej fabuły, w której widzowie odnaleźli rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie. Do dna to epizody, sceny wyjęte z konkretnej epoki i przestrzeni, których siła tkwiła w uniwersalnym charakterze. Piątka artystów występujących w spektaklu wcieliła się w figury, prezentując role społeczne: żonę, matkę, pannę, młodzieńca, przyjaciela, syna, kochanka, męża. Kolejnymi piosenkami i przyśpiewkami opowiadali historie swoich figur, początkowo wydające się nie mieć ze sobą związku, lecz w miarę trwania spektaklu coraz częściej „zazębiające się” i uzupełniające się. Dzięki temu przed oczy widzów przywołany został świat, w którym na decyzje podejmowane przez ludzi nie wpływały chłodne kalkulacje, lecz odczuwane przez nich emocje i pragnienia, a muzyka była czymś więcej, niż tylko źródłem rozrywki.

Weronika Kowalska, Agnieszka Kościelniak, Dominika Guzek oraz
Łukasz Szczepanowski. Fot. Bartek Cieniawa

Dźwięki i brzmienie słów są najważniejszą częścią Do dna. Aktorzy występujący w spektaklu śpiewali zapomniane utwory, które były odpowiedzią ich autorów na sytuacje przynoszone im przez życie. Pieśni opisujące rozterki sercowe, trudy pracy, radości codziennego dnia, czy strach przed śmiercią, nie straciły na znaczeniu. Problemy dręczące ludzi dwieście, trzysta lat temu pozostały takie same, pomimo zmian, jakie w tym czasie zaszły w otaczającym widzów świecie. Twórcy spektaklu skupili się na przekonaniu publiczności, że pieśni towarzyszące ludziom od zawsze nie były odpowiedzią na nudę, czy metodą zapewniania sobie rozrywki. Śpiew przynosił ukojenie, pozwalał w naturalny sposób wyrazić uczucia, prowadził do oczyszczenia. Nie zawsze potrzebne były konkretne słowa, wystarczyło brzmienie głosek oraz melodie grane na instrumentach. Jednak w spektaklu nawet one nie były niezbędne. Aktorzy wygrywali kolejne rytmy na deskach sceny, na elementach scenografii, choć używali również tradycyjnych instrumentów.

Jan Marczewski, Agnieszka Kościelniak, Łukasz Szczepanowski.
Fot. Bartek Cieniawa

Scenografia przygotowana na potrzeby spektaklu ograniczała się do bryły w kolorze rdzy, która wisiała kilkadziesiąt centymetrów nas sceną. Jej kształt przywodził na myśl chatę ze spadzistym dachem, we wnętrzu której panuje półmrok. Na frontowej ścianie znajdowało się wgłębienie przypominające wejście, lecz nie spełniało ono swoich funkcji. Cała instalacja miała tylko „coś” przypominać, jej znaczenie dopełniały wyświetlane projekcje. Przedstawiały one rośliny, spienione fale, wariacje na temat ludowych wzorów. Były współczesną odpowiedzią na folklor. Podobnie jak kostiumy aktorów, zawierające wprawdzie elementy wywodzące się z polskiej tradycji ludowej, jednak bazujące na bluzach i sportowych butach dostępnych w popularnych sklepach, „sieciówkach”. Niby folklor, niby tradycja, lecz wszystko zawierało współczesny rys.

Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Dominika Guzek.
Fot. Bartek Cieniawa

W Do dna wspaniale wypadli aktorzy. Piątka artystów dzięki swojemu talentowi, wspaniałym głosom, skupiała na sobie uwagę widzów. Treść przedstawienia nie umożliwiła im zbudowania konkretnych postaci o wyraźnie zarysowanych psychikach. Nie stanowiło to jednak problemu dla aktorów, którzy obdarzyli pojawiające się na scenie figury określonymi cechami.

Łukasz Szczepanowski, Dominika Guzek, Jan Marczewski.
Fot. Bartek Cieniawa

Do dna był świetnie przygotowanym, brawurowo zagranym i fenomenalnie zaśpiewanym spektaklem. Do tego zawierał w sobie cenne, uniwersalne i nieprzemijalne prawdy. Przyjemność płynąca z oglądania go była dla mnie niespodzianką, gdyż nie sądziłam, że przedstawienie bazujące na ludowych utworach może tak przypaść mi do gustu. Tymczasem historie opowiadane za pomocą tradycyjnych melodii, których rytm zdawał się wywodzić z sił żywiołów i tkwiącej w ludzkim wnętrzu energii, wciągnęły mnie bez reszty. Prawie dwie godziny spędziłam w świecie powołanym do istnienia dzięki ludowym pieśnią, którego forma i zamieszkujący go bohaterowie okazali się być niezwykle podobni do nas, współczesnych ludzi. A może świat jest ciągle taki sam? Może to nie prawdy zawarte w tradycji, w folklorze, przestały się sprawdzać we otaczającej nas rzeczywistości, lecz z własnej woli zdecydowaliśmy się na ich odrzucenie i zapomnienie? Zepchnęliśmy je do samego dna świadomości, gdzie czekały w ciszy. Dzięki spektaklowi Ewy Kaim i Włodzimierza Szturca powróciły, zyskując prawo do głosu. 

Obsada spektaklu. Fot. Bartek Cieniawa

czwartek, 11 maja 2017

Les 3 Mousquetaires

Najlepsze musicale powstają w Paryżu. Nie na West Endzie, ani na Broadwayu. Stolica musicalu jest jednocześnie stolicą Francji. 


Musical Les 3 Mousquetaires miał swoją premierę 29 września 2016 roku. Zgodnie ze standardami dużych produkcji, przez kilka miesięcy widowisko można było oglądać w Paryżu, później ruszyło w trasę koncertową po Francji i Belgii. Kupiłam bilet na spektakl wystawiany w hali „Forest National” w Brukseli i postanowiłam na żywo poczuć emocje, które do tej pory towarzyszyły mi podczas oglądania nagrań francuskich musicali. Mam nadzieję, że wrażenia z przedstawienia zostaną ze mną na długo.

Les 3 Mousquetaires
Olivier Dion jako D'Artagnan. Autor: nieznany

Les 3 Mousquetaires to dwugodzinny musical wyprodukowany przez sztab ludzi odpowiedzialnych za sukces widowiska Robin des Bois. W przypadku francuskich, dużych musicali, większa odpowiedzialność i presja spoczywa na producentach, niż na reżyserze. To ich nazwiska sygnują dane widowisko. Potencjalni widzowie kojarzą wizerunki producentów ze spektaklami, które mieli okazje oglądać, bądź słyszeli o nich i nauczeni doświadczeniem, decydują się na zakup biletu na kolejne show tej samej ekipy. W Polsce to reżyser przedstawienia jest ceniony lub nie, we Francji producent. To on może najwięcej zyskać lub stracić w przypadku klapy danego widowiska. W moim przypadku do zakupu biletu na Les 3 Mousquetaires nie przekonały mnie nazwiska zespołu producenckiego, tylko muzyka.

Victoria en Les 3 Mousquetaires comedie musicale
Victoria (najlepszy głos w musicalu) jako Królowa. Autor: nieznany

Z pierwszą piosenką pochodzącą z tego przedstawienia spotkałam się rok temu. „Wpadła mi w ucho” na tyle, bym zaczęła interesować się przygotowaniami do premiery widowiska i zaangażowaną do udziału w nim obsadą. Sporą radość sprawił mi fakt, że kilkoro artystów znałam z innych, obejrzanych wcześniej musicali, przez co nabrałam przekonania, że Les 3 Mousquetaires nie może okazać się złym spektaklem. Intuicja miała rację. Widowisko było świetne :)

Najpierw lista plusów:
muzyka – połączenie romantycznych ballad z klubowymi rytmami, przy piosenkach z musicalu da się tańczyć, 
teksty piosenek – nie wszystkie są porywające (kilka po przełożeniu na język polski brzmi jak frazy z disco polo), lecz generalnie ich autorzy wykorzystali bogactwo języka francuskiego i jego dźwięczność, dlatego piosenki zapadają w pamięć, 
obsada – gra dobrze, śpiewa bardzo dobrze, wygląda zjawiskowo. Ci ludzie są po prostu „zrobieni”; patrzenie na nich jest estetyczną przyjemnością. Kilka lat temu piszczałabym w pierwszym rzędzie przy każdym pojawieniu się na scenie przystojnego artysty, jednak doświadczenie życiowe (i zawodowe) sprawiło, że patrzyłam na tych ludzi i w duchu gratulowałam talentu stylistkom i charakteryzatorkom pomagającym im przygotować się do występu. Co nie zmienia faktu, że w polskich teatrach muzycznych nie spotyka się tak dopracowanych aktorów i aktorek. Niestety...
scenografia, a właściwie jej brak – musical „jeździ” od miasta do miasta. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu ekranów, rzutników, projekcji i ogromnej roli światła. Trójwymiarowe elementy scenografii użyte w Les 3 Mousquetaires można policzyć na palcach obu dłoni. Resztę stanowią projekcje. Ktoś mógłby się oburzyć i stwierdzić, że to wyznacznik komercyjnego podejścia, brak szacunku do widzów itd. Nie przesadzałabym. Dzięki zastosowaniu wizualizacji możliwa jest szybka zmiana miejsca akcji, budowanie nastroju, widzowie dostają konkretne informacje. Na scenie jest więcej miejsca dla artystów.
tancerze – w spektaklu występuje ich około 20 (nie mogłam się doliczyć w czasie ukłonów, na stronie internetowej musicalu wymienionych jest 21 nazwisk) i… jak oni tańczą! Ci ludzie są z gumy ;) Umiejętności tanecznych i akrobatycznych można tylko pozazdrościć i oklaskiwać, co zresztą robiłam.
kostiumy – przepiękne, wskazujące na charakter postaci i jej status. W przypadku Muszkieterów zaskakująco elastyczne (w musicalu jest sporo scen pojedynków białą bronią), czego nie można powiedzieć o strojach bohaterek (solistki raczej nie popisują się w układach choreograficznych). Jednak artyści wyglądają w nich na tyle korzystnie, by wywołać efekt „wow”.

Les 3 Mousquetaires
David Bàn, Olivier Dion, Damien Sargue, Brahim Zaibat
jako Muszkieterowie. Auror: nieznany

Pora na wady:
czas trwania Les 3 Mousquetaires to krótki musical, trwa 2h. W jego fabule udało się zawrzeć tylko główny wątek intrygi opisanej przez Aleksandra Dumasa w powieści „Trzej Muszkieterowie”, która stanowi podstawę dla widowiska. Przez to charaktery postaci zostały zredukowane do minimum, bohaterowie nie mają przeszłości, nic nie zapowiada ich przyszłości. Trochę mi to przeszkadzało w odbiorze spektaklu.
soliści za mało tańczyli – chwaliłam francuskie musicale, jako miłą odmianę widowisk, w których wokaliści dobrze radzą sobie w tańcu. W przypadku tego spektaklu nie miałam okazji przekonać się o tym na żywo. Rozbudowane zadania choreograficzne przejął na siebie balet, do tego stopnia, że w musicalu są sceny, kiedy główni bohaterowie są jedynymi stojącymi bez ruchu postaciami, podczas gdy dookoła nich szaleją tancerze. Z jednej strony rozumiem, z drugiej strony trochę szkoda. Tym bardziej, że Golan Yosef (przyznam się: piszczałam za każdym razem, gdy się pojawiał na scenie) umiał jednocześnie śpiewać i tańczyć. Może za dużo wymagałam?
podkłady – nie było muzyki na żywo, solistom przygotowano podkłady. Wiem, że obecność zespołu muzycznego w trakcie trasy koncertowej zwiększyłaby jej koszty, lecz nie będę ukrywać, liczyłam na występ muzyków.
Z wad to już wszystkie 😉

Christophe Héraut (Kardynał Richelieu) i Emji (Milady). Fot. Cyril Moreau

Nawiążę teraz do kwestii, którą najbardziej cenię we francuskich produkcjach. Jest to podejście do widzów, a konkretnie… pozwalanie im na radość.

Co mam na myśli? Następującą sytuację. Jest finał musicalu, artyści śpiewają ostatnią piosenkę, stojąc tuż przy krawędzi sceny. Przy niej ustawiają się widzowie z pierwszych rzędów, choć nie tylko. Wiele osób na te ostatnie minuty spektaklu opuszcza swoje miejsca z tyłu i idzie pod scenę. Piosenka się kończy, artyści zostają nagrodzeni brawami, kłaniają się i… przyjmują prezenty. W polskim teatrze nie ma możliwości osobistego wręczenia kwiatów, drobnego upominku wokaliście, na występ którego się czekało. Obsługa techniczna nie pozwala na takie zachowanie, widzowie przez całe widowisko siedzą na swoich miejscach. W przypadku francuskich musicali jest odwrotnie. Nikogo nie dziwią ludzie stojący pod sceną, robiący sobie zdjęcia z ulubionym aktorem, przytulający go, zachwyceni występem. Osoby, które udają się pod scenę wzruszają się, w Brukseli kilkoro widzów się popłakało. Nie dziwi mnie to. Jeśli długo czekali na ten musical i po jego obejrzeniu mogli zamienić trzy słowa z artystami, osobiście podziękować za cudowny występ, to naprawdę zapamiętają taki wieczór na długo. Tego brakuje mi w polskim teatrze, w oglądanych przeze mnie widowiskach. Aktorzy i wokaliści są sztywni, cieszą się z oklasków, lecz spotkanie z nimi jest możliwe dopiero na tyłach teatru, długo po zakończeniu spektaklu. W przypadku osób, które przyjechały na dane widowisko z innego miasta, czekanie na ulubioną postać nie wchodzi w grę; wynajęty na potrzeby wycieczki autobus w końcu odjedzie. Uważam, że jest  to strasznie przykra sytuacja, tym bardziej, że ceny biletów na musicale w Polsce nie należą do najtańszych, a nie dają możliwości przeżycia radości ze spotkania z konkretnym artystą.

Zdjęcie obrazujące bliskość sceny i widowni. Autor: nieznany

Francuskie musicale to inna jakość teatru, odmienny sposób produkcji widowisk i podejścia do widza. Nie sądzę, aby w polskim teatrze muzycznym takie wzorce mogłyby zostać przyjęte, choćby z powodu różnic w usposobieniu obu nacji.

Podsumowując: wybranie się do Brukseli na Les 3 Mousquetaires to spełnienie mojego marzenia o obejrzeniu na żywo francuskiego musicalu. Widowisko bardzo mi się podobało, momentami zabawne, częściej melancholijne (popłakałam się dwa razy) zawiera w sobie wszystko, co najlepsze w tego rodzaju produkcjach. Dlatego czekam na nowy sezon artystyczny we Francji, na kolejne musicale i trasy koncertowe.

Zdjęcia wykorzystane we wpisie znalazłam w internecie. Siedziałam na balkonie na wprost sceny, jednak stwierdziłam, że nie chcę tracić możliwości obejrzenia widowiska na rzecz robienia zdjęć. Dotarłam tylko do autora jednej fotografii, reszta pozostaje anonimowa.