środa, 30 listopada 2016

Diabeł, który...

19 listopada wybrałam się do łódzkiego Teatru Studyjnego na spektakl Mariusza Grzegorzka. Uwielbiam przedstawienia tego reżysera, mają niesamowity klimat. "Diabeł, który..." również mnie nie zawiódł. Recenzja utknęła gdzieś w redakcji, dlatego wyjątkowo zamieszczę ją pierwsza ;)



Diabeł, którego tworzymy

John Osborne znany jest polskim widzom za sprawą dramatu „Miłość i gniew”, który był wielokrotnie wystawiany przez teatry w różnych miastach. Zanim autor przystąpił do pracy nad tym utworem, napisał inne, przez wiele lat niepublikowane i niewystawiane. Jednym z nich jest „The Devil Inside Him”, który doczekał się tłumaczenia Małgorzaty Semil i zyskał szansę dotarcia do szerszego grona zainteresowanych. Dramat miał niedawno polską prapremierę i jako „Diabeł, który…” zagościł na deskach Teatru Studyjnego w Łodzi. 

Reżyser Mariusz Grzegorzek właśnie ten utwór wybrał na spektakl dyplomowy studentów ostatniego roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej, której jest Rektorem. W przedstawieniu można odnaleźć charakterystyczną dla jego wcześniejszych realizacji estetykę, która niezawodnie uwodzi widzów, jednak powoli staje się przewidywalna.

Mariusz Grzegorzek "Diabeł, który..." Teatr Studyjny
Rodzina Prosserów. Materiały Teatru Studyjnego

Głównym bohaterem „Diabła, który…” jest Huw Prosser. Chłopak ma około dwudziestu lat i z powodu swojej ułomności jest pośmiewiskiem całej wsi. Utyka, wydaje się być opóźniony w rozwoju, bądź cierpieć na niezdiagnozowany autyzm. Chłopak często zamyka się w świecie swoich marzeń i fantazji, które spisuje w dzienniku. Prymitywne, lecz szczere wiersze oddają całą jego naturę, jednak nie może liczyć na żaden ciepły gest, nawet ze strony rodziców. Huw darzy sympatią Dilys, pracującą u jego matki. Rówieśniczka wydaje mu się ideałem piękna, które mogłoby złagodzić plugawość otaczającego go świata. Dla dziewczyny Huw jest nieszkodliwym wielbicielem, którego uczuciami może bawić się bezkarnie. Jednak tylko do czasu.

Przedstawienie dyplomowe łódzkiej Szkoły Filmowej "Diabeł, który..."
Pan i Pani Prosser. Materiały Teatru Studyjnego

Postać Huwa kontrastuje z sylwetkami jego rodziców, których można uznać za typowych przedstawicieli tamtejszej społeczności. Oboje wstydzą się ułomności syna, zwłaszcza jego kondycji umysłowej. Pan Prosser twierdzi, że pozostaje im tylko modlitwa za jego grzeszną duszę, gdyż nie jest on zdolny pojąć Bożej potęgi swoim spaczonym rozumem, a co za tym idzie-staje się łatwym łupem dla demonów i Diabła, który stara się przejąć kontrolę nad chłopakiem. Mężczyzna nie dopuszcza do siebie argumentów żony, przez którą od czasu do czasu przemawiają matczyne instynkty, zazwyczaj jednak tłamszone przez purytańskie wychowanie i wizje piekła, na jakie skazany jest ich syn. 

Małżeństwo Prosserów charakteryzuje ślepa wiara i surowy kodeks moralny, który nakazuje im podchodzić do wszystkiego z powagą i skupieniem, w każdej odmienności dopatrywać się przejawów diabelskiego działania. Sympatia do natury i potrzeba czułości nieudolnie wyrażona przez ich syna w jego wierszach zdają się ostatecznie potwierdzać fakt, że jest on opętany, co skłania Pana Prossera do szukania pomocy u miejscowego pastora-Pana Gruffuyda.

Kaznodzieja sprawuje duchową pieczę nad całą wioską, zna grzechy wszystkich jej mieszkańców. W każdym człowieku odstającym od jego wizji świętości doszukuje się zarodka Złego, który należy za wszelką cenę stłamsić. Stawia się w pozycji stróża moralności mieszkańców wsi, ich nieomylnego przewodnika. Jego konserwatywne idee zostają w dramacie zestawione z poglądami Burna, studenta medycyny, który pojawia się w osadzie. Pochodzący z miasta mężczyzna zna ludzkie ułomności, bardziej od fizycznych problemów pacjentów interesuje go ich psychika, procesy w niej zachodzące. Obserwuje lecz stara się nie oceniać, próbuje być obiektywny. Uważa, że umysł i dusza stanowią jedność, ciało zaś jest tylko nośnikiem wielkich idei. Odnajduje to właśnie w Huwie, któremu zazdrości zrozumienia natury i bliskości, jaką chłopak odczuwa ze światem przyrody.

"Devil inside him" polska prapremiera Teatr Studyjny w Łodzi
Scena "egzorcyzmów" Huwa. Materiały Teatru Studyjnego

W dramacie pierwotność, naturalność i szczerość cały czas zestawiana jest z surowymi, purytańskimi zasadami dyktującymi sposób bycia części postaci. Zostało to przedstawione przez młodych aktorów pod czujnym przewodnictwem Mariusza Grzegorzka. Na scenie tworzą jedną społeczność-oddaje to barwa kostiumów i materiał, z jakiego zostały wykonane. Każdy z bohaterów nosi szary, z lekka połyskujący strój, który zawiera w sobie szczegóły charakteryzujące daną jednostkę. W przypadku Huwa jest to kaptur przy bluzie oraz poszarpane nogawki spodni (chłopak wymyka się z domu, by chodzić po górach, co widać po śladach znoszenia na ubraniu), Dilys ma krótką sukienkę, którą przyozdabia różowymi dodatkami wyróżniającymi dziewczynę, surowość i skromność ubrań państwa Prosser podkreśla ich konserwatywny i wstrzemięźliwy sposób bycia. W zbiorowości da się odnaleźć elementy pozwalające widzom utwierdzić się w przekonaniu, z jakimi bohaterami mają do czynienia.

"Diabeł, który..." Mariusz Grzegorzek
Huw i Dilys. Materiały Teatru Studyjnego

We wsi ukazanej na scenie istnieje jednak rozłam, który akcentuje zachowanie Huwa. Chłopak unika kontaktu z pastorem, obawia się go, co widać zwłaszcza w trakcie rozmowy-próby przeprowadzenia egzorcyzmów. Huw nie wierzy ani w Boga, ani w Diabła. Pierwszego nigdy nie widział, nie doświadczył łaski. Diabłem zaś jest dla niego sam pastor, znęcający się nad nim i straszący piekłem. W obronie poglądów chłopaka staje Burn, podchodzący do kondycji ludzkości w sposób naukowy. On również nie charakteryzuje się wiarą w nadprzyrodzone siły i byty, liczą się dla niego wyłącznie decyzje podejmowane przez ludzi i popychające ich do konkretnych działań. Rozumie Huwa, gdy ten wyznaje mu prawdę o zabójstwie Dilys i nie jest przerażony samym aktem, lecz jego następstwami. Zdaje sobie sprawę z tego, że los dziewczyny był przesądzony-gdyby żyła, konserwatywna ludność potępiłaby ją i odrzuciła. Obawia się jednak, że wina spadnie na chłopaka, który nie zdoła się wytłumaczyć i choćby minimalnie złagodzić wymiaru swojej kary. Wie, że zabójstwo dziewczyny podziałało na Huwa w sposób terapeutyczny, wyzwalając go wprawdzie z ciążących na nim pęt psychicznej ułomności, niestety za prawdopodobną cenę pozbawienia wolności, którą właśnie teraz mógłby poznawać i doceniać.


Konflikt dobrze odgrywają młodzi aktorzy. Największą uwagę widzowie skupiają na scenach konfrontacji, do jakich dochodzi pomiędzy Huwem i Dilys. Maciej Musiałowski i Marianna Zydek doskonale oddają zawiłą, pełną fałszu relację między postaciami. Zgodnie z rytmem opisanym w dramacie postacie raz po raz zyskują i tracą nad sobą przewagę, by w kulminacyjnym momencie doprowadzić do rozlewu krwi. Salon w domu państwa Prosserów staje się ringiem oraz miejscem zbrodni, wyznaczonym przez Dilys, która rękami Zuzanny Zydek rozciąga na scenie bezbarwną taśmę, oddzielając go od reszty świata. Ten jednak nie pozwala o sobie zapomnieć i pod postacią pastora Gruffuyda wkracza ze zdwojoną siłą.
Interesujące jest zestawienie pastora z Burnem, w których wcielili się Cezary Kołacz oraz Tomasz Marczyński. Reprezentujący skrajnie odmienne poglądy, w finałowej scenie stają się demonem oraz aniołem czyhającym na Huwa. Jeden żąda od chłopaka prawdy, drugi odwagi i zachowania milczenia. Początkowo ich odmienne zachowanie ujednolica się, stając się tak samo gwałtowne, podszyte brutalnością, z jaką gotowi są bronić swoich opinii.

"Devil inside him" prapremiera polska w Teatrze Studyjnym w Łodzi
Scena zbiorowa. Materiały Teatru Studyjnego

Ciekawym zabiegiem jest rozciąganie na scenie białej tkaniny, pełniącej rolę ekranu. Wyświetlane są na nim fragmenty filmu, pokazujące aktorów w czasie prób, mówiących o przygotowaniach do zagrania przypisanych im ról. Dzięki temu widzowie mogą przekonać się, jak drogę od rozpoczęcia pracy nad tym spektaklem przeszli występujący w nim artyści. Jednocześnie materiał filmowy staje się pauzą w odgrywanym spektaklu. Rozsuwanie oraz zsuwanie tkaniny, a także dźwięk dzwonka rodem z hotelowej recepcji wyznaczają rytm przedstawienia.

Wspomniałam o tym, że „Diabeł, który…” został przygotowany w estetyce znanej widzom i fanom Mariusza Grzegorzka z jego wcześniejszych realizacji. Zaliczam się do wielbicieli „Dybuka” zrealizowanego przez reżysera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi i doszukałam się pomiędzy tymi spektaklami kilku podobieństw-począwszy od wykorzystania w „Diable, który…” świec wyznaczających przestrzeń gry (w spektaklu z „Jaracza” taką samą funkcję pełniły liny z obciążnikami), obecności ekranu i wyświetlania na nim pewnych elementów prezentowanych historii. Pojawiają się także podobieństwa w samych opowieściach-zło w każdej z nich nie jest wyborem bohaterów, zostaje im ono narzucone. W „Dybuku” duch Chanana nawiedzał ukochaną, ponieważ byli sobie przeznaczeni i miał do niej prawo nadane przez ludzi i Boga. Nie był zły, choć tak postrzegała go (prawie cała) żydowska społeczność. W przypadku Huwa chłopak decyduje się zabić Dilys w akcie zemsty na ludziach oraz na dziewczynie, która próbuje wykorzystać jego uczucie i wrobić w gwałt. Dilys zaś postawiona pod ścianą, z obawy przed społecznym ostracyzmem próbuje ratować się przed konsekwencjami swojego przelotnego romansu w każdy możliwy sposób. Podobnych analogii można doszukiwać się nie tylko w przypadku „Dybuka”, konflikty w konserwatywnej społeczności reżyser poruszył także w spektaklu „Słowo”, czy „Lwie na ulicy”. Konsekwencja w realizowaniu tekstów poruszających takie zagadnienia jest wspaniała i żadnemu ze spektakli nie można zarzucić płytkości podejścia do problemów zawartych w treści, czy nieprzemyślanego odzwierciedlania ich na scenie. Jednak przy całym moim szacunku i sentymencie do łódzkich przedstawień Mariusza Grzegorzka chciałabym zobaczyć jakąś nowość, świeżość w jego realizacjach. Choć być może problem tkwi w tym, że doszukuję się analogii pomiędzy „Diabłem, który…” a innymi tytułami trochę „na siłę”, nie podchodząc do spektaklu dyplomowego z uczuciem „czystej kartki”. Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć.

Mariusz Grzegorzek "Diabeł, który..." spektakl dyplomowy studentów łódzkiej Szkoły Filmowej
Moment "odrodzenia" Huwa. Materiały Teatru Studyjnego

„Diabeł, który…” spełnił moje oczekiwania. Nie znałam wcześniej tego dramatu Johna Osborne’a, do tekstu sięgnęłam po obejrzeniu inscenizacji. Reżyser zdecydował się na wprowadzenie niewielkich skrótów, które nie zmieniły przesłania płynącego z tekstu. To zaś nie jest optymistyczne, aczkolwiek prawdziwe. Zło powstaje w każdym człowieku, jednak nie samoistne. Wydaje się być konsekwencją działań na jakie jednostki zostają narażone. W przypadku Huwa zbrodnia jakiej się dopuścił, była odpowiedzią na nienawiść, którą przez całe życie otrzymywał od ludzi. Nie było w nim wrodzonego zła, zostało mu ono przypisane, zaś chłopak zrealizował czyn, którego mieszkańcy wioski spodziewali się po nim. Zabijając Dilys chłopak dokonał samooczyszczenia, otworzył też oczy swoim rodzicom oraz pastorowi na krzywdy, jakie spotykały go przez całe życie. Ofiara złożona z dziewczyny przyniosła mu lepsze zrozumienie siebie, zapewne odbierając wolność. Warto wybrać się do Teatru Studyjnego, zobaczyć młodych, obiecujących aktorów oraz zastanowić się, czy nasze działania nie powodują, że gdzieś obok nas, powoli nie rodzi się zło?

czwartek, 24 listopada 2016

Ziemia obiecana

Od dłuższego czasu chciałam wybrać się do Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Nie byłam w tej instytucji od kilku lat, głównie dlatego, że po ostatnim obejrzanym tam spektaklu odczuwałam pewnego rodzaju niesmak. Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzał repertuar tego miejsca. Jednak "Ziemia obiecana" przyciągnęła moją uwagę i postanowiłam odświeżyć znajomość z "Nowym". 

Nie było to łatwe, do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy dostanę zaproszenie, ostatecznie udało mi się spędzić w teatrze bardzo przyjemny wieczór. Gorąco polecam to przedstawienie, zwłaszcza osobom, które nie prowadzą intensywnego życia kulturalnego. Jedno wyjście do Teatru Nowego zapewni Wam ponad trzy godziny doznań, historia o przeszłości Łodzi zainteresuje, a przy okazji będziecie mogli zobaczyć kilka dobrych inscenizacyjnych chwytów :) Tymczasem recenzja!


Teatr Nowy Łódź, Ziemia Obiecana
Scena w fabryce. Fot. HaWa

Przeklęte miasto

„Ziemia obiecana” Władysława Reymonta bywa zestawiana z „Lalką” Bolesława Prusa, ponieważ oba tytuły zawierają szczegółowe opisy miast, w których toczy się akcja przedstawiona na kartach powieści. Jednak Warszawa nakreślona przez Prusa jawi się jako miasto pełne elegancji, możliwości i polotu, zaś Łódź zapamiętana przez Reymonta to niszczycielska siła, która pochłania kolejne istnienia rozrastając się w szaleńczym tempie. Na brutalności miasta skupił się Michał Kmiecik, autor adaptacji „Ziemi obiecanej”, którą od prawie roku można oglądać na deskach Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Remigiusz Brzyk wyreżyserował spektakl o tym mieście dedykowany jego mieszkańcom, na który mogą wybrać się, kiedy oczekują gwarancji zadowolenia z oglądanego spektaklu.

Widzowie, którzy nie czytali „Ziemi obiecanej” oraz nie oglądali jej ekranizacji, nie będą mieć problemu ze zrozumieniem fabuły spektaklu. Jego twórcy zastosowali skróty, wybierając z powieści najważniejsze wątki. Na ich podstawie stworzyli spektakl trwający 3.5 godziny. Nie powinno to przerażać przyzwyczajonych do krótszych realizacji widzów, gdyż inscenizacja Brzyka nie zawiera w sobie dłużyzn, które mogłyby męczyć. Wręcz odwrotnie.

Teatr Nowy Łódź, Ziemia obiecana
Welt, Borowiecki oraz Baum-nie mając nic, zbudowali fabrykę. Fot. HaWa


Reżyser przedstawienia w przeciwieństwie do Andrzeja Wajdy odszedł od przyporządkowania całej fabuły motywowi przyjaźni Borowieckiego, Bauma oraz Welta. Na deskach sceny ich relacje zostały ukazane jako biznesowe przymierze, równie chwiejne jak ceny bawełny w ówczesnej Łodzi. Jedynym pewnikiem zawartym w fabule tego spektaklu był ciągły rozwój Łodzi. Miasto łudziło mieszkańców pobliskich wsi perspektywą lepszego, lżejszego życia, które okazało się niemożliwe do osiągnięcia. Ciężką pracę na roli zamienili na niewolniczą obsługę fabrycznych maszyn, przeklinając kłamliwą „ziemię obiecaną”.

W przedstawieniu zamiast kobiet przy krosnach tkackich siedzą mężczyźni, na co dzień pracujący w Teatrze Nowym w działach technicznych. Dzięki nim udaje się sprawnie realizować kolejne spektakle. Teatr jest maszyną napędzaną dzięki pracy ludzi, podobnie jak fabryka, która bez zatrudnionych w niej robotników stałaby pusta. W każdy z tych miejsc pracownicy mają swoje miejsca, dzięki czemu proces tworzenia przebiega sprawnie, jednak nie bez ofiar.

W „Ziemi obiecanej” było ich wiele. Najłatwiej dostrzec najliczniejsze-biedotę pozostającą bez środków do życia i żebrzącą o łaskę na pokrytych błotem łódzkich ulicach. Ich reprezentantką była Wdowa z czwórką dzieci, obrzucająca przekleństwami miasto i jego nieczułych mieszkańców. Nie robiło to jednak na nikim wrażenia, a zwłaszcza na zgromadzonej w teatrze publiczności. Ta zaś nie pachniała cebulą i ziemniakami, czy jednak posiadała przypisywane jej miliony? Ośmielam się wątpić. Wątpi również Borowiecki, który na oczach widzów przeistacza się w ofiarę fabrykanckiego mitu. Nie jest właścicielem fabryki, lecz jej własnością. Na jej rzecz zrezygnował z ludzkich odruchów, stał się cynikiem. Małżeństwo z Madą Müller było dla niego odkładanym w czasie kontraktem, który i tak zawarł.

Ziemia obiecana, Teatr Nowy Łódź
Na pierwszym planie Borowiecki, w głębi uboga Wdowa.
Fot. z archiwum Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi


W spektaklu starano się zachować wierność reymontowskim opisom bezwzględności rozwijającego się miasta oraz jego najbiedniejszych mieszkańców, którzy niczym rozsierdzone stado dzikich psów walczyli między sobą o najmniejsze skrawki łaski fabrykantów. Przemysłowców nie zindywidualizowano, oni również ze sobą rywalizowali podkładając sobie „świnie”, obrzucając oszczerstwami, jednak w czasie pogrzebu Bucholca stają się sprzymierzeńcami, panami rozwijającego się drapieżnego miasta. Ich rozgrywki oraz wątek antysemityzmu stanowią tło całej opowieści, jednak na deskach sceny zostały przedstawione łagodniej niż w książce. Twórcy nie ustosunkowali się do niego, pozostawiając to każdemu z widzów.

Mocną stroną przedstawienia jest scenografia, dzięki której udało się ukazać zarówno wnętrza fabryk, jak i fabrykanckich posiadłości. Wykorzystano całą przestrzeń sceny, tworząc kilka planów gry. Wydarzenia rozgrywające się na proscenium miały charakter intymnych, zaś słowa wypowiadane przez bohaterów właśnie tutaj być skierowane do widzów. Na drugim planie miały miejsce najważniejsze wydarzenia spektaklu-decyzje podejmowane tutaj najsilniej wpływały na losy bohaterów. Kolejny plan można uznać za miejsce działań zbiorowych (na przykład pracę w fabryce, czy świętowanie inauguracji działalności). Najważniejsza była tu powtarzalność gestów, przypisana do masowej produkcji. W tym planie nikt nie oczekiwał od postaci przemyśleń czy słów-liczył się tylko mechaniczny ruch fabrycznych krosen. Ostatni ze zbudowanych planów zdawał się zamykać przestrzeń gry, na metalowych stelażach zawieszano kolejne białe koszulki (przywodząc na myśl tym zachowaniem wieszaki uginające się pod ciężarem t-shirtów w popularnych „sieciówkach”). Pomiędzy nimi znajdowały się portrety przodków patrzących z politowaniem na działania swoich potomków.

Teatr Nowy Łódź, Ziemia obiecana
Borowiecki i Welt, na pierwszym planie robotnicy fabryki.
Fot. z archiwum Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Muzyka wykorzystana w spektaklu nie była do końca trafna. Nieudolne okazało się wykorzystanie śpiewów rodem z synagogi w scenie żydowskich rozmów o handlu i rozwoju fabryki. Głos Zoraka w scenie odczytywania listów do Bucholca miał podkreślać nienawiść jaką odczuwali do niego wykorzystywani robotnicy i spełnił ten zamysł, jednak w pozostałych scenach był tylko dodatkiem bez którego przedstawienie mogłoby się obyć.


Bez wątpienia „Ziemia obiecana” Teatru Nowego jest interesującym spektaklem, który generalnie wydaje się spełniać oczekiwania łódzkiej widowni. Właśnie jej dedykowane są kolejne kwestie wygłaszane przez postacie z proscenium. To widzom zgromadzonym w teatrze złorzeczy głodująca Wdowa. Przeklina łódzką elitę obserwującą z delikatnym uśmiechem na ustach dramaty, które dosięgają tylko najsłabszych. To dla elity produkowane są masowo kolejne serie ubrań. Żarłoczne fabryki podobne do tych dawnych, łódzkich działają wprawdzie gdzieś indziej, jednak zasady ich funkcjonowania pozostały takie same.

środa, 23 listopada 2016

Chwila wytchnienia

Po zakończonym dwa tygodnie temu Festiwalu „Nowa Klasyka Europy” w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi miałam okazję trochę odpocząć. Nie odczuwałam wprawdzie fizycznego zmęczenia, które mogłoby wskazywać na ciężką pracę moich mięśni, jednak dopadł mnie syndrom przesycenia teatrem. 


W czasie trwania festiwalu obejrzałam pięć ciężkich spektakli - niektóre mniej, inne bardziej przypadły mi do gustu, ale nie mogę zaprzeczyć, że była do dla mnie wspaniała okazja doświadczenia atmosfery dużego teatralnego wydarzenia i realiów tworzenia tekstów, kiedy gonią terminy ;)


lampy w teatrze, oświetlenie sceniczne, reflektory


Od zakończenia festiwalu minęło już trochę czasu, podczas którego oglądałam inne, mniejsze przedstawienia i działania związane z teatrem. Opowiedziałam Wam już o moich wrażeniach z „Pobytu tolerowanego”, w ostatnią niedzielę z ciężkim sercem musiałam opuścić spektakl w Teatrze Szwalnia-zadziałała siła wyższa. W tak zwanym międzyczasie udało mi się obejrzeć monumentalną „Ziemię obiecaną” w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Spektakl okazał się wspaniały i wart trudności, jakie spotkałam, kiedy starałam się zdobyć na niego zaproszenie. Złośliwość rzeczy martwych oraz niektórych ludzi wciąż potrafi mnie zaskoczyć ;) Szczęśliwie kilka godzin przed przedstawieniem zaproszenie się znalazło i mogłam zadowolona z takiego obrotu sprawy spędzić przyjemny wieczór. W inscenizacji wykorzystywana jest niesamowita dekoracja i interesujące zabiegi techniczne dające na przykład efekt pożaru fabryki (baaaardzo dobre!), aż miło było na nie patrzeć. Recenzja tego tytułu pojawi się wkrótce, wiąże mnie umowa z „Dziennikiem Teatralnym” na prawo „pierwszego publikowania”. Już tłumaczę, cóż to takiego-dostaje zaproszenia na spektakle, które chcę obejrzeć, piszę recenzje, które pozostają moją własnością, lecz prawo ich publikacji ma tylko zleceniodawca („Dziennik Teatralny”) oraz ja na blogu ;) W więcej szczegółów współpracy Was nie wtajemniczam ^^

widownia teatralna, wnętrze teatru


Kolejnym tytułem, który w ciągu ostatnich kilku dni dał mi ogromną satysfakcję był „Demon, który…” mojego ulubionego reżysera-Mariusza Grzegorzka. Obejrzałam to przedstawienie w łódzkim Teatrze Studyjnym (wstyd się przyznać, byłam w nim po raz pierwszy) i jestem zadowolona. Polecam każdemu i gorąco zachęcam, ponieważ bilety do „Studyjnego” są tanie jak barszcz, a poza wymienionym przeze mnie przedstawieniem mają jeszcze kilka innych zbierających pozytywne opinie. Recenzję „Diabła, który…” właśnie skończyłam pisać i idąc za ciosem usiadłam nad tym krótkim postem :)


Listopad dobiega końca, z moich teatralnych planów na ten miesiąc pozostał mi tylko jeszcze jeden do zrealizowania. Jednak ponownie spotykam się z sytuacją, gdzie zdobycie zaproszenia zajmuje więcej czasu niż mogłabym przypuszczać i już powoli godzę się z myślą, że nie dane mi będzie obejrzeć w tym miesiącu „Ksiąg Jakubowych” w warszawskim Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera. 
<Aktualizacja z dnia 27.11. 2016 r. - jak przeczuwałam, nie udało mi się obejrzeć tego przedstawienia :( >

Bez względu na wszystko na grudzień mam już zaplanowane 7 kolejnych spektakli, więc nie mam powodu do narzekań. Nic tylko oglądać i pisać ^^ 


środa, 16 listopada 2016

Pobyt tolerowany

„Gość w dom, Bóg w dom” - każdy zna to porzekadło. Lubimy sądzić, że jesteśmy dobrymi gospodarzami, umiejącymi przyjmować składających nam wizyty, oni zaś zawsze mogą liczyć na pełne serca powitanie w naszych przyjaznych progach… Co za fałsz. 

Niezapowiedziani goście rzadko wzbudzają szczerą radość, zazwyczaj wywołując zgoła odmienne uczucia. Jak naprawdę wygląda kwestia gościnności, którą z takim przekonaniem sobie przypisujemy? Otóż bywa różnie, podobnie jak z naszą wiedzą na temat sytuacji międzynarodowej. To normalne, że skupiamy się na informacjach najbardziej nagłaśnianych przez media, jednak niezwykle szybko o nich zapominamy. Na ogół nie dopuszczamy również do siebie głosów docierających gdzieś z zewnątrz, kanałami innymi niż poprzez mass media. Warto w tym miejscu zapytać, jak dobrze znamy geografię świata?

Czemu o tym piszę i co ma to wspólnego z teatrem? Na pierwszy rzut oka nic, więc jaki sens mają pytania o gościnność? Wątpię, by zadawał je Wam ktoś inny, a warto zastanowić się, co naprawdę oznacza to słowo.

akcja Pobyt tolerowany Teatr Szwalnia Łódź
Zaproszenie na wycieczkę do Czeczenii. Fot. K. Skręt

W łódzkim Teatrze Szwalnia trwa Festiwal szwalnia.DOK, podczas którego organizatorzy skupiają się na zaprezentowaniu publiczności różnorodnych zjawisk z zakresu sztuki dokumentu, non-fiction oraz verbatim. Należy podkreślić w tym miejscu słowo „zjawiska”, gdyż dużą część projektów prezentowanych podczas przeglądu nie jest łatwo jednoznacznie przypisać do jakiegoś rodzaju działań. Podczas ostatniego weekendu doświadczyłam tej niejednoznaczności i dla mnie-teatralnej konserwatystki lubiącej widowiska i spektakle wpisujące się w artystyczną skalę 1:1, było to istotne zdarzenie.

„Pobyt tolerowany” nie był przedstawieniem, dlatego na pytanie znajomych, czy byłam ostatnio w teatrze (zadane mi już po piątym festiwalowym weekendzie), odpowiedziałam „nie”. Przestrzenią, miejscem gry było prywatne mieszkanie, które znajduje się w XIII Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Piotrowiczowej. Dokładnie tak-w sobotni wieczór udałam się do jednego z łódzkich liceów, wśród korytarzy którego kryje się skromny lokal mieszkalny, nie mniej będący czyimś domem. W tym właśnie miejscu niewielka grupa widzów (wśród nich ja) została przyjęta z niezwykłą serdecznością przez Ewę, która poprowadziła całe spotkanie. Byliśmy jej gośćmi: zdjęliśmy buty, żeby nie nabrudzić, na każdego czekały kapcie i gorąca herbata. Sytuacja rodem z większości polskich domów, w których oczekuje się odwiedzin rodziny, przyjaciół. Kiedy już wszyscy uczestnicy rozgrzali się, wygodnie rozsiedli, Ewa pokazała nam przygotowany wcześniej materiał video. Obejrzeliśmy fragmenty przemówienia Władimira Putina odnoszącego się do wojny z Czeczenią, obrazy zbrojnych starć pomiędzy wojskami rosyjskimi oraz czeczeńskimi separatystami, a także zdjęcia rozwijającej się stolicy Czeczenii-Groznego, które wciąż podnosi się z ruin, w jakie przeistoczyły je kolejne wojny.

szwalnia.dok Pobyt tolerowany Łódź
Ewa opowiada o kolejnych członkach rodziny, która zdecydowała się uciec
z ogarniętej wojną Czeczenii. Zdjęcie z archiwum Teatru Szwalnia

Herbata i prywatne mieszkanie nie kojarzą się z teatrem i w tym przypadku wręcz nie powinny. Uczestnicy zgromadzeni w tej małej przestrzeni rozmawiali, uświadamiając sobie nawzajem, jak mało wiedzą o Czeczenii. Dotarło do nich, że ich wiedza to szczątkowe informacje, które całe lata temu usłyszeli w telewizji. Czeczenia każdemu kojarzyła się z wojną, a jak wiadomo-gdzie toczy się konflikt, tam pojawiają się ofiary.

Takimi ofiarami są Luiza i Adam z dziećmi: Khedą, Abdulem, Mediną, Aiszą oraz Eliną. To uchodźcy, którzy pragnąc ocalić życie zdecydowali się opuścić Czeczenię i jako nielegalni imigranci przedostać się do Polski. Przez pewien czas przebywali w ośrodku dla cudzoziemców w Grotnikach. Obecnie pozostają w Polsce na zasadach „tolerowanego pobytu”, jednak nie posiadają statusów uchodźców. Ich los jest niepewny, podobnie jak położenie wielu innych uciekinierów, gości w naszym kraju.

„Pobyt tolerowany” w dużym stopniu opierał się na rozmowach, jakie z Luizą i Adamem mieli okazję przeprowadzić twórcy projektu. Jednak nie tylko. W czasie dyskusji na temat losów tych konkretnych ludzi pojawiły się kolejne pytania poruszające zagadnienia okrucieństwa wojny, strachu, który podpowiada ludziom tylko jedno rozwiązanie-ucieczkę ze swojego własnego kraju. Czy wiemy, jak wygląda procedura, którą przechodzą ludzie czekający na otrzymanie statusu uchodźcy? Jak długo czekają? Na co dokładnie? Większość społeczeństwa nie wie, nie próbuje się dowiedzieć, nie stara się zrozumieć. Obcy są dla nas niepasującymi elementami, kimś odmiennym kogo gościnność nie dotyczy.

Nie chcę moralizować, nawoływać do zmiany poglądów czy analizowania swoich prywatnych opinii. Zdecydowanie nie taki zamysł przyjęłam, gdy rozpoczynałam pisanie tego tekstu. Co więc powiem o „Pobycie tolerowanym”? Jeśli nie był to spektakl, co takiego widziałam, w czym brałam udział?

Pobyt tolerowany Teatr Szwalnia Łódź
Teatr cieni prezentujący okrucieństwo i bezsens wojny.
Zdjęcie z archiwum Teatru Szwalnia

W tym małym mieszkaniu spotkałam obcych sobie ludzi, którzy w przeciwieństwie do widzów z jakimi stykam się w najpopularniejszych łódzkich teatrach, wypili herbatę i zjedli wspólnie posiłek, wyzbywając się przy tym maniery typowej dla publiczności. Uczestnicy siedzieli przy jednym stole, rozmawiając o tym, co według nich jest najistotniejsze w momencie zagrożenia życia? Przywiązanie do kraju i panującym w nim znajomych obyczajów, czy istnienie, które chce się zachować? Bohaterowie „Pobytu tolerowanego” wybrali walkę o życie, które choć toczące się z dala od ich ojczyzny, wciąż trwa i należy mu się szacunek. Zgromadzeni podobnie jak uchodźcy nie znaleźli się w znajomym sobie miejscu. Przebywali w cudzym mieszkaniu, w którym gospodynią była Ewa. To jej postawa wpływała na to, że każdy czuł się w mniejszym bądź większym stopniu swobodnie. Jej narracja przerodziła się w końcu w teatr cieni, zbudowany za pomocą najprostszych środków-papierowych szablonów, brył z tektury, makiet, starych sztućców, kawałków włóczki. Taki teatr okazał się wystarczającym środkiem przekazu, na tyle słusznym, by zgromadzeni w mieszkaniu ludzie nie dostrzegli jednego-że oto zostali wyproszeni. Przestali być gośćmi, ich pobyt w tym miejscu nie był dłużej tolerowany.

„Pobyt tolerowany” nie jest projektem, który można często zobaczyć w Teatrze Szwalnia, ponieważ jak podkreślają pracujący przy nim ludzie, najlepszym miejscem na jego prezentowanie są kameralne mieszkania w kamienicach, a o takie przyjazne miejsca niełatwo. Sceneria prywatnej przestrzeni ukrytej w publicznym liceum sprawdziła się podczas festiwalowego weekendu, dlatego mogę tylko pogratulować osobom, które zdecydowały się spędzić swój czas na tym wydarzeniu. Pogratulować dlatego, że „Pobyt tolerowany” nie był prostym przeżyciem. Był doświadczeniem, które zmusiło do zastanowienia się nad tym, jak w Polsce podchodzi się do tematu uchodźców i jaki jest nasz osobisty stosunek do kwestii uciekinierów, których życie zmusza do porzucenia swoich ojczyzn? 



wtorek, 15 listopada 2016

Battlefield

Kiedy ponad trzydzieści lat temu Peter Brook zaprezentował widzom adaptację indyjskiego eposu, stało się jasne, że inscenizacja „Mahabharaty” zapisze się w historii światowego teatru. Trwające dziewięć godzin przedstawienie zrealizowano na podstawie najdłuższego eposu w dziejach ludzkości, angażując do pracy nad nim artystów z różnych krajów, reprezentujących odmienne kultury i estetyki. Peter Brook udowodnił, że historia zawarta w hinduskim tekście może być przystępna, zaś zawarte w niej przesłanie docenione przez widzów, niezależnie od ich pochodzenia i rasy.


Peter Brook, Battlefield, Lodz, Teatr im. Stefana Jaracza
Fot. Caroline Moreau.
Na zdjęciu Jared McNeill, Carole Karemera, Ery Nzaramba


Po trzydziestu latach reżyser oraz jego współpracowniczka Marie-Hélène Estienne zdecydowali się wrócić do świata tego monumentalnego przedstawienia. Premiera „Battlefield” odbyła się we wrześniu 2015 roku w Paryżu, natomiast w Polsce przedstawienie można było obejrzeć w ramach 4. Edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Klasyki Światowej, którego gospodarzem był łódzki Teatr im. Stefana Jaracza. Spektakl z Théâtre des Bouffes du Nord zamykał obchody festiwalu, niewątpliwie stanowiąc jego najmocniejszy punkt.

Teatr Jaracza, Peter Brook, Battlefield, Nowa Klasyka Europy
Fot. Pascal Victor / ArtComArt 
Na zdjęciu: Sean O’Callaghan, Jared McNeill, Ery Nzaramba, Carole Karemera

Fabuła „Battlefield” stanowiła kontynuację wydarzeń, które zostały ukazane w „Mahabharacie”. Po wielkiej wojnie pomiędzy klanami Pandawów i Kaurawów Judhisztira został obwołany królem, jednak widok milionów poległych w walce wojowników nie pozwalał mu odczuwać triumfu. Dawnemu władcy Dhrytarasztrze przyszło żyć w żałobie po śmierci stu synów, z prześladującym go przeświadczeniem, że to jego niewłaściwe decyzje doprowadziły do tragicznego w skutkach przelewu krwi. Mężczyźni starali się odnaleźć w nowej rzeczywistości i odzyskać spokój ducha.  Odpowiedzi na swoje rozterki odnaleźli w hinduskich podaniach, legendach i mądrościach, z których wiedzę mogła czerpać również zgromadzona na widowni publiczność.

Teatr Jaracza, Lodz, Peter Brook, festiwal
Fot. Caroline Moreau
Na zdjęciu: Jared McNeill, Sean O’Callaghan, Ery Nzaramba, Carole Karemera

Ze wszystkich przedstawień zaprezentowanych w ramach festiwalu, spektakl Petera Brooka i Marie-Hélène Estienne był najbardziej oszczędny w środkach użytych do stworzenia starożytnego świata. Minimalistyczna dekoracja, której elementy wykorzystano na wiele sposobów, barwy kostiumów, głosy czwórki aktorów oraz dźwięki japońskiego bębna wystarczyły przenieść widzów do innego świata. Scenografia nawiązywała swoją estetyką do tej stworzonej ponad trzydzieści lat temu na potrzeby „Mahabharaty”. Na jej tle czwórka aktorów zaprezentowała widzom prawdziwą magię teatru. Z dwóch bambusowych tyczek stworzono szalki wagi, z kawałka materiału nurt rzeki, z barwnych szali-pełznącego robaka. Spektakl Brooka przeciwstawił się współczesnej modzie na korzystanie w teatrze z technologii i kreowania za jej pomocą efektownych, lecz nie zawsze zawierających sensy przekazów. Minimalizm użyty w jego przedstawieniu przypomniał widzom, że do zaistnienia teatru nie potrzeba wielu środków, wystarczą wykonawcy, ich przekaz i obserwujący wszystko widzowie.

Mahabharata, Nowa Klasyka Europy, Peter Brook, Battlefield
Fot. Caroline Moreau
Na zdjęciu: Jared McNeill, Carole Karemera, Ery Nzaramba

W „Battlefield” nie należało doszukiwać się oceny działań bohaterów. Spektakl opisywał świat w takim kształcie, jaki faktycznie ma. Postacie przekonały się, że to nie tylko ludzkie decyzje doprowadzają do niektórych wydarzeń, główną rolę odgrywa Przeznaczenie kierujące losem każdego. W spektaklu nie pytania o dobro i zło były najważniejsze, stanowiły wyłącznie wstęp do najważniejszej kwestii-uświadomienia sobie wagi odpowiedzialności za popełnione czyny.

We współczesnym świecie rzadko stawia się pytania o konsekwencje działań, skupiając się wyłącznie na ich charakterze. Być może właśnie tę kwestię starał się uświadomić widzom Peter Brook. W jego spektaklu pojawiła się dojmująca potrzeba pokoju, tęsknota za stabilizacją, jednak obok niej zaakcentowano istotną myśl: w świecie ludzi pokój nie zostanie osiągnięty. W historię ludzkości wpisany jest ciągły niepokój oraz powtarzająca się groźba zagłady. Mimo tego spektakl nie miał przygnębiającego charakteru, wręcz odwrotnie. Wniósł poczucie spokoju i pogodzenia się z taką, a nie inną koleją rzeczy.

Peter Brook Battlefield Lodz
Fot. Caroline Moreau
Na zdjęciu: Carole Karemera, Sean O’Callaghan, Jared McNeill, Ery Nzaramba

„Battlefield” wyreżyserowane przez Petera Brooka oraz Marie-Hélène Estienne było ostatnim przedstawieniem zaprezentowanym w ramach Festiwalu Nowa Klasyka Europy. Za jego pośrednictwem przypomniano publiczności, jak ważna jest umiejętność rozmowy, wychodzenia naprzeciw nieznanemu, innemu. Peter Brook zrobił ten krok w „Mahabharacie” uświadamiając widzom, że bez względu na to, z jakiej kultury się wywodzą, ludzi łączą problemy oraz potrzeby, które odczuwają. „Battlefield” miało taką samą rolę-narzuciło zgromadzonym na widowni Dużej Sceny konieczność zastanowienia się nad kwestią odpowiedzialności za podjęte decyzje i czyny. Bez względu na to, gdzie przyszło nam żyć, to nie działania definiowane jako „dobre” i „złe” są najważniejsze, lecz radzenie sobie z konsekwencjami, jakie przynoszą.

czwartek, 10 listopada 2016

Cyrano

Stało się! Blisko rok od premiery spektaklu "Cyrano" w łódzkim Teatrze Muzycznym postanowiłam osobiście przekonać się, czy to dzieło zasługuje na pochlebne opinie i nagrody, które zdobywa? 6 listopada pełna wiary wybrałam się do Teatru Muzycznego. Sądziłam, że przez 3 godziny będę cieszyć oko i ucho musicalem... Plan nie został zrealizowany, za to zyskałam materiał do bardzo zjadliwej opinii. 

Choć rozczarowanie tym przedstawieniem lekko łagodził fakt, że mojej osobie towarzyszącej "Cyrano" przypadł do gustu, ostatecznie przelałam na papier (a później na klawiaturę) niezadowolenie z zaprezentowanego mi przedstawienia. Miłego czytania, kiedy tekst trafi do Działu Promocji Teatru Muzycznego w Łodzi, zapewne już więcej nie dostanę od nich zaproszenia (żartuję, nie będzie tak źle...chyba). Recenzja oczywiście ukazała się również na stronie "Dziennika Teatralnego", zaglądajcie tam - przecież nie tylko ja piszę o teatrze ;)

Teatr Muzyczny w Łodzi, spektakl Cyrano
Afisz spektaklu "Cyrano". Materiał Teatru Muzycznego
Za dużo słów, za mało nut


„Cyrano de Bergerac" autorstwa Edmonda Rostanda zdecydowanie nie należy do najpopularniejszych dramatów wystawianych w polskich teatrach, dlatego tym większą ciekawość wzbudził we mnie spektakl zrealizowany przez Teatr Muzyczny w Łodzi, którego autorzy korzystając z tekstu Rostanda stworzyli widowisko muzyczne. Nie mogę się jednak zgodzić z opinią głoszącą, że przedstawienie które obejrzałam to musical. „ Cyrano" jest nietypowym dziełem, którego obecność na deskach Teatru Muzycznego zaskakuje i jeśli jest się fanem musicali, niestety rozczarowuje.

Przedstawienie rozpoczyna się piosenką, jednak widzowie liczący na to, że będą słuchać kolejnych następujących po sobie utworów wypływających z rozwoju fabuły, głęboko się rozczarują. To nie deklamacja tekstu jest przerywnikiem dla ciągu kolejnych piosenek, wręcz odwrotnie. Jak na trwające trzy godziny przedstawienie, jest w nim zdecydowanie za mało songów. Łódzki Teatr Muzyczny najlepiej radzi sobie z realizacją operetek, dysponując dobrymi głosami zatrudnionych śpiewaków, którzy nie do końca odnajdują się w konwencji musicalu. „Cyrano" nie jest pierwszym musicalem, który skłania mnie do takiej refleksji (podobne odczucia wywoływało we mnie przedstawienie „Wonderful Town"). W przypadku „Cyrano" artyści mieli jeszcze bardziej utrudnione zadanie, ponieważ przyszło im się zmierzyć ze spektaklem dramatycznym, w którym to tekst mówiony był najważniejszy i wnosił najwięcej do rozwoju akcji scenicznej. Starali się sprostać zadaniu, jednak tylko wygłaszali swoje teksty, bez akcentowania niuansów, gry słów, czy próby nadania swoim postaciom charakterystycznych cech.

Teatr Muzyczny w Łodzi spektakl "Cyrano"
Paweł Erdman jako Cyrano de Bergerac. Zdjęcie z archiwum Teatru

Cyrano to zawadiaka posługujący się słowami równie zręcznie, co szpadą. Gdyby nie jego szpetota (i przekonanie, że w zalotach najistotniejszą rolę gra uroda), mógłby cieszyć się zainteresowaniem płci pięknej. Jednak w spektaklu zaprezentowano sytuację miłosnego wielokąta, który wręcz prosił się o tragiczny finał. Tytułowy bohater jest zakochany (jak można zgadnąć nieszczęśliwie) w uroczej Roksanie, dziewczyna zaś wzdycha do posiadającego przymioty fizyczne Christiana. Niestety chłopak poza urodą nie dysponuje istotnymi zaletami, choćby takich jak elokwencja, niezbędnymi do kontaktów z kobietami. Cyrano w przypływie dobroci (bądź skłonności do autodestrukcji) pomaga mu utwierdzić Roksanę w przekonaniu, że jej ukochany jest urodzonym erudytą, a „Poeta" to jego drugie imię, czym doprowadza do ich ślubu. Oczywiście jak łatwo się domyślić negatywny charakter – w tym przypadku zazdrosny Hrabia de Guiche – doprowadza do tragicznego zwrotu akcji. Ile razy spotkaliśmy się w teatrze z takim, bądź podobnym schematem? Można się tylko zastanawiać, jaki jest sens w jego powielaniu? W tym spektaklu widzowie nie znajdą odpowiedzi.


Musical "Cyrano" Łódź
Scena zbiorowa. Zdjęcie z archiwum Teatru

Jakub Szydłowski zaserwował widzom bardzo dosłowną opowieść. Nie zdecydował się na podjęcie gry z konwencją teatralną, choć wielokrotnie fabuła dawała ku temu możliwość. Nie skorzystał z potencjału sceny „teatru w teatrze" rozpoczynającej musical, nie oparł na niej swojego spektaklu. Widzom kazano uwierzyć, że Roksana w „scenie balkonowej" nie słyszała głosu Cyrano podpowiadającego tekst miłosnego wyznania Christianowi, zaś Hrabia de Guiche nie rozpoznał go pod zasłaniającym twarz kapeluszem. Właśnie takie absurdy powinny bawić widzów, w musicalu jest na nie miejsce, jednak kiedy przedstawia się je w skali 1:1, działają odwrotnie, nudząc zgromadzoną widownię. W przeciwieństwie do Edmonda Rostanda, twórcy „Cyrano" nie zabawili się teatralnymi szablonami.

Scena ze spektaklu "Cyrano" Teatr Muzyczny w Łodzi
"Gaskończycy". Zdjęcie z archiwum Teatru

Choć zdecydowanie powinni, ponieważ najlepszą sceną tego spektaklu był moment bazujący na żarcie i ironii, rozgrywający się w kuchni oberży Paszteta. Jest przyjemna, lekka, wprowadza widzów w dobry nastrój, który marnieje w chwili, gdy piosenka dobiega końca. Najbardziej rażącą sceną, odstającą od fabuły przedstawienia, jak doklejony siłą kawałek, jest pokaz umiejętności tancerek teatru, niefortunnie ubranych w zakonne habity. To moment rozpoczynający III akt, rozgrywający się w klasztorze. Patrząc na ten popis tańca w jesiennych liściach zadawałam sobie pytanie, czy nie dało się inaczej zaakcentować charakteru miejsca, w którym przebywa Roksana? To ma być przejaw reżyserskiej wizji? Gdyby ktoś był spragniony widoku tańczących i śpiewających mniszek, w poznańskim Teatrze Muzycznym można obejrzeć musical „Zakonnica w przebraniu", w łódzkim „Cyrano" taki widok był zbędny.

Przedstawienie "Cyrano" Łódź
Scena w oberży Paszteta. Materiał Teatru Muzycznego w Łodzi

Spektakl otrzymał Teatralną Nagrodę Muzyczną im. Jana Kiepury w kategorii „najlepszy spektakl sezonu 2015/2016". Z jednej strony można być dumnym z osiągnięcia łódzkiego teatru, z drugiej zaś bić się z natrętną myślą, ze przecież to nie muzyka i piosenki stanowiły w tym przedstawieniu kluczową rolę.

Bitwa pod Arras w musicalu "Cyrano" Teatr Muzyczny w Łodzi
Na chwilę przed bitwą pod Arras. Zdjęcie z archiwum Teatru Muzycznego

 Scenografia stworzona na potrzeby „Cyrano" prezentuje się na przyzwoitym poziomie, kostiumy są wspaniałe, artyści włożyli w swoje role dużo pracy, jednak to wszystko okazuje się być niewystarczające. Nie uznaję tego przedstawienia za musical. Jest tylko widowiskiem, w którym piosenki stanowią przerywnik dla akcji scenicznej. Wielbiciele musicali po obejrzeniu „Cyrano" będą zawiedzeni, zaś widzowie, którzy zdecydują się go obejrzeć z nadzieją na interesującą rozrywkę, już w czasie I aktu poczują się znudzeni.

środa, 9 listopada 2016

What if they went to Moscow?

Kolejny tekst o spektaklu, jaki obejrzałam w ramach Festiwalu "Nowa Klasyka Europy". Przedostatni z prezentowanych tytułów, wydał mi się najsłabszą z propozycji. Recenzja powstała dla "Dziennika Teatralnego", ostatnio teksty o "Jaraczu" bardzo mnie męczą i cieszę się, że na jakiś czas odpocznę od tego teatru ;)

Irina i jej siostry

Po raz kolejny widzowie, odwiedzający Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi mieli okazję do przekonania się, jak klasyczny tekst zaliczany do europejskiego kanonu może funkcjonować na scenie w odświeżonej formule. Companhia Vértice w ramach 4. Edycji Festiwalu „Nowa Klasyka Europy” zaprezentowała widzom adaptację dramatu „Trzy siostry” Antoniego Czechowa. Akcję spektaklu „What if they went to Moscow” osadzono w realiach współczesnej Brazylii, wykorzystując tylko niektóre wątki zawarte w tekście, dostosowując je do współczesnej formuły inscenizacji.

What if they went to Moscow Lodz Poland Companhia Vértice
Od lewej: Olga, Irina, Maria. Fot. Aline Macedo


Akcja spektaklu rozgrywała się na dwóch płaszczyznach – na deskach sceny teatru oraz na kinowym ekranie, jaki przygotowano na Małej Scenie „Jaracza”. Zachowanie postaci obserwowały kamery, obrazy rejestrowane w czasie rzeczywistym prezentowano na ekranie. Publiczność podzielono na dwie grupy: pierwsza patrzyła na grę aktorów bezpośrednio na scenie, druga zgromadzona na widowni Małej Sceny oglądała nagranie spektaklu. Po przerwie grupy zmieniły zajmowane dotąd przestrzenie. Zespół odegrał przedstawienie ponownie, jednak widzowie przekonali się, że wydarzenia obserwowane na scenie nie są tymi samymi, które zostały zaprezentowane w filmie. Spektakl oraz film miały się wzajemnie uzupełniać, pozwalając dostrzec pełnię przedstawianej historii. Jednak części wydarzeń można było się domyślić i kiedy niektórzy widzowie uświadomili sobie, że ich przemyślenia są poprawne, opuścili widownię. Pomysł wykorzystany przez Christiane Jatahy był interesujący, czy jednak wniósł świeżość do „Trzech sióstr”?

Nowa Klasyka Europy What if they went to Moscow Lodz Companhia Vértice
Scena zbiorowa. Fot. Milena Abreu
Treść dramatu Czechowa wypełnia wszechobecna nuda, melancholia, poczucie stagnacji. Zostało to oddane w inscenizacji Companhia Vértice. Choć widzowie byli świadkami przyjęcia rozgrywającego się w rodzinnym gronie, nikt ze zgromadzonych nie był szczęśliwy. Charaktery głównych bohaterek w dużym stopniu pokrywały się z nadanymi im przez dramatopisarza portretami. Uzupełniono je i uwspółcześniono, tworząc pełnokrwiste postacie.

Najstarsza z sióstr – Olga nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem. Dbała o swoje rodzeństwo, matkując mu. Udawała zadowoloną ze swojego życia, jednak w momencie kryzysu przyznała, że pragnęła mieć własną rodzinę, co nie było jej dane. Miała kompleksy, czuła się nieatrakcyjna, co w jej oczach potwierdzał brak zainteresowania ze strony robotników, którzy nie zwracali na nią uwagi, gdy przechodziła obok nich na ulicy. Odczuwała upływający czas, choć przyznała się do tego tylko raz – przed Marią.

Maria nie była zadowolona ze swojego małżeństwa, dobitnie stwierdziła, że gdyby mogła cofnąć czas nie zdecydowałaby się na nie. Ją również gnębiły myśli o starości i zaprzepaszczonych szansach. Okazją do wprowadzenia zmian i cofnięcia czasu wydała się kobiecie obecność Aleksandra Wierszynina, który został jej przelotnym kochankiem. Mężczyzna nie chciał jednak kontynuować znajomości, pozostawił Marię w poczuciu osamotnienia i beznadziei.

Najmłodsza z sióstr i wciąż traktowana jak dziecko Irina, tkwiła w bezczynności. Dwudziestolatka rozmyślała nad swoim życiem, które wydawało jej się jałowe. Nie pracowała, w najdrobniejszych czynnościach wyręczała ją Olga. W trakcie rozwoju akcji scenicznej wyszło na jaw, że dziewczyna okaleczała się, być może z powodu tęsknoty za ojcem. Jej powiernikiem, a jednocześnie motorem do zadawania sobie bólu był tajemniczy chłopak – Solony, który wzbudzał w niej lęk i fascynację.

Christiane Jatahy festival New Classic of Europe Poland Lodz Companhia Vértice
Od lewej: Maria, Irina, Olga. Fot. Milena Abreu
Czas trwania akcji zredukowano do jednego dnia, w trakcie którego bohaterowie świętowali urodziny Iriny, przeżywając własne dramaty. Pragnienie wyjazdu do Moskwy, stanowiące tak istotny aspekt w tekście Antoniego Czechowa, zostało zredukowane w inscenizacji do jednej rozmowy. Irina swoją podróż po świecie pragnęła rozpocząć właśnie od tego miasta. Olgę i Marię zaskoczył jej wybór, dziewczyna umotywowała go swoimi zainteresowaniami i poglądami politycznymi. W spektaklu nie zostało jasno powiedziane, że kobiety mieszkały bądź były uczuciowo związane z Moskwą.

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, Nowa Klasyka Europy 4 edycja festiwal
Scena zbiorowa. Fot. Aline Macedo
Siostry w adaptacji dramatu nie marzyły o wyjeździe, pragnęły rozpocząć życie od nowa, prawdziwie. Pytały o możliwość zwrotu, który mógłby dać im szczęście. Jednocześnie były świadome, że „zmienić się - to trochę umrzeć”, zaś samo pragnienie to za mało. Irina miała wrażenie, że podróż którą planowała może przynieść jej upragnione wyzwolenie, umożliwiając rozpoczęcie życia według tworzonych przez nią zasad. Niestety starania każdej z kobiet, mające doprowadzić do odmiany losu, nie przyniosły oczekiwanych efektów. Olga, zapraszając na przyjęcie Aleksandra wierzyła, że będzie jej dane choć przez chwilę zaznać szczęścia i męskiej uwagi. Nie sądziła, że ułatwi Marii zdradzenie męża, ta zaś liczyła, że namiętny związek z Aleksandrem może być dla niej ratunkiem i odskocznią. Irina, przeciwstawiając się Solony’emu nie przewidziała, że gra w rosyjską ruletkę zakończy się śmiercią chłopaka.

Christiane Jatahy performance Lodz Poland New Classic of Europe Companhia Vértice
Olga i Maria. Fot. Aline Macedo
Śmierć-podobnie jak w dramacie-pozostała klamrą spinającą akcję również w inscenizacji. Zgon ojca bohaterek przypomniany na początku przedstawienia oraz późniejsza śmierć Solony’ego zdawały się stanowić punkty zwrotne w życiu każdej z sióstr. Rok po śmierci ukochanego ojca prześladowały je myśli o tym, jak bardzo są nieszczęśliwe. Kto wie-może kolejne urodziny Iriny odbyłyby się w zupełnie innym klimacie, związanym ze wspomnieniami o znajomości z Solonym?

Obie części spektaklu powinny się uzupełniać. Nie do końca tak było. Uważam, że wydarzenia zaprezentowane na scenie całkowicie wystarczyły, by zrozumieć historię trzech sióstr i przeżywane przez nich rozterki. Momenty rozgrywające się poza oczami widzów (na przykład rozmowa Olgi i Marii) nie wniosły nic, czego nie można było odczytać z zachowania postaci zaprezentowanego widzom, ponowne oglądanie wydarzeń na ekranie nie przyniosło odpowiedzi na nasuwające się pytania. Czy prześladujące Olgę koszmary miały związek z jej poczuciem samotności? Czy Solony faktycznie zginął? Co stało się z Marią po tym, jak wykrzyczała mężowi, że nie chce już z nim być?


Film nie dał odpowiedzi. Same bohaterki też nie umiały ich udzielić. Znajdując się na granicy pomiędzy życiem a śmiercią, realnością a snem, kobiety wpadły w pułapkę mijającego czasu, który przeciekał im bezgłośnie przez palce, one zaś nie były w stanie zrobić nic, by ten proces zatrzymać.
What if they went to Moscow performance Teatr Jaracza
Maria podczas rozmowy z Aleksandrem. Fot. Caique Bouzas
W spektaklu wykorzystano scenografię przywodzącą na myśl elementy używane na planie filmowym. Ruchome ściany tworzące wnętrza domu bohaterek, wykorzystywane przez nie przedmioty i sprzęty pozwoliły zbudować iluzję kilku różnych miejsc. Najmniej efektownie prezentował się basen, którego rolę pełnił szklany zbiornik oraz ogród symbolicznie zaakcentowany przy pomocy fragmentu sztucznego żywopłotu. Sceny rozgrywające się w tych miejscach dobrze ukazano na nagraniu, jednak moment ich powstawania na scenie nie był pasjonujący.

„Trzy siostry” Czechowa sprawdziły się jako materiał na sztukę, której akcję można osadzić we współczesnym świecie. Fabuła dramatu, w kształcie zaprezentowanym przez Companhia Vértice, mogłaby dziać się w wielu miejscach na Ziemi, nie umniejszyłoby to znaczenia przekazu całego spektaklu. Ten zaś pozostał zgodny z problematyką opisaną przez autora dramatu – pragnienie zmiany nie wystarczy, by jej dokonać. Nie pomogą w  tym słowa. Oczekując zwrotu w życiu, należy wykonać ruch ku nowemu. Bohaterki pragnęły poczucia świeżości w realiach, które je otaczały, jednak nie dążyły silnie w kierunku przemian. Ich decyzje nie były radykalne, stanowiły półśrodki, które okazały się nietrafione. Atmosferę spektaklu „What if they went to Moscow” wyznaczał smutek i melancholia, który równie silnie wpływał na życie bohaterek ukazanych w przedstawieniu.