czwartek, 27 października 2016

Cabaret

Od dłuższego czasu "chodził" za mną musical. Wielka księżna Gerolstein była wspaniale zrealizowanym spektaklem, jednak operetka nie zaspokoiła mojej potrzeby obejrzenia dobrego przedstawienia muzycznego. Dlatego 22 października wybrałam się do Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy na klasykę gatunku, czyli Cabaret. 

Poniżej recenzja, tradycyjnie znajduje się również na wortalu "Dziennik Teatralny", pod wpisem zamieściłam link do publikacji ;)

Krzysztof Szczepaniak Emce Cabaret Teatr Dramatyczny Warszawa
Krzysztof Szczepaniak jako Mistrz Ceremonii.
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska


Iluzja życia i miłości

Cabaret to musicalowy przebój. Każdy ceniący się teatr muzyczny miał lub ma w swoim repertuarze ten spektakl. Realizacja, którą obejrzałam, nie powstała jednak w instytucji kultury specjalizującej się w inscenizowaniu widowisk muzycznych, lecz w Teatrze Dramatycznym m.st. Warszawy. Nie wszystko w przedstawieniu wyreżyserowanym przez Ewelinę Pietrowiak wzbudziło mój zachwyt, pozostawiając mnie z poczuciem pewnego niedosytu.

Na scenie stworzono skąpany w szarościach Berlin. Barwy miasta były zimne, połyskiwały metalicznym blaskiem, tworzyły aurę tajemniczości, nie starały się złagodzić chłodnego charakteru miejsca akcji musicalu. Metropolia była zachwycająca, choć wydawała się trwać zawieszona gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a snem. Kontrastem dla epizodów rozgrywających się na ulicach czy na dworcu, były sceny dziejące się we wnętrzach tytułowego Kabaretu Kit Kat. W tym miejscu również wszystko lśniło, jednak odmiennymi barwami, elektryzując widzów czerwienią, hipnotyzując fioletem. To miejsce było iluzją stworzoną ku uciesze gości, którzy wchodząc do jego wnętrza mieli zapomnieć o codziennym życiu. Choć stroje dziewcząt występujących na scenie pamiętały lepsze czasy, a pod ich uśmiechami ukrywało się zmęczenie, ułuda zabawy była w stanie zatuszować wszystko.

Klub Kit Kat Sally Bowles Teatr Dramatyczny musical spektakl
Anna Gorajska jako Sally Bowles - Fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

Zadanie przyciągania widzów należało do Mistrza Ceremonii. Wcielający się w tę postać Krzysztof Szczepaniak był intrygujący, tajemniczy, perwersyjny, tworząc najbardziej fascynujący charakterem w tym musicalu. Jak trickster łamał przyjęte zasady, wyśmiewał autorytety. Mistrz Ceremonii zdawał się być zwiastunem nadciągających zmian, czujnym obserwatorem, który dostosowywał się do realiów świata, jaki go otaczał. Tylko w ten sposób mógł utrzymać się na powierzchni, zapewnić powodzenie swojemu kabaretowi. Najłatwiej dało się to zaobserwować w scenie przyjęcia zaręczynowego Fräulein Schneider, kiedy przyłączył się do chóru śpiewającego „Jutro należy do mnie”. Nie był pozbawiony refleksji, zdawał sobie sprawę z tego, że szerzące się nacjonalistyczne poglądy nie doprowadzą do niczego dobrego, jednak występował dla takich gości, jakich sprowadzał mu los, bez względu na ich poglądy polityczne.

Jednak to nie Mistrz Ceremonii był głównym bohaterem tego musicalu. Byli nimi Sally Bowles (w tej roli Anna Gorajska) oraz Cliff Bradshaw (w jego postać wcielił się Mateusz Weber). Ona marzyła o statusie wielkiej gwiazdy kabaretu, on o literackim sukcesie. Oboje byli skłonnymi do fantazjowania ludźmi, których ideały i plany w tragiczny sposób zweryfikowało życie.


Anna Gorajska Teatr Dramatyczny musical spektakl muzyczny Cabaret
Scena zbiorowa - Fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

Anna Gorajska bardzo dobrze wypadła jako Sally. Była kusząca na scenie Kabaretu Kit Kat, który zdawał się jej domem. Stworzona przez nią postać nie potrafiła jednak odnaleźć się w realiach codziennego życia, jakie oferował jej Cliff. Choć dziewczyna kochała go, wybrała powrót do kabaretu. Pewnie nie tylko po to, aby być w nim oklaskiwaną i uwielbianą, lecz również by potwierdzić przed samą sobą, że faktycznie była tak zła i zepsuta, za jaką się uważała. Sally ubrana w białą delikatną sukienkę wyglądała pięknie, jednak jej drugą skórę stanowił kabaretowy, wyzywający kostium.

Cliff Bradshaw był dobrym człowiek, obieżyświatem, wierzącym w kulturę humanistą. Pod wpływem Sally ze spiętego, trochę nieśmiałego marzyciela przeistoczył się w pewnego siebie i swoich decyzji mężczyznę. Przestał nosić zapięte pod szyję koszule, szelki i swetry stanowiące wcześniej jego uniform. Chciał stać się głową rodziny, wziąć odpowiedzialność za dziecko, którego mógł być ojcem, opiekować się ukochaną kobietą. Kiedy dziewczyna odebrała mu tę możliwość, Cliff przestał walczyć. Podjął racjonalną decyzję o wyjeździe z Berlina, postępując zgodnie z głosem rozsądku.

Związek Sally i Cliffa zestawiono z relacją Fräulein Schneider i Herr Rudolfa Schultza, którzy w przeuroczy sposób zbliżali się do siebie. Ich wątek jest najsmutniejszym motywem tego musicalu. Miłość nie mogła się spełnić, ponieważ Schultz był Żydem, zaś  Fräulein Schneider w obliczu narastającego terroru obawiała się, że przyjęcie postawy w opozycji do sympatyków NSDAP może zakończyć się tragicznie dla jej interesów. Przyzwyczajona do dbania o siebie i do walki o przetrwanie, zdecydowała, że wybiera dalszą samotność w poczuciu względnego bezpieczeństwa.

musical Cabaret Warszawa
Agnieszka Wosińska i Tomasz Budyta - Fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska
Niektóre elementy oprawy plastycznej musicalu mnie rozczarowały. Zawiodłam się na kostiumach przygotowanych dla zespołu Kabaretu Kit Kat. Dla tancerek stworzono bardzo zachowawcze, zahaczające o stereotypowość kreacje. Czy doprawdy tylko spodenki, pasy od pończoch, gorsety  mogły zaakcentować charakter tego lokalu? Nie dało się wykorzystać innych projektów? Natomiast bardzo przypadły mi do gustu stroje noszone przez Fräulein Schneider, Cliffa, czy Herr Rudolfa Schultza, stanowiły solidną podstawę dla charakteru tych postaci.

Kolejny zarzut przychodzi mi na myśl, gdy przypominam sobie część choreografii opracowanej przez Artura Żymełkę. Przecież ten utalentowany twórca ma na swoim koncie o wiele lepsze układy taneczne. Jestem świadoma faktu, że zespół artystyczny zaangażowany do obsady tego musicalu to nie profesjonalni tancerze baletowi, jednak prezentowany przez nich taniec nie powalał na kolana. Każdy widz znający filmową wersję Cabaretu, mógł spodziewać się kliszy, bądź całkowitego odejścia od utrwalonej przez produkcję filmową obrazu kabaretu. Publiczność oglądająca inscenizację w Teatrze Dramatycznym dostała sceniczny „miszmasz”: na tle interesującej scenografii zaprezentowano im słabe sceny powielające schematy znane z filmowej wersji musicalu, w dodatku szyte wyjątkowo grubymi nićmi.

Scenografia użyta w spektaklu składała się z piętrowej platformy, na której szczycie ulokowano orkiestrę, zaś przestrzeń parteru stanowiła element wnętrza kabaretu, a także tło dla scen rozgrywających się w mieszkaniu Fräulein Schneider. Na scenie znalazły się również świetliste framugi drzwiowe, które sprawdzały się zarówno w epizodach mających miejsce w środku domu, jak i w kabarecie. Nad sceną, pod kątem, zawieszono lustro, w którym odbijały się sylwetki artystów występujących w Kit Kat. Jednak jego prawdziwe przeznaczenie zaprezentowano w czasie piosenki „Jutro należy do mnie”, gdy w jego tafli ukazały się odbicia zgromadzonych na widowni widzów, którzy jak goście przedwojennego, niemieckiego kabaretu, zdają się żyć w czasach niepewności, pod władzą wykrzykujących nacjonalistyczne hasła polityków.

Jutro należy do mnie musical Cabaret Tomorow belongs to me Warszawa Teatr Dramatyczny
"Jutro należy do mnie" - Fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

Bardzo dobrze brzmiało tłumaczenie libretta oraz teksty piosenek. Udało się zachować charakter musicalu, umiejętnie ukazując sedno fabuły – bez przesadnego patosu, jednak z wykorzystaniem elegancji języka. Takie wyczucie staje się coraz rzadsze w musicalach, dlatego tym większą przyjemność dawało słuchanie wykonywanych przez bohaterów piosenek.


Cabaret prezentowany w warszawskim Teatrze Dramatycznym jest dobrą inscenizacją, w której zastosowano szereg przyjemnych dla oka i ucha chwytów. Zapewne wyobrażenia sporej część widzów na temat charakteru kabaretów działających w przedwojennym Berlinie, zostały umocnione. Mnie jednak w pewnym momencie prezentowana bardzo dosłownie perwersyjność zespołu Kabaretu Kit Kat zaczęła nużyć. Było w tym za mało finezji, niewiele fantazji, za dużo schematów. Chciałabym zobaczyć inscenizację Cabaretu zrywającą ze stereotypowym myśleniem o tym, jak ukazać charakter miejsca, dla którego Sally Bowles poświęciła miłość? Niestety w tej inscenizacji było za dużo wytartych i bezpiecznych rozwiązań.

Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy musical Cabaret spektakl
"Dwie Panie" - Fot. Katarzyna Chmura - Cegiełkowska

Bezpośredni link do publikacji na stronie "Dziennika Teatralnego": 
http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/iluzja-zycia-i-milosci.html


poniedziałek, 24 października 2016

Hamlet

Dzięki 4.Edycji Festiwalu "Nowa Klasyka Europy", który odbywa się w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, mam okazję oglądać bardzo dobre, lecz trudne do zrecenzowania spektakle. Kiedy w zeszłym tygodniu pisałam tekst o przedstawieniu Czekając na Godota nie byłam pewna, czy wyciągnięte przeze mnie wnioski są poprawne? 

Podobne odczucie towarzyszyło mi podczas oglądania spektaklu Hamlet zaprezentowanego na festiwalu przez chorwacki zespół Zagreb Youth Theatre. Prześladowała mnie myśl, że być może podjęłam się uczestnictwa w festiwalu za wcześnie. Spotykam na nim starszych, cenionych recenzentów, kilkoro z nich to moi dawni wykładowcy i poza szacunkiem do nich, odczuwałam również niepewność. Do wczoraj.

Kiedy przygotowałam notatki, luźne przemyślenia o Hamlecie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę zastanawiać się, czy moja recenzja będzie właściwa/niewłaściwa, a wnioski poprawne. Dotarło do mnie, że źle podchodzę do tekstów, które mam tworzyć. Nie powinnam zastanawiać się, czy punkt widzenia, który przyjmę po obejrzeniu danego tytułu będzie taki sam, jak optyka reprezentowana przez innego recenzenta. Przecież to moja recenzja, moje zdanie i opinia względem obejrzanego przedstawienia! Po uświadomieniu sobie tego, przystąpiłam do pisania recenzji Hamleta. Tekst ukazał się bardzo szybko, przesłałam go do redakcji wczoraj wieczorem, nie minęło 12 godzin i już jest dostępny :) Publikuję również "u siebie", miłego czytania!


Zagreb Youth Theatre New Classic of Europe 2016 Poland Lodz
Hamlet fot. Mara Bratoš

Wataha na duńskim dworze

Hamlet - jedno z najsłynniejszych dzieł Williama Shakespeare'a zapisało się na stałe w dorobku światowego teatru. Dla wielu pozostaje niedościgłym ideałem sztuki dramaturgicznej, przez innych tekst uznawany jest za grafomanię. Ilu krytyków, tyle opinii. Jednak nikt nie wątpi w to, że zmierzenie się z tym dramatem wymaga pomysłu na jego realizację. Hamlet zdaje się być dziełem, na temat którego wszystko zostało już powiedziane.
Jednak zespół Zagreb Youth Theatre swoją inscenizacją udowodnił, że dramat w dalszym ciągu może być historią, którą da się odczytać na nowo, bez potrzeby powielania utartych schematów. Przekonali się o tym widzowie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, w którym w ramach 4. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Klasyki Światowej można było obejrzeć przedstawienie chorwackiej grupy.

Spektakl zaprezentowano na Dużej Scenie Teatru Jaracza, jednak jej przestrzeń dostosowano do potrzeb inscenizacji. Widzów zasiadających na widowni obserwowali aktorzy, siedzący już przy stole ustawionym w centralnym punkcie przestrzeni gry. Widownia otaczała scenę z czterech stron. Na dwóch ścianach umieszczono ekrany, na których wyświetlano polskie tłumaczenie tekstu dramatu (aktorzy grali w języku chorwackim). Aktorzy siedzieli przy stole, przed każdym z nich znajdował się talerz, sztućce, szklanka z wodą. 

Bohaterowie spożywali posiłek, który miał podwójne znaczenie. Zmarł stary król Hamlet, jego brat Klaudiusz pojął za żonę owdowiałą królową Gertrudę. Zgromadzeni mogli więc czcić pamięć zmarłego władcy, bądź tym przyjęciem świętować zaślubiny królewskiej pary. Druga opcja wydała się bardziej prawdopodobna, zwłaszcza w momencie dworskiego rozpasania, ukoronowanego bałkańską muzyką i tańcem na stole. Rozluźnienie obyczajów na dworze przerwało pojawienie się księcia Hamleta, który na wieść o nagłym zgonie ojca, zrozpaczony wrócił na dwór.

Zagreb Youth Theatre Hamlet New Classic of Europe 2016 Lodz Poland
Hamlet fot. Mara Bratoš

Hamlet w spektaklu Zagreb Youth Theatre pozostał targanym emocjami człowiekiem. William Shakespeare tworząc tę postać wpisał w jej charakter dwoistość – widzowie mają zadawać sobie pytanie, czy książę tylko udaje szaleństwo, a może faktycznie śmierć ojca wstrząsnęła nim do tego stopnia, że postradał zmysły? W spektaklu chorwackiej grupy pytanie to pozostało aktualne i otwarte. Wcielający się w tę postać Krešimir Mikić od pierwszych scen akcentował postawę odizolowania się od ludzi przyjętą przez Hamleta. Początkowa złość na matkę oraz stryja za brak poszanowania pamięci o zmarłym ojcu, zmieniła się w objawy szaleństwa i jawnej pogardy dla otaczających księcia ludzi. Hamlet nie był posłuszny woli nawiedzającej go zjawy. Jego relacje z matką stawały coraz bardziej napięte, podszyte agresją zarówno psychiczną jak i fizyczną, choć według słów ducha miał się nie mścić na Gertrudzie.

W podobny sposób układały się stosunki Hamleta i Ofelii, której delikatność nie była w stanie przynieść księciu ukojenia. Zamiast oczekiwanej miłości dziewczyna otrzymała od Hamleta kolejne oznaki lekceważenia i awersji. Być może zmiana nastawienia księcia do dziewczyny wynikała z utraty wiary w kobiecą wierność, w szlachetność uczuć, których nie widział na duńskim dworze. Z każdej strony mężczyznę osaczały kłamstwa, zdrada, czyhający na jego błędy wrogowie.

Hamlet New Classic of Europe 2016 Zagreb Youth Theatre
Hamlet fot. Mara Bratoš

Oliver Frljić skupił się w swojej inscenizacji dramatu Szekspira na aspekcie zbiorowej odpowiedzialności za zbrodnię. Stary król Hamlet doszedł do władzy za pomocą przemocy, przelewając krew. Jego panowanie nie usytuowało Danii w pozycji mocarstwa, obserwowanie jego rządów mogło być jednym z powodów, dla których Klaudiusz zdecydował się przejąć władzę w państwie. Brutalnie przerwane życie króla dziejową klamrą objęło państwo. Układy panujące na duńskim dworze kojarzyły mi się z relacjami występującymi w mafii, bądź – aby nie pozostać zbyt dosadną – z układami występującymi w zarządach prywatnych firm. Członkowie dworu królewskiego, niczym przedstawiciele „ organizacji" stanowili mozaikę składającą się z rodziny oraz przyjaciół. Byli sprzymierzeńcami, do czasu aż jeden z nich zaczął stanowić śmiertelne zagrożenie. Klaudiusz starał się traktować Hamleta jak sojusznika, roztaczając przed nim wspaniałe wizje ich pokojowej współegzystencji, zapewniając go o głębokim przywiązaniu. Robili to również pozostali dworzanie. Z każdym kolejnym słowem skierowanym przeciwko Klaudiuszowi, podważającym naturalną śmierć poprzedniego króla, nienawiść do Hamleta wzrastała. Książę wiedział za dużo, zaczął stanowić zagrożenie i choć był jednym z członków rodziny królewskiej, należało zmusić go do milczenia. Do takiego wniosku dochodzą kolejne postacie, począwszy od Klaudiusza, poprzez Poloniusza, Laertesa... 
Hamlet stanowił zagrożenie na kilku poziomach, dlatego nawet jego kompanii zdecydowali się dołączyć do planu wyeliminowania księcia. Wszystko miało zostać rozwiązane w zaufanym gronie, tak by żadna decyzja nie dotarła do ludzi spoza watahy tworzonej przez bohaterów.

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi Międzynarodowy Festiwal Teatralny 2016 Hamlet
Hamlet fot. Mara Bratoš
Niewinną ofiarą porachunków i kłamstw stała się Ofelia (zarówno w tę postać, jak i w rolę królowej Gertrudy wcielała się Nina Violić). Dziewczyna starała się słuchać ostrzeżeń Laertesa, jednak ciągle miała w pamięci czułe wyznania miłosne, jakimi obdarowywał ją książę. Jego brutalność, zarówno w słowach, jak i w gestach stała się dla niej nie do zniesienia. Zabójstwo ojca oraz myśl, że została odtrącona przez jego mordercę, okazały się być ciosem dla kruchej dziewczyny. Hamlet mimowolnie stał się jej katem, na scenie Teatru Jaracza dziewczyna zginęła z jego ręki. Jej śmierć spowodowała, że Hamlet miał na swoim sumieniu dwa istnienia, przemieniając się w jednostkę o destrukcyjnej sile, którą należało jak najszybciej wyeliminować.

New Classic of Europe 2016 festival Poland Lodz Oliver Frljić
Hamlet fot. Mara Bratoš

Myśli o tym, że widzowie zebrani na przedstawieniu obserwowali mafijne, polityczne, firmowe porachunki podsycały we mnie kostiumy, w jakich występowali aktorzy. Były to współczesne garnitury, marynarki, koszule – białe, grafitowe, w przypadku Niny Violić była to kremowa suknia. Stroje nadające się zarówno na pogrzeb, wesele, oficjalne przyjęcie czy spotkanie członków zarządu firmy, nad przyszłością której trzeba podyskutować w zaufanym gronie, wykluczając z niego element zapalny, buntownika – w tym przypadku księcia Hamleta.

Aktorzy na oczach widzów jedli w tym przedstawieniu mięso. Bohaterowie spożywali pozostałości po istocie, która do niedawna odczuwała i żyła. Pozbawiono ją życia, stała się elementem dworskiej kolacji, stanowiąc pożywkę dla silniejszych od siebie. Podobny los spotkał starego króla Hamleta – pozbawiono go życia, jego zgon pozwolił Klaudiuszowi na objęcie władzy, umocnił go. Zwłoki starego króla stały się pomostem dla politycznych ambicji nowego władcy. Krew zabitego księcia Hamleta została potwierdzeniem siły, jak insygnia dumnie noszona na rękach uczestniczący w spisku ludzi. Dla Horacego śmierć Hamleta stanowiła kres walki, mężczyzna pogodził się z obrotem sprawy, odszedł pogodzony z samym sobą, jakby przyjmując za pewnik, że nic więcej nie mógł zrobić, aby pomóc księciu oraz dobru Danii.

4 edycja Festiwalu Nowa Klasyka Europy w Łodzi Teatr im. Stefana Jaracza spektakl Hamlet Oliver Frljić
Hamlet fot. Mara Bratoš

W spektaklu zastosowano minimalistyczną scenografię, składającą się ze stołu, krzeseł oraz zastawy stołowej, z jakiej korzystały postacie występujące w sztuce. Stół stanowił fundament inscenizacji, stając się kolejnymi miejscami, w których rozgrywała się fabuła dramatu. Postacie, które nie brały czynnego udziału w danej scenie siedziały na krzesłach, jedząc. Wielokrotnie w spektaklu zastosowano motyw ustawienia bohaterów w sposób przywołujący na myśl narastające między nimi antagonizmy. W jednej z pierwszych scen Hamlet siedział w lekkim oddaleniu od stołu, nie opierając się o niego, jak to robili pozostali bohaterowie. W scenie rozmowy Hamleta i Ofelii podsłuchujący ich stali w rzędzie przy jednym z boków stołu. Następujące po sobie oddalania się oraz podchodzenia do stołu wyznaczało losy tytułowego bohatera, który był przy nim przesłuchiwany, a w finale zginął na nim, złożony w ofierze zgodnie z decyzją silniejszych.

Przedstawienie Olivera Frljicia Hamlet Międzynarodowy Festiwal Teatralny w Łodzi 2016
Hamlet fot. Mara Bratoš

Oliver Frljić słynie z tworzenia spektakli uznawanych za kontrowersyjne, wywołujące skandale. Hamlet nie jest przedstawieniem, które mogłoby być komentowane przez wzgląd na zastosowane w nim szokujące chwyty. Nie mniej jest tytułem zasługującym na czas i uwagę, ponieważ reżyser właśnie tym spektaklem starał się uświadomić widzom pewną zależność. Tam, gdzie przelano krew, musi znaleźć się winowajca. Bez względu na to, ile czasu upłynie, przeszłość domaga się odwetu. W przypadku historii Hamleta zaprezentowanej przez reżysera, zemsta wymierzona w finale, nie była tą, której można było się spodziewać. Duńscy dworzanie, wataha, mafia - nazywajmy bohaterów w dowolny sposób – pozbyli się zapalnika, który mógłby wywołać większą falę zniszczenia. Zagrożenie zostało zneutralizowane, umarli pomszczeni, świat toczy się dalej.



środa, 19 października 2016

Czekając na Godota

Napisanie tego tekstu kosztowało mnie sporo nerwów. Głównie dlatego, że każde zdanie, jakie ułożyłam, wydawało mi się bez znaczenia. Nie oddawało istoty spektaklu, który miałam okazję zobaczyć w sobotę 15 października. Recenzja w końcu powstała, ukazała się na wortalu " Dziennik Teatralny". Nie jestem z niej zadowolona, jednak nie mam siły ani ochoty dalej rozmyślać o utworze Samuela Becketta...

Czekając na Godota 4 edycja Festiwalu Nowa Klasyka Europy 2016
Czekając na Godota
Materiały promocyjne Teatru im. Stefana Jaracza

Nasz własny Godot

4. Międzynarodowy Festiwal Klasyki Światowej „Nowa Klasyka Europy" zainaugurował spektakl gospodarza – Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Czekając na Godota w reżyserii Michała Borczucha jest próbą ominięcia ograniczeń wyznaczonych przez Samuela Becketta, o których przed rozpoczęciem przedstawienia usłyszeli widzowie zebrani we foyer teatru.
Trwające siedem minut wprowadzenie, zawierające najważniejsze informacje o tym dramacie, wybrzmiało odczytane dziecięcym głosem (być może przygotowane przez jednego z odtwórców postaci Chłopca w spektaklu). Michał Borczuch spróbował wydobyć z Czekając na Godota coś więcej, niż tylko kolejno następujące po sobie wypowiedzi bohaterów, których zachowanie i gesty tak skrupulatnie autor dramatu opisał w didaskaliach. Nie można zaprzeczyć, że próba takiego podejścia do tytułu była intrygująca.

Surowe ściany sceny, otwarte drzwi prowadzące do przejścia za scenę powitały widzów po podniesieniu kurtyny. Większość elementów dekoracji posiadała zamontowane kółka, dzięki czemu początkowo technicy, a w późniejszej części spektaklu również aktorzy, mogli je bez problemów przestawiać. Głazy ułożone na wózkach dostawczych, rampa oświetleniowa ustawiona z boku przestrzeni gry emanująca zimnym, srebrzystym światłem, wierzba o wyjątkowo wątłych gałęziach (nikogo nie zdziwił brak zaufania, jaką w stosunku do nich odczuwał Vladimir) oraz mniejsze elementy scenografii (krzesła, statyw mikrofonowy) nie zdołały przełamać atmosfery pustki oraz beznadziei panującej na scenie. Twórcy spektaklu zdecydowali się wykorzystać zaplecze sceny, gdzie rozgrywa się część II aktu (według mnie – najciekawszy fragment całej inscenizacji).

W tekście dramatu uwzględniono piątkę postaci. Są to: Vladimir, Estragon, Pozzo, Lucky oraz Chłopiec. W przedstawieniu Michała Borczucha widzowie zobaczyli więcej aktorów. Początkowo można było odnieść wrażenie, że do gry dołączył inspicjent/sufler, jednak już po chwili okazało się, że dramat został odczytany w całości, łącznie z tekstem didaskaliów. Wykonawcy zaś nie odgrywali tylko jednej roli, przypisanej im od początku do końca przedstawienia. Paweł Paczesny przez kilka minut kreujący postać Estragona, stał się suflerem ukrywającym się we wnętrzu wierzby, zaś w jego miejsce na scenie widzowie obserwowali Krzysztofa Zarzecki. Mariusz Jakus oraz Andrzej Wichrowski w pierwszym akcie odgrywający role Pozzo oraz Lucky'ego, w drugiej odsłonie stali się suflerami podpowiadającymi/odczytującymi dialogi Vladimira i Estragona, by po upływie kilku minut ponownie interpretować role pana oraz sługi.

Złożone zadanie miał Marek Nędza, który w pierwszym akcie tworzył postać Vladimira, w drugim zaś stał się inspicjentem/suflerem. Przywodził na myśl reżysera na planie filmowym, który z megafonem wykrzykiwał kolejne komendy i polecenia. Siedząc na zapleczu sceny odczytywał zawarte w didaskaliach informacje o gestach i zachowaniu postaci, zaś aktorzy (z kilku sekundowym opóźnieniem, jakby słowa docierały do nich z daleka) wykonywali część z nich. Tylko część, nie wszystkie. Każda scena opisana w dramacie została odczytana, jednak nie wszystkie odegrano. Czy miał to być wyraz buntu Borczucha względem autorskich obostrzeń dyktujących sposób, w jaki Czekając na Godota ma być wystawiane? Wierność napisanym przez Becketta słowom została zachowana, nie obeszło się jednak bez prześmiewczych zagrywek reżysera (scena przymierzania kapeluszy).

Samuel Beckett Czekając na Godota Nowa Klasyka Europy reż. Michał Borczuch
Zdjęcie z archiwum Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi

Zabieg zainscenizowania didaskaliów okazał się nie do końca dopracowany. Od początku zadawałam sobie pytanie, czy część wypowiedzi postaci nie została nagrana wcześniej i nie są one emitowane z głośników? Aktorzy mieli mikroporty, jednak momentami ich słowa były ciężkie do odróżnienia. Szeptali swoje wypowiedzi, które zlewały się z beckettowskimi adnotacjami do dramatu odczytywanymi przez „inspicjenta". Po momentach, kiedy do widzów docierał tylko szmer i niewyraźne słowa, następowały sekwencje, gdy kwestie wybrzmiewały w każdym kącie widowni. Jeśli był to zabieg celowy, to niestety nie do końca trafny. Przyjęcie, że każdy z widzów czytał tekst dramatu i doskonale orientuje się w jego fabule było bardzo ryzykowne.

W drugim akcie Michał Borczuch wykorzystał nagranie angielskiego tekstu Czekajac na Godota, tłumaczone na język polski (odczytywane przez lektora rodem z filmów). Tekst dobiegał z głośnika, postacie odgrywały pantomimę. Angielski tekst dramatu był dziełem wtórnym wobec pierwotnej francuskiej wersji dramatu. Inscenizacja w reżyserii Michała Borczucha stała się próbą indywidualnej wypowiedzi reżysera zbudowanej na wyznaczonym przez Becketa fundamencie. Podstawy nie można było zmienić, pozostała tylko próba zbudowania na niej czegoś nowego. Częściowo w spektaklu Teatru im. Stefana Jaracza to się udało, lecz tylko częściowo. Co miało wnieść do spektaklu przesuwanie przez Marka Nędzę wierzby w trakcie drugiego aktu albo pojawienie się na kilka sekund obcych, nieprzystających do dekoracji elementów zwisających nad sceną? Widzowie je widzieli, czy ich obecność zauważyli również schwytani w bezsensowność scenicznego świata bohaterowie?

Kilkakrotnie w spektaklu wyznaczone zostało podwójne pole gry, miejsce akcji scenicznej. Za pomocą ustawienia głazów, ramy ze srebrzystymi lampami, światła padającego na scenę udało się wskazać dwoistość. Mogła było odnieść ją zarówno do poziomów dialogów oraz didaskaliów zawartych w dramacie, jak również do odmiennego statusu postaci. Vladimir i Estragon czekają, choć sami nie są pewni na co, bądź na kogo? Nie umieliby rozpoznać Godota. Chcą w niego wierzyć, jednak ich czekanie wydaje się nie mieć sensu. W trakcie czekania rozmawiają ze sobą, poruszając kwestie związane ze swoją przeszłością, o której nie potrafią zapomnieć. Myślą, są skłonni do autorefleksji. Relacja pomiędzy tą dwójką nie jest prosta. Być może ich życie byłoby lepsze, gdyby każdy poszedł w swoją stronę, przerywając wzajemne oskarżenia, wypominanie błędów. Estragon wydaje się być ofiarą szantażu emocjonalnego, który codziennie funduje mu Vladimir.

Nowa Klasyka Europy próby do spektaklu Czekając na Godota w Teatrze Jaracza w Łodzi
Zdjęcie z próby Czekając na Godota

W przypadku Pozzo i Lucky'ego relacja jest równie skomplikowana. Teoretycznie wiemy, który z nich jest katem, a który ofiarą, jednak sytuacja zdaje się zmieniać w drugim akcie. Lucky mógłby odejść, uwalniając się od pana, a mimo to nie decyduje się na żaden ruch. Ci dwaj nie żyją, oni egzystują. Funkcjonujący poza czasem, wypierając go spoza swojej percepcji zmysłowej, starają się nie myśleć, ponieważ takie działania wywołują katastrofę. Muszę w tym miejscu przywołać najlepszą scenę z tego spektaklu – proces myślenia Lucky'ego. Strumień świadomości, ogień myśli rozświetlający mrok przestrzeni scenicznej, wywołane płomieniami świetlne refleksy na twarzy Andrzeja Wichrowskiego. Lucky przypominał starożytnego filozofa bądź pogańskiego kapłana wykładającego swoje tezy przy blasku ogniska, wypowiadając słowa, które nie powinny przyjść mu do głowy. To siła ognia wpływa na spójność jego monologu, czy odwrotnie? Im mniejszy płomień, tym więcej luk w myślach Lucky'ego. Proces został przerwany, siła płomienia zmarniała. Pozzo i Lucky odeszli, doprowadzając do zmiany, czego nie można powiedzieć o Vladimirze oraz Estragonie. Wszelka chęć wykonania jakiegokolwiek ruchu zderzyła się z ich niemocą. Nie mogąc odejść, czekali. Tylko na co? Czy decyzja podporządkowania się Godotowi, który przemawiał do nich ustami małego Chłopca była postanowieniem godnym naśladowania?

Michał Borczuch chciał za pomocą swojego spektaklu pokazać, że my - widzowie również na coś czekamy. Tylko na co? Na wojnę, którą straszą nas politycy? Na gospodarczy krach? Na polityczny przewrót? Daliśmy wplątać się w codzienną powtarzalność sytuacji, gestów, słów docierających do nas zewsząd. Czy wiemy, na co tak naprawdę czekamy i czy w momencie, kiedy upragniona zmiana nadejdzie, będziemy umieli ją rozpoznać? Czemu nie wychodzimy jej naprzeciw? Wydarzenia potoczyłyby się szybciej, jednak jak Vladimir i Estragon wolimy stwierdzić, że „Nic się nie da zrobić" i czekamy, choć tak wspaniale umiemy deklarować chęć ruszenia z przyjętego punktu, zmiany punktu widzenia. Jesteśmy pozbawieni autorefleksji, bądź wręcz przeciwnie – to ona wyznacza nasz sposób funkcjonowania w świecie. Kto ma nad nami władzę? My sami, czy pozbawione twarzy idee, których kurczowo się trzymamy?

Michał Borczuch pozostawił widzów w atmosferze czekania. Wskazuje drogę do buntu, którą on sam podążył, jednak wiemy, jakie czeka nas zakończenie – nie wykonamy żadnego ruchu, czekając na naszego własnego Godota.

środa, 12 października 2016

Wielka księżna Gerolstein


Triumf Księżnej Gerolstein


Teatr Muzyczny w Łodzi zainaugurował sezon artystyczny 2016/2017 operetką Jacques’a Offenbacha Wielka księżna Gerolstein. Tytuł wystawiono w oryginalnej wersji fabularnej, tej samej która zyskała uznanie widzów podczas paryskiej prapremiery w 1867 roku. Choć utwór cieszył się ogromną sympatią publiczności, nie uniknął zdjęcia z afisza. Po wojnie francusko-pruskiej ówczesna francuska władza uznała fabułę Wielkiej księżnej Gerolstein za przykład satyry wytykającej nieudolność armii. Na ziemiach polskich znajdujących się pod zaborem rosyjskim zakazano wystawiania operetki, ponieważ w tytułowej postaci widziano próby sparodiowania Carycy Katarzyny II. Mijały lata, sytuacja polityczna przeszła transformację,  libretto operetki przekształcono, dostosowując je do kolejnych wymogów cenzury. Inscenizacja przygotowana przez zespół łódzkiego Teatru Muzycznego, to polska prapremiera pierwotnej fabuły operetki z porywającym tłumaczeniem libretta stworzonym przez Andrzeja Ozgę.

Teatr Muzyczny w Łodzi premiera operetki Wielka księżna Gerolstein
Zdjęcie pochodzi z archiwum Teatru Muzycznego w Łodzi

Na scenie Teatru Muzycznego stworzono petardę. Każdy kto sądzi, że operetka jako gatunek teatralny czasy świetności ma za sobą, powinien czym prędzej wybrać się na Wielką księżną Gerolstein. Reżyserii widowiska podjął się Piotr Bikont, który wykorzystując bardzo współczesny przekład libretta oraz umiejętnie prowadząc aktorów, wcielających się w główne role, raz po raz doprowadzał widzów do śmiechu. Jacques Offenbach słynął z ostrego języka, prześmiewczego podejścia do najwyższych państwowych urzędników i choć uczestniczący w prapremierze widzowie nie odczytywali fabuły jako żartów z konkretnych postaci historycznych, to kwestia bezsensownego wywoływania konfliktów zbrojnych pozostała aktualna.  Księżna zwracająca się do swojego wojska per „moje żołnierzyki”, stale gotowa na wojnę i traktująca ją jako sposób na nudę spowodowała, że można zacząć zastanawiać się, czy dla wielu polityków kolejne konflikty faktycznie nie są sposobem interesującego spędzenia czasu?

Bohaterowie Wielkiej księżnej Gerolstein posiadają te same cechy charakteru, które spotykamy wśród współczesnych ludzi. Zmysł obserwacji Jacques’a Offenbacha okazał się być ponadczasowy. Tytułowa bohaterka silną ręką dzierży władzę w księstwie. To nie przeszkadza jej być wielbicielką i dobrej zabawy, jest prawie celebrytką słynącą ze swojej urody i majątku. Naśmiewając się ze swojego zalotnika, Księcia Paula, została tematem artykułów w holenderskiej prasie. Książę jest szlachetnie urodzony i nieporadny, od pół roku bezskutecznie próbuje namówić księżną do małżeństwa, jednak powoli zaczyna prześladować go myśl o tym, że może ponieść klęskę na dynastycznym polu. Obserwujemy na scenie Barona Pika, guwernera księżnej, który wspiera monarchinię w jej działaniach, jednocześnie przekuwając podejmowane przez nią decyzje na korzyści dla siebie. Jego sprzymierzeńcem jest Generał Bum, którego militarne talenty są równie wstrząsające, jak jego słynny kapelusz z pióropuszem. Wojskowy stara się utrzymać na stanowisku dowódcy armii księstwa. Nie jest to proste, od kiedy księżna zaczyna darzyć szczególną uwagą szeregowego Fryca, błyskawicznie awansując go do stopnia generała. Świeżo upieczony dowódca doprowadza armię Księstwa Gerolstein do zwycięstwa w bitwie. Sukcesy militarne łączy z miłością do Wandy, pięknej wiejskiej dziewczyny, która widząc podejrzane zachowanie księżnej nie boi się bronić swoich interesów, a przy okazji upatrzonego kawalera.

Premiera spektaklu Wielka księżna Gerolstein w Teatrze Muzycznym w Łodzi
Spiskowcy. Zdjęcie z archiwum
Teatru Muzycznego w Łodzi

Łódzka inscenizacja Wielkiej księżnej Gerolstein to triumf jej twórców. Wszystko w tej operetce olśniewa. Dekoracja zaprojektowana przez Grzegorza Małeckiego została przemyślana, jej elementy są niezwykle uniwersalne, dzięki czemu przestawienie, czy odwrócenie części scenografii przebiegało bardzo sprawnie. Pomysłowo wykonano  machiny, na których służba przewoziła księżną. Wspaniale wyglądała zbudowana z krat leżanka, tak istotna w drugim akcie. Monarchini siedząc na niej prowadzi pełną aluzji rozmowę z Frycem. Kiedy zaczyna krążyć dookoła wojskowego jak pająk, starając się schwycić go w swoje sidła, mebel staje się błękitną klatką. Wnętrza komnat z drugiego oraz trzeciego aktu nie są przesadzone, ani zbyt skromne. Barwność dekoracji podkreślały światła, które dopracował i dopasował do każdej ze scen Tomasz Filipiak. Ta operetka to najbardziej przemyślane od strony technicznych rozwiązań przedstawienie prezentowane w Teatrze Muzycznym w Łodzi.

Kostiumy przygotowane przez Zuzannę Markiewicz chciałoby się wprost dotknąć. Podkreślają charakter każdej postaci, nie są sztampowe, wzbudzają uśmiech na twarzach widzów, poprzez zastosowanie nietypowych rekwizytów i dodatków, choćby pasiastych skarpetek Barona Pika, czy skrzydeł Hermesa przy surducie adiunkta Nepomuka, posłańca księżnej.

Premiera operetki w Teatrze Muzycznym w Łodzi październik 2016
Na pierwszym planie Generał Fryc
Zdjęcie z archiwum Teatru Muzycznego w Łodzi

Sceny zbiorowe to mocna strona tej inscenizacji. Chór nie tylko śpiewa wspaniale, ale również dobrze tańczy. Choreografia podkreśla charakter całego spektaklu, nie jest przy tym wymuszona, sztywna. Momentami ma się wrażenie, że postacie zaczną tańczyć układ w stylu disco, jednak zdumiewająco żartobliwe ruchy doskonale sprawdzają się w tej inscenizacji. Cały zespół można porównać do wielkiej, naoliwionej maszyny, która pcha całe przedstawienie do przodu. Z poczuciem oczarowania patrzyłam na scenę balu u księżnej. Na uwagę zasługują tancerze wcielający się w Duchy Przodków księżnej. Są niezwykli, nie tylko dzięki kostiumom, czy charakteryzacji. Ich ruchy faktycznie nadają im charakter nierealnych bytów.

Należy podkreślić fakt, iż operetka zachwyca także wspaniałą muzyką. Ta zaś została brawurowo odegrana przez zespół artystyczny Teatru Muzycznego. Pod batutą Elżbiety Tomali-Nocuń orkiestra brawurowo wykonała kolejne marsze, walce, melodie podkreślające fabułę spektaklu.
 
Widzowie, którzy zdecydowali  się obejrzeć Wielką księżną Gerolstein nie wyszli z teatru rozczarowani. Każdy z nich znalazł w tej operze coś dla siebie. Wspaniałe głosy zaangażowanych do obsady śpiewaków, akcentujące charaktery i pochodzenie postaci kostiumy, interesującą scenografię i światła o bajecznych barwach. Inscenizacja Wielkiej księżnej Gerolstein udowadnia, że zespół artystyczny oraz twórcy współpracujący z Teatrem Muzycznym w Łodzi są specjalistami w realizacji operetek. Osiągnęli wielki sukces przedstawiając widzom to wspaniałe widowisko!

Prapremiera operetki w Teatrze Muzycznym w Łodzi
Ukłony artystów po prapremierze 8 października 2016

Wielka księżna Gerolstein reż. Piotr Bikont

Prapremiera polskiej wersji scenicznej 8 października 2016 Teatr Muzyczny w Łodzi

Tekst napisałam dla "Dziennika Teatralnego", dlatego dodaję link do miejsca pierwszej publikacji recenzji http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/triumf-ksieznej-gerolstein.html

sobota, 8 października 2016

„Jesteśmy/Ми-є”

Łódzki Teatr Szwalnia jest filią Poleskiego Ośrodka Kultury. Miejscem w którym można zrealizować różnego rodzaju działania artystyczne. Dyrektor i założyciel Teatru, Marcin Brzozowski jest człowiekiem otwartym na dialog, czego miałam okazję doświadczyć 6 października.

Od 5 października w Teatrze Szwalnia trwa projekt szwalnia.DOK, w ramach którego zaprezentowane zostaną zjawiska z zakresu sztuki dokumentu, non-fiction oraz verbatim. Projekt/festiwal/przegląd zakończy się w grudniu, w jego ramach widzowie będą mieli okazję doświadczyć różnego typu wydarzeń teatralnych (ta część najbardziej mnie interesuje), filmowych oraz obejmujących szeroko rozumiane sztuki wizualne. Program przeglądu/projektu/festiwalu ma przybliżyć konteksty polityczne, kulturowe i społeczne, które miały wpływ na powstanie prezentowanych dzieł. Co to znaczy? Wyjaśnię na przykładzie.

szwalnia.dok festiwal w łódzkim Teatrze Szwalnia
Plakat promujący projekt Teatru Szwalnia

Marcin Brzozowski razem z Teatrem Pralnia z Kijowa zrealizował spektakl „Jesteśmy/Ми-є”. Teatr Pralnia działa od 2015 roku, został założony przez absolwentów Wydziału Lalkarskiego Uniwersytetu Karpenka-Karyi. Wspominałam już, że Marcin Brzozowski jest człowiekiem otwartym na dialog, czego potwierdzeniem jest spektakl, który wyreżyserował. 

Odgrywane w języku ukraińskim przedstawienie odnosi się do historii Ukrainy, która jest równie burzliwa jak dzieje Polski. Czy mamy tego świadomość? Kilka dni temu dotarło do mnie, jak niewiele wiemy o tym kraju. Jeśli już myślimy o wydarzeniach rozgrywanych się za naszą granicą, przed oczami stają nam sceny z Majdanu, informacje prasowe docierające do nas od telewizyjnych korespondentów. Co tak naprawdę wiemy o Ukrainie i jej mieszkańcach? Takie pytanie zadają również aktorzy występujący w tym spektaklu.

Przedstawienie nie zostało oparte na tekście, lecz na rozmowach pomiędzy aktorami i reżyserem. Artyści opowiadali, jakie wydarzenia i fakty z historii ich kraju zdają się być dla nich najistotniejsze, poruszając również kwestie osobiste. Aktorzy, których obserwowałam na scenie, to piątka zeszłorocznych absolwentów Uniwersytetu, którzy pokazali, co dla nich oznacza pojęcie „jesteśmy”.

Spektakl zdawał się być podzielony na trzy części. W pierwszej widzowie obserwowali przygotowania do występu, ociekającego zresztą stereotypowym myśleniem o Ukrainie i tradycjach tego kraju. Aktorzy zdawali się dostosowywać do oczekiwań widzów, będąc przesadnie radosnymi. Wódka, papierosy, sztuczne biusty, przyszywane uśmiechy i tradycyjny bochenek chleba. Niby wszystko w normie, wszystko się zgadzało, tylko czy naprawdę tak wyglądają tradycyjne stroje Ukraińców? Czy tak tańczą ludzie w tym kraju? Czy tak brzmi ich muzyka? W tej części padło pytanie, co wiemy o Ukrainie? Okazało się, że wiemy niewiele.

Spektakl Jesteśmy - scena zbiorowa
Zespół Teatru Pralnia z Kijowa


W drugiej części spektaklu widzowie zostali zapoznani z wydarzeniami oraz istotnymi dla historii Ukrainy datami. Skupiając się na historii Polski tracimy świadomość, że losy tych dwóch państw się łączyły, przeplatały, miały wpływ na siebie. Rzeź ukraińskiej inteligencji była nie mniej tragiczna, niż wyniszczenie polskiej elity naukowej podczas II Wojny Światowej. Nie skupiając się jednak na hekatombie wojny, Polacy i Ukraińcy mają co sobie wybaczyć. Będąc narodami tak silnie wpływającymi na siebie, w dalszym ciągu nie potrafimy prowadzić konstruktywnego dialogu.

Trzecia część spektaklu została zbudowana na podstawie wspomnień samych aktorów. Kolejne daty i miejsca wpisywane na szyby (oddzielające aktorów od widowni) miały na celu prezentować w porządku chronologicznym, jak żyje się im na Ukrainie. Na każdym kroku towarzyszy ludziom niepewność. Są przedstawicielami suwerennego narodu, nie częścią Federacji Rosyjskiej. Jednak posługują się cyrylicą, w świadomości Zachodniej Europy kojarzoną jednoznacznie z „rosyjskością”. Jak odnosić się do przeszłości swojego kraju? Pamiętać o niej, czy starać się zbudować swoją tożsamość poza nią? Jak żyć w kraju, w którym ciągle toczy się wojna?

Scena wesela ze spektaklu Jesteśmy/Ми-є w łódzkim Teatrze Szwalnia
Scena "Wesele"

Najsmutniejszą sceną jest osadzona w 2015 roku sekwencja opisana jako „Wesele”, w praktyce była to właśnie „Wojna”. Kolejne dziewczyny wychodziły za mąż, po czym żegnały mężów idących na front. Nie wszystkim udało się wrócić. Najbardziej porażająca jest myśl, że te wydarzenia wciąż rozgrywają się na Ukrainie. Niby blisko nas, a jednak nie jesteśmy tego świadomi.

Rytm spektaklu wyznaczało pianino (będące jednym z symboli wydarzeń rozgrywających się na Majdanie w 2014 roku). Na scenie ustawiono piękny instrument, obudowując go szybami(??). Ciężko mi opisać scenografię, obawiam się, że moje słowa nie oddadzą w stu procentach jej kształtu. Może przedstawię to tak – wyobraźcie sobie brązowe pianino stojące na środku tonącej w ciemnościach sceny. Po jego lewej oraz prawej stronie znajdują się osadzone w drewnianych (na takie wyglądały) ramach szyby. Kolejna rama znajduje się ponad pianinem. Były to okna w których pojawiali się aktorzy. W zależności od sceny, szyby były odsłaniane, stawiano w nich świece, przyklejano fotografie ukraińskich działaczy i poetów, zdjęcia z Majdanu, na szkle wpisywano daty i słowa. W niektórych momentach okna były zasłonięte czarnymi krótkimi zasłonami. Za konstrukcją z ram, szyb i pianina rozgrywała się większa część spektaklu, co wyglądało niezwykle.

Ten spektakl okazał się być jednym z najbardziej interesujących, jakie do tej pory widziałam. Był też porażająco smutny, choć podobno nie zawsze miał taki charakter. Kiedy zespół Teatru Pralnia dopiero zaczynał go wystawiać, ludzie na Ukrainie zdawali się odnajdywać w nim nadzieję. Jak stwierdzili po czwartkowym spektaklu aktorzy – teraz już nie ma w nim optymistycznego przesłania. Jest zmęczenie faktem, że sytuacja na Ukrainie nie stabilizuje się, zaś ludzie zdają się być znużeni własną bezsilnością.