środa, 28 września 2016

BANG BANG

Jestem osobą bardzo krytyczną. Zaczynając od siebie, poprzez działania innych ludzi, na teatrze kończąc. 

Jednak coraz częściej ocena spektakli przychodzi mi z trudnością. Jest to związane z faktem, że po obejrzeniu przedstawienia czytam recenzje, jakich doczekał się dany tytuł. Wtedy robi się zabawnie. W 80 procentach opisy i opinie nie pokrywają się z moimi odczuciami. Zwracam uwagę na autorów tych tekstów, sprawdzam ich wcześniejsze publikacje i zastanawiam się. Myślę o tym, czy skoro dany spektakl uważam za zły, a starsi, bardziej doświadczeni ode mnie recenzenci wychwalają go pod niebiosa, to oznacza, że nie znam się na teatrze? Czy może jest to wynik posiadania innego poczucia estetyki? Innego podejścia do sztuki? 

Pytanie pewnie pozostanie bez odpowiedzi, nie mnie ta kwestia ciążyła mi, kiedy zabierałam się do pisania tekstu o spektaklu "BANG BANG" Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. 
Recenzje po premierze tej sztuki były różne, poruszały odmienne aspekty, jednak oceniały spektakl korzystnie. Ja zaś z ciężkim sercem, ale w zgodzie ze sobą opisałam to, co najbardziej nie spodobało mi się na Dużej Scenie "Jaracza". Tekst wyszedł średnio przyjemny, jest dostępny na stronie internetowej "Dziennika Teatralnego" (na końcu postu zamieściłam bezpośredni link), jednak podobnie jak przy innych tekstach napisanych dla redakcji, gotową recenzję wstawię także tutaj. 

Jaracz Bang Bang Dominika Knapik
"BANG BANG". Materiał promocyjny
Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi


Zapowiadało się tak dobrze...

„BANG BANG" w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi zdecydowanie nie jest musicalem. Jest spektaklem muzycznym. Pragnę to mocno podkreślić na wstępie tekstu, na wypadek gdyby nie każdemu chciało się poświęcać czas na zapoznanie się z całą recenzją. Wyraźne stwierdzenie, że to przedstawienie zalicza się do spektakli muzycznych jest według mnie istotne, ponieważ muzyka stanowi jego zaletę. Na tyle silną, bym nie sklasyfikowała „BANG BANG" w kategoriach złego spektaklu. Uważam, że jest to przedstawienie nie do końca przemyślane, a co za tym idzie – bardzo dużo traci.

Film „THELMA i LOUISE" Ridleya Scotta miał zainspirować twórców spektaklu do ukazania sytuacji kobiety we współczesnym świecie. Kobiety od której oczekuje się uległości w stosunku do mężczyzn przy jednoczesnym zachowaniu swojego poczucia godności (czy aby na pewno?). Być może kinowy hit faktycznie stanowił inspirację, jednak niewiele z jego sensów udało się pokazać na scenie. Zamiast historii o tym, jak dwie kobiety odkrywają najważniejsze dla nich wartości, zaserwowano widzom odzianą w lateks moralizującą opowiastkę dla dorosłych. Tak by się przynajmniej mogło wydawać, przedstawienie jest dedykowane dla „widzów dorosłych", jednak współczesną młodzież z gimnazjów i liceów, która na co dzień ma dostęp do Internetu, nie wyszłaby z tego przedstawienia zniesmaczona czy zdemoralizowana.

Przekleństwa padające ze sceny mogłyby jej się spodobać, zdecydowanie były na poziomie percepcyjnym nastolatków. Za to dojrzałego widza, który ze względu na tak zwane „dobre wychowanie" potrafi wyrażać się inaczej, niż z użyciem w formie przecinka jednego z najpopularniejszych polskich przekleństw, teksty te po prostu męczyły. „BANG BANG" mnie nie znudził, tego nie można zarzucić temu spektaklowi. To przedstawienie mnie zmęczyło.

Swój udział miało w tym kilka czynników, począwszy od postaci, jakie oglądałam na scenie. Thelma była przykładem infantylności i głupoty – ujęcie tego inaczej byłoby niepotrzebną delikatnością, Louisa choć mniej denerwująca okazała się być pozbawioną realnego osądu idealistką. Takim kobietom mogę tylko współczuć. Aktorki wcielające się w te postacie spisały się. Izabela Noszczyk i Milena Lisiecka stworzyły bohaterki, którym udało się mnie zirytować, utwierdzić w przekonaniu, że bez względu na swoją płeć – ludzie czasami lubią wpakować się w kłopoty, ponieważ bez nich jest zbyt nudno. W tym prym wiodła Thelma, która nie kierowała się zdrowym rozsądkiem, lecz głosem swojego punktu G. Jeśli coś podczas tej kobiecej wyprawy odkrywa, to właśnie jego istnienie.

Mężczyźni ukazani w tym spektaklu są skrajnie beznadziejni. Obok męża zazdrośnika, który najchętniej uprawiałby seks ze swoim odbiciem w lustrze, zestawiono partnera czułego lecz pozbawionego charakteru. Poznani przygodnie mężczyźni nie okazują się lepsi – gwiazdor o zawyżonej samoocenie oraz żigolak, który sam bierze opłatę za swoje usługi. Galeria postaci, żal tylko, że wszystkie takie jednoznaczne. Męskich bohaterów nie zdołała uratować dobra obsada aktorska. Artyści którzy pojawili się na scenie, mają w swoim dorobku zdecydowanie lepsze role.

Jaracz BANG BANG
"BANG BANG". Materiał promocyjny 
Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi


Nie ratuje tego spektaklu fabuła, której ostatnią sensowną i znaczącą sceną jest rozmowa obu kobiet po zastrzeleniu Harlana. Późniejsze wydarzenia na scenie to kompletny miszmasz, którego nie jest w stanie ogarnąć wszechwidzące oko Hal. Momentami jej obecność wydaje się być zbędna, w innych to właśnie ona ratuje cały wydźwięk spektaklu. Kolejny problem odbiorczy wywołały we mnie istoty „z gatunku goryla". Były dla mnie najzabawniejszym elementem tego spektaklu, jednak gdybym miała wyjaśnić ich obecność na scenie, powiedziałabym, że nie mam pojęcia, czemu się na niej znalazły?

Próba ukazania skomplikowanej roli, jaką przyszło odgrywać kobietom, mogłaby zaowocować wspaniałym spektaklem. Przecież to szalenie istotny temat, niestety poruszanie go w zazwyczaj kończy się marnie. Albo powraca się do tematu poniżania kobiet i ustawiania ich w służalczych rolach względem mężczyzn, albo wręcz przeciwnie – wytyka feministkom skrajność poglądów i nienawiść do płci przeciwnej. Znalezienie złotego środka wydaje się nieosiągalne. Nie udało się to również twórcom „BANG BANG".

Nie przekonały mnie stworzone na potrzeby spektaklu kostiumy, reklamowane przez sam teatr jako „pojechane". Daleko im było do innowacyjności, zaś zastosowanie prześwitujących, sztucznych tkanin, w tym lateksu i futerek nie pomogło przedstawieniu. Doszywanie włosów łonowych oraz wciskanie przez głowę sztucznych cycków również. Doprawdy nie dało się inaczej, bez użycia kiczu i przerysowania? Nad „wygodą scenografii" też bym dyskutowała. Nie byłam przekonana, czy tak komfortowo grało się aktorom na materacach, w które zapadali się przy każdym ruchu. Oczywiście, lepiej turlać się synchronicznie po miękkiej piance, niż po twardych deskach sceny. Spektakl na tym nie stracił, ale też nic nie zyskał.

Najlepszą częścią tego spektaklu były piosenki. Podkreślę ponownie, „BANG BANG" nie jest musicalem, a z taką opinią spotkałam się na łamach portalu kulturaonline.pl. Piosenki i muzyka uratowały to przedstawienie przed moją negatywną oceną. Nie dlatego, że nagle usłyszałam wspaniałe, poetyckie rymy – wręcz przeciwnie. Słowa piosenek były tak samo marne jak inne padające ze sceny. Na szczęście w połączeniu z muzyką graną na żywo dużo zyskały, okazały się nieść pod swoją wulgarną powłoką istotne kwestie. Na tyle ważne, że zaczęłam się zastanawiać, czy użycie języka osadzonego na prymitywnych żartach i hasłach rodem z najgorszych spelun w mieście, nie było jedynym trafnym w przypadku tego przedstawienia? Ta myśl szybko wyparowała mi z głowy, kiedy ze sceny padło kolejne zdanie barwnie opisujące ludzki los jako turlanie się w gównie. Jednego nie mogę odmówić dramaturgowi – barwności porównań.

„BANG BANG" nie jest złym spektaklem, co do tego nie mam wątpliwości. Jednak jest propozycją niezwykle męczącą – przez swoje próby nawiązania do innych tytułów – na przykład ocieranie się o estetykę Tarantino czy bezpośrednie zwroty rodem z powieści Colleen McCullough. Na ogół cieszy mnie możliwość odszukiwania w spektaklach odniesień do innych tekstów kultury, jednak nie tym razem. Spodziewałam się autorskiego, przemyślanego przedstawienia. Tymczasem nie wyszłam z Teatru im. Stefana Jaracza zafascynowana, czy jednoznacznie zniesmaczona – wyszłam rozczarowana. Momenty wypełnione muzyką nie zdołały odwrócić uwagi od elementów, które raziły – od nieuzasadnionego użycia tandety, wulgaryzmów czy postaci o charakterach postaci jak linijka.

"BANG BANG" reż. Dominika Knapik

Jaracz, spektakl, łódź, BANG BANG
"BANG BANG". Materiał promocyjny 
Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi


Bezpośredni link do recenzji na stronie "Dziennika Teatralnego" 

czwartek, 22 września 2016

Wstęp do BANG BANG

Afisz spektaklu "BANG BANG".
Materiał promocyjny Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi


Spektakl "BANG BANG" miał swoją prapremierę 28 maja 2016 roku. Było to drugie przedstawienie z Łodzi przy którym miałam okazję współpracować z "Dziennikiem Teatralnym". Na kilka dni przed jego premierą przyszło mi podróżować pomiędzy centralną Polską a Pomorzem Zachodnim, dlatego znalezienie czasu na wywiad z reżyserką przedstawienia - Dominiką Knapik - nie należało do najłatwiejszych. 

Jednak wystarczyło pójście na kompromis, dogadanie się i miałam okazję przeprowadzić bardzo interesującą rozmowę. Nie udało mi się obejrzeć "BANG BANG" w poprzednim sezonie, jednak już jutro idę do Teatru im. Stefana Jaracza i przekonam się, co to za spektakl?

Tymczasem zapraszam do przeczytania rozmowy z Dominiką Knapik, publikuję link odsyłający do wywiadu na stronie "Dziennika Teatralnego":




wtorek, 20 września 2016

Komediant

Dziś udostępniam tekst, który napisałam dla "Dziennika Teatralnego". Powstał po obejrzeniu przeze mnie spektaklu "Komediant" w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza. Tekst jest dostępny na stronie "Dziennika Teatralnego", jednak wiem, że nie każdy z Was tam zagląda, ja zaś chciałabym podzielić się kilkoma spostrzeżeniami na temat tego przedstawienia z osobami, które czytają moje teksty  na blogu regularnie ;)


"Komediant" - reż. Agnieszka Olsten - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Materiały promocyjne teatru


Brutalność pokonała sens spektaklu


Premiera „Komedianta" Thomasa Bernharda odbyła się w Teatrze im. Stefana Jaracza 18 grudnia 2015 roku. Kilka miesięcy wcześniej na stanowisko dyrektora artystycznego został powołany Sebastian Majewski, który według krytyków oraz widzów przyniósł ze sobą do teatru powiew zmian. Po wakacyjnej przerwie „Komediant" zainaugurował sezon artystyczny 2016/2017. Sezon, któremu nadano nazwę „ONI".

Zaakcentowano w ten sposób rolę obcości, odmienności, z jaką spotykamy się na co dzień, a która bywa dla nas ciężka do zaakceptowania. W nowym sezonie będziemy mieć okazję obejrzeć kilka spektakli poruszających ten problem. Czy "ONI" będzie cieszyć się równie dużym zainteresowaniem widzów, co poprzedni sezon noszący nazwę "MY"?

„Komedianta" zagrano na Scenie Kameralnej. Widzów zgromadzonych przed wejściem na scenę radośnie powitał Sebastian „Seb" Majewski , ujawniając swoje aktorskie talenty. Wcielając się we Właściciela gospody, w której ma odbyć się przedstawienie tytułowego komedianta. Z promiennym uśmiechem opowiadał publiczności o sobie i znaczeniu jakie, dla lokalnej społeczności, posiada pełniona przez niego funkcja. Przy tym nie bardzo było wiadomo, czy dyrektor artystyczny faktycznie chciałby zostać honorowym obywatelem miasta, czy może trwa już spektakl na który przyszli? To pytanie odeszło w zapomnienie w momencie, kiedy Sebastian Majewski powiedział widzom, że dzisiejszego wieczoru występować będzie wspaniała artystka - Agnieszka Kwietniewska, której teatr został zniszczony przez brutalną siłę biurokracji... (Agnieszka Kwietniewska wcielająca się w rolę głównego bohatera "Komedianta" jest związana z Teatrem Polskim we Wrocławiu). Dyrektor Majewski miał okazję, aby przedstawić swój punkt widzenia na trwający we Wrocławiu konflikt, pytanie tylko, czy to było niezbędne? Polityka w teatrze jest ostatnio taka modna.

Widzowie zostali wprowadzeni na Scenę Kameralną od strony kulis i mieli okazję spojrzeć na zaplecze techniczne. „Komediant" opowiada o przygotowaniach Bruscona (Agnieszka Kwietniewska) i jego rodziny do pokazu ich sztuki, dlatego każdy zabieg wzmacniający efekt „teatru w teatrze" jest zrozumiały. Mniej sensu miało dla mnie ustawienie krzeseł w taki sposób, że aktorom pozostał do gry wąski pas przestrzeni, zmuszający widzów do odchylania się na swoich miejscach, wstawania, zerkania ponad ramionami sąsiadów, w chwilach kiedy chcieli dostrzec wszystkie niuanse spektaklu.

Recenzje napisane po premierze „Komedianta" wspominały początkowe zaskoczenie widzów, które przeradzało się w ich interakcje z aktorami. Podczas inaugurującego sezon 2016/2017 przedstawienia interakcji z artystami nie było. Widziałam malujące się na twarzach widzów zniesmaczenie i szok. Być może trafiłam do „Jaracza" w momencie, kiedy na przedstawienie zdecydowali się przyjść wyłącznie wielbiciele klasycznych formuł teatralnych, nieświadomi tego, że mogą zostać zmuszeni do bliskości artystów. Spektakl został zbudowany na fizyczności, aktorów oraz widzów. Pocałunki Agnieszki Kwietniewskiej spadające na przypadkową, siedzącą blisko niej kobietę, dotykanie nóg widzów, mruganie i znaczące spojrzenia posyłane przez Marcina Korcza wprawiały w zdumienie i w podszyty stresem chichot widzów, siedzących najbliżej przestrzeni gry. Poruszanie się Agnieszki Więdłochy pomiędzy widzami, ocieranie się, szeptanie do ucha, szukanie ratunku w ramionach publiczności napinało mięśnie. Zamiast akcji scenicznej, gdy Bruscon wyżywa się na synu, obserwowałam panikę na twarzy kobiety, o której kolana oparł się zgnębiony chłopak (Marcin Korcz) i która mimowolnie stała się częścią odgrywanego przedstawienia. „Nie tego oczekiwaliśmy, nie po to przyszliśmy, nie za to zapłaciliśmy" takie myśli dało się odczytać z min widzów, którzy byli doskonale widoczni w pełnym świetle wykorzystanym w spektaklu.

Przemoc pojawiała się w „Komediancie" na każdym kroku. Bruscon szczycił się swoim talentem, wręcz geniuszem, którego ostatecznie nie miałam okazji doświadczyć. Zamiast tego publiczność obserwowała jego manię wielkości, przerost formy nad treścią, nerwowe tiki (które Agnieszka Kwietniewska wykonywała spektakularnie) i podszytą erotyzmem relację z dziećmi. Sara (Agnieszka Więdłocha) i Ferruccio (Marcin Korcz) swoją uległością (także seksualną) mieli utrzymywać ojca w jego poczuciu wielkości. Bruscon kochał i nienawidził wszystkich członków swojej rodziny, począwszy od męczącej go kaszlem małżonce (Urszula Gryczewska). Początkowo kobieta wydawała się stanowić tło dla swojego męża, jednak jej naładowany emocjami monolog wygłoszony w nieistniejącym języku sprawił, że widzowie zdali sobie sprawę z tego, że kobieta nie zwraca uwagi na zachowanie Bruscona, tolerując je z wyższością.

Dyskomfort odbiorczy wśród widzów wywołało pojawienie się na scenie Lindy Rojewskiej, wcielającej się w postać Erny, córki Właścicieli gospody. Cierpiącą na zieloną kataraktę bohaterkę zagrała niewidoma dziewczyna. Moment, kiedy zamiatała podłogę był dla mnie przejmujący, ponieważ odebrałam go jako instrumentalizowanie jej osoby, niepotrzebne a jednak użyte przez reżyserkę.

Wszyscy wiemy, że teatr nie może być tylko przyjemny. Powinien nieść ze sobą silne odczucia, powinien zmuszać do zaangażowania intelektualnego. Nie jestem jednak zwolenniczką narzucania widzom, w sposób brutalny, konieczności fizycznego kontaktu z aktorami, z odbiorczym dyskomfortem. Głównie dlatego, że spektakl ma zostać w pamięci nie dzięki temu, że widownia opuści teatr z poczuciem, że została zaatakowana. W pamięci ma pozostać przekaz danej sztuki. Niestety w „Komediancie" jakiego miałam okazję zobaczyć przekaz został zagłuszony przez chwyty „klejenia" się do zniesmaczonej widowni. Cała energia aktorów, którzy starali się oddać głębię treści dramatu Bernharda, została przez nie zaprzepaszczona. Czy naprawdę taki był zamysł reżyserki spektaklu?

"Komediant" - reż. Agnieszka Olsten - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
 Materiały promocyjne teatru

"Komediant" - reż. Agnieszka Olsten - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi
Materiały promocyjne teatru


niedziela, 18 września 2016

Francuskie musicale cz.2 "Les 3 Mousquetaires"

Kiedy lata temu obejrzałam musical “Le Roi Soleil” przepadłam. Prawdopodobnie żaden szanujący się polski teoretyk teatru nie uznałby powstających we Francji spektakli muzycznych za warte uwagi.

Jest to według mnie związane z faktem, że wśród teatrologów panuje dziwne przekonanie, że godne opisu i analizy są tylko tytuły, które są ciężkie, przeintelektualizowane i nie zaliczane do teatru rozrywkowego. Przez to w fachowej prasie nie pojawiają się recenzje musicali, które wśród teatrologów uznawane są za „gorszy sort”. Wszyscy będą pisać o spektaklach dramatycznych, choćby się nawet na nich nie znali. Pisanie o musicalu jest passé

Moje teksty o musicalach nie powstają z przekory. Piszę je w przekonaniu, że to właśnie ten gatunek teatralny jest w stanie sprawić, że dzieci, młodzież oraz dorośli ludzie, którzy do tej pory nie byli wielbicielami teatru, odnajdą w nim coś dla siebie. Musicale nie muszą być naiwne i banalne, wystarczy poświęcić trochę czasu na poznanie gatunku i okaże się, że niosą ze sobą mądry przekaz, ukryty w barwnych kostiumach i piosenkach.

Francuskie produkcje są niezwykłe, uparcie twierdzę, że to najlepsze spektakle muzyczne na świecie. Produkcje rodem z Broadwayu czy z West Endu nie mają dla mnie tyle uroku, choć nie twierdzę, że są pozbawione wartości. Ot, kwestia gustu. Od wiosny mam okazję sporo podróżować i podczas moich wyjazdów niezmiennie towarzyszą mi ulubione utwory. Jednak każda piosenka jest się w stanie znudzić, więc kilka miesięcy temu stwierdziłam, że muszę znaleźć nowe piosenki do mojej playlisty. Znalezienie najnowszego francuskiego musicalu nie było trudne.

musical, France, comedie musicale
Afisz stworzony do musicalu "Les 3 Mousquetaires"

„Les 3 Mousquetaires”/”Trzej Muszkieterowie” to tytuł znany każdemu. Wersji filmowych, bajek na podstawie powieści Aleksandra Dumasa nie jestem w stanie zliczyć. Motto „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” używane jest wszędzie, zaś losy dzielni muszkieterowie to siedemnastowieczni herosi. Można zadać sobie pytanie – po co Francuzi wracają do tej przetworzonej tyle razy fabuły? Odpowiedź jest prosta – ponieważ stać ich na to i mogą to zrobić :)

Jak napisałam w poprzednim poście – Francuzi uwielbiają oglądać motywy związane z historią swojej ojczyzny na scenie, zwłaszcza kiedy są one „zapakowane” we wspaniałą otoczkę. W przypadku „Les 3 Mousquetaires” forma, w jakiej zostanie zaserwowany ten musical zapowiada się wspaniale. Będzie w nim wszystko, czego oczekują wielbiciele francuskich produkcji – dobra muzyka, dobrzy twórcy i efekty sceniczne.

Nie chcę zagłębiać się w nazwiska, przytaczać poprzednie dzieła osób odpowiedzialnych za „Trzech Muszkieterów”. Ogólnie rzecz ujmując - część twórców współpracowała wcześniej z Cirque du Soleil.  Dla niezorientowanych – jeden z największych cyrków na świecie, nie zobaczycie tam zwierząt tylko monumentalną scenografię, barwne kostiumy, akrobatów, których popisy wywołują gęsią skórkę i dreszcze, a programy tego cyrku mają konkretną fabułę. Można więc być pewnym, że w „Les 3 Mousquetaires” popisów akrobatów nie zabraknie. 

musical, France, comedie musicale
Damien Sargue (Aramis)

Jednak musical to przecież nie tylko efekty, bez dobrej muzyki spektakl nie odniesie sukcesu. O to nie ma się co martwić – płyta z utworami stworzonymi na potrzeby tego tytułu jest już dostępna (mam ją :>), dawno nie słyszałam tak pop’owych kompozycji, których teksty nie zawsze pasują do toczącej się w siedemnastym wieku historii, ale kto by się nad tym zastanawiał? Mają dawać rozrywkę i to właśnie robią :)

Ogromnym plusem „Les 3 Mousquetaires” są nazwiska artystów obsadzonych w głównych rolach. Spotkałam się już z opinią, że producenci korzystają z faktu, że są to wokaliści znani i lubiani przez Francuzów, przez co cała kampania reklamowa bazuje na nich. Zgodzę się z tym, jednak nie widzę w takiej zagrywce najmniejszego problemu? Skoro w musicalu biorą udział artyści, którzy przed laty sprawdzili się w innych rolach, w innych produkcjach, można mieć gwarancję, że zaśpiewają dobrze i widzowie nie będą rozczarowani. Poza tym – w Polsce działa się podobnie. Znany aktor grający w danym spektaklu zdecydowanie bardziej przyciągnie widzów, niż świeżo upieczony absolwent akademii teatralnej. Popularne nazwisko połączone z talentem ( i urodą) wszędzie gwarantuje zainteresowanie publiczności.

musical, France, comedie musicale
Emji (Milady)

Poza tym, kolejnym powodem dla którego francuskie musicale cieszą się ogromną popularnością jest fakt, że po zagraniu kilkunastu występów w Paryżu, wyruszają w trasę koncertową po Francji. Jest to ogromnym ułatwieniem dla ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na podróż do stolicy. Wystarczy, że poczekają na to, aż musical zagości gdzieś bliżej nich. Nie jest to problemem, patrząc na kalendarium „Les 3 Mousquetaires” widać, że musical zostanie zagrany w większości dużych miast we Francji. Jest to męczące dla ekipy, jednak nie ukrywajmy – z ekonomicznego punktu widzenia bardzo opłacalne. 

Poza tym, sama zamierzam skorzystać z faktu, że „Trzej Muszkieterowie” będą wystawiani poza Paryżem. Połączę przyjemne z jeszcze milszym i zobaczę ten spektakl 6 maja 2017 roku w Forest National w Brukseli. Data wydaje się odległa, jednak bilety są już dostępne, ich cena jest zresztą bardzo przyjemna i już nie mogę się doczekać momentu, kiedy usłyszę „ Un jour” na żywo :D






Francuskie musicale cz.1

We francuskich musicalach zakochałam się jesienią osiem lat temu, od tego czasu ta pora roku należy do moich ulubionych. Długie wieczory sprzyjają oglądaniu nagrań spektakli na DVD oraz marzeniu, że kiedyś te niesamowite tytuły uda się obejrzeć w Polsce. 

Ku mojemu zachwytowi po osiemnastu latach od paryskiej premiery, jeden z moich ukochanych musicali – „Notre Dame de Paris” można oglądać w Polsce, jednak wiem, jak ciężka i długa była droga do tego przedsięwzięcia. Nie żywię więc nadziei, że inne cenione przeze mnie tytuły rodem z Paryża będę mogła obejrzeć w polskich wersjach językowych lub podczas trasy koncertowej uwzględniającej Polskę. O tym nawet nie śmiem marzyć.


Afisz promujący musical "Le Roi Soleil"/
"Król Słońce"
Musicale oraz spektakle muzyczne zaliczane są do ulubionych form teatralnych polskich widzów. Wcale mnie to nie dziwi i kibicuje teatrom muzycznym, które niewątpliwie starają się zapewnić widzom inscenizacje na najwyższym poziomie. Jednak oglądając wystawiane w Polsce musicale zdaje sobie sprawę z tego, że nasz język oraz typowe dla polskiego teatru rozwiązania artystyczne nie zawsze sprawdzają się przy produkcji musicali, przez co finalny efekt wielu miesięcy pracy nie zawsze porywa widzów. W kontraście do problemów, z którymi spotykają się polscy twórcy spektakli muzycznych pragnę przedstawić przykład kraju, w którym na prapremiery kolejnych tytułów widzowie czekają miesiącami, kibicując ich twórcom i uważnie obserwując cały proces powstawania nowych tytułów.


Tym rajem dla fanów musicali jest Francja. Kraj, w którym co roku powstaje kilka nowych, intrygujących tytułów, które muszą być naprawdę bardzo, bardzo słabe, aby nie cieszyły się popularnością. Francuzi uwielbiają musicale, a producenci tego gatunku teatralnego dbają o wiernych fanów. Jeszcze przed premierą musicali wydawane są płyty z piosenkami, które będzie można usłyszeć w danym spektaklu (w Polsce o ile płyty w ogóle się ukazują, ma to miejsce kilka miesięcy po premierze musicalu). Widzowie wiedzą, jakiego rodzaju muzykę usłyszą ze sceny, choć nawet przed zakupem płyt mogą się domyśleć – większość kompozycji tworzących francuskie musicale to bardzo pop’owe „kawałki”. 


Plakat stworzony na potrzeby musicalu
"Autant en emporte le vent"/
"Przeminęło z wiatrem"
Afisz ze spektaklu "Mozart. L'opera rock"

Ku mojemu zachwytowi piosenki te da się usłyszeć w radiu (zwłaszcza w NRJ, jest to jedna z najpopularniejszych stacji radiowych we Francji ). Dzięki temu na kilka miesięcy przed premierą danego tytułu przyszli widzowie są w stanie osłuchać się z muzyką, często na żywo – organizowane są występy artystów zaangażowanych do musicalu, niejednokrotnie wokaliści wykonują swoje piosenki ubrani w kostiumy, które później noszą podczas trasy koncertowej. W Polsce takie działania są nie do przyjęcia, ponieważ w naszym kraju wychodzi się z założenia, że jeśli ktoś będzie mógł posłuchać muzyki z danego spektaklu za darmo, a do tego zrobić sobie zdjęcie z ulubionym artystom, to nie przyjdzie na oficjalną premierę musicalu do teatru (czyli mówiąc językiem ekonomii – nie wyda X złotych na zakup biletu na spektakl). 


Wydaje mi się, że nie jest to właściwy punkt widzenia. Francuzi dzięki możliwości zapoznania się z głosami wokalistów wcielających się w główne postacie budują swoje zainteresowanie danym tytułem. Widzę to obserwując na portalach społecznościowych oficjalne profile francuskich musicali. Ogromne fale sympatii widzów wzbudzają filmiki zza kulis, nagrania z prób, zdjęcia przygotowywanych kostiumów, wywiady z artystami (nie tylko tymi wcielającymi się w główne postacie). Francuzi kochają musicale i okazują to bez zażenowania.


Dla mnie zaś nie ma piękniejszych musicali, niż te powstające we Francji. Wspominałam już o radiu NRJ, które należy do Le NRJ Groupe – jednego z największych producentów musicali w tym kraju. Tytuły, na produkcję których pieniądze przeznacza ta grupa, mają zagwarantowany sukces. Jednak nie tylko dlatego, że bogaty producent nie oszczędza na reklamowaniu swojego „produktu”. Wbrew pozorom sukces leży gdzie indziej. Twórcy odpowiedzialni za libretto i muzykę oraz reżyserię spektaklu muszą być profesjonalistami z wizją, jeśli są tacy – NRJ nie waha się z podpisaniem się pod daną produkcją. Tak było na przykład w przypadku „Le Roi Soleil” czy „1789. Les Amants de la Bastille”, które okazały się fenomenami we Francji. Siłą musicali, które obejmuje swoją produkcją NRJ są nazwiska ich twórców oraz muzyka. Dla dużej części polskich widzów piosenki powstające na potrzeby tych spektakli mogłyby się okazać zbyt klubowe. Tak, właśnie takie. Pragnę powtórzyć – współcześnie powstające we Francji musicale są pop’owe. Przy piosenkach pochodzących z tych przedstawień młodzi widzowie tańczą na imprezach. Według mnie jest to wspaniałe, ponieważ jeśli jest to metoda pozwalająca na dotarcie do młodych ludzi i zachęcenie ich do pójścia na przedstawienie, nie widzę najmniejszego problemu. Sama przy nich tańczę, kiedy nikt nie patrzy ;)


Inną kwestią jest fakt, że mając na myśli „duże produkcje” faktycznie myślę o ogromnych przedsięwzięciach. W Polsce co jakiś czas pojawiają się plany stworzenia musicalu, który można by wystawiać w halach sportowych (na przykład w Atlas Arenie, czy Gdańsk Ergo Arena) jednak okazują się one marne i nie dochodzą do skutku, lub co smutne – umierają śmiercią naturalną już po kilku wieczorach. Tymczasem głównym miejscem, w którym w Paryżu można zobaczyć do roku zapierający dech w piersiach musical jest Palais des Sports. Kiedy polskie teatry szczycą się tym, że ich liczące maksymalnie 1000 widzów Duże Sceny (uogólniłam w tym momencie) są wypełnione, podczas wystawiania musicalu w Palais des Sports co wieczór gromadzi się w nim ponad 4000 tysiące fanów musicalu. Doliczając do tego trasę koncertową (zazwyczaj po Francji i Belgii, czasami w grę wchodzi jeszcze Szwajcaria czy gościnne występy w Kanadzie) możemy zobaczyć różnicę w odbiorze i popularności musicali w Polsce i we Francji.


Afisz promujący musical
"1789. Les Amants de la Bastille"/
"1789. Kochankowie z Bastylii"

Francuskie musicale są ogromne, spektakularne i drogie, zwłaszcza kiedy ich koszt należałoby przeliczyć na złotówki. Nikogo kto widział choć jeden tytuł sygnowany przez Le NRJ Groupe to nie dziwi. Wykorzystane w tych tytułach efekty są zachwycające. Przyznam się w tym miejscu, że uwielbiam efekciarstwo w teatrze. Jednak nie może być tanie i przewidywalne. Nie mniej zapadnie, multimedialna scenografia, wykorzystanie materiałów wybuchowych <nie zawsze w sposób bezpieczny>, akrobaci, lasery, prawdziwy ogień i inne efekty, od których na mojej twarzy pojawia się uśmiech zachwyconego dziecka, są gwarancją tego, że widzowie przyjdą na spektakl i co lepsze – wrócą na niego za miesiąc, za trzy miesiące, za rok. 


Najlepsze duże, francuskie produkcje opierają się na znanych Francuzom historiach i postaciach rodem z historii ich kraju. Opowieść o Dzwonniku z Katedry Notre Dame, życie Ludwika XIV, wydarzenia Rewolucji 1789 roku choć są znane widzom, nie nudzą ich. Co więcej – mam wrażenie, że przypadają im do gustu bardziej niż opowieści znane w całej Europie (na przykład opowieść o Robin Hoodzie, zawarta w Starym Testamencie historia 10 przykazań, legenda o Draculi). Francuzi uwielbiają oglądać na scenie przeszłość swojego państwa. Najlepiej jeśli jest ona okraszona pięknymi kostiumami, w główne role zaś wcielają się ulubieńcy publiczności. Jeśli te czynniki są spełniane, wkład pracy, czasu oraz funduszy włożonych w musical zwróci się twórcom i producentom z dużą nawiązką :)


W tym momencie przerwę, ponieważ widzę, że kilka słów które miały być wstępem, niezwykle się rozrosło, stając się długim postem. Podzielę mój wykład na części, żeby był lekkostrawny i nie nudził, nie każdy jest przecież takim frankofilem jak ja ;)


niedziela, 11 września 2016

Notre Dame de Paris - prapremiera

Spektakl „Notre Dame de Paris” miał swoją premierę w 1998 roku. Od tego czasu uznawany jest za jeden z najlepszych musicali na świecie. Nie chcę Was jednak zasypywać informacjami w stylu “kto? kiedy? gdzie?”. Twórców odpowiedzialnych za jego sukces nie będziecie kojarzyć. Z wykonawców głównych ról w paryskiej obsadzie znacie tylko Garou. Prawidłowo, ponieważ to ten spektakl otworzył wokaliście drzwi do wspaniałej kariery.


"Belle"

„Notre Dame de Paris” było wystawiane w kilku krajach, doczekało się paru wersji językowych, jednak przez wiele lat było tytułem nieosiągalnym dla żadnego z polskich teatrów. Umowa licencyjna (czyli porozumienie, na podstawie którego dana instytucja mogłaby wystawić własną wersję tego musicalu) była bardzo droga. Kiedy półtora roku temu jeden z moich wykładowców powiedział mi, że Teatr Muzyczny w Gdyni prowadzi rozmowy z agencją, która jest licencjodawcą tego tytułu, byłam zachwycona. Szansa, że zobaczę jeden z moich ulubionych musicali w Polsce, była nie lada gratką!

Od tego czasu upłynęło wiele miesięcy, nie mniej wczoraj zabrzmiały dzwony… Dzwony paryskiej katedry Notre Dame, dookoła której zbudowana jest fabuła musicalu. Historia przepiękna i smutna, którą wielu z Was zna z filmu, inni z powieści Wiktora Hugo. Opowieść o miłości, odrzuceniu, szaleństwie, zdradzie oraz o wygnaniu. W obecnej chwili błagania „obcych”, którzy u stóp katedry proszą o azyl, brzmią jednoznacznie…

"Azyl". Wśród tancerzy Clopin

Gdyńskiemu teatrowi udało się uzyskać licencję, jednak za niebagatelną jak na polskie warunki kwotę i nie bez ograniczeń. Za kształt spektaklu odpowiedzialności wzięli francuscy twórcy, narzucając musicalowi określoną formę. Dało to gwarancję, że spektakl będzie dopracowany i widzowie uwielbiający oryginalną wersję nie będą zawiedzeni. Na gdyńskiej Scenie zobaczyłam techniczny majstersztyk.

"Kolia z diamentów". Phoebus i Fleur de Lys

Do tej pory oglądałam nagrania musicalu z czasów, gdy był wystawiony w Paryżu. Fascynowała mnie muzyka, która porywała, choreografia zapierająca dech w piersiach i wykonawcy, wśród których miałam swoich ulubieńców. Kiedy dotarłam wczoraj do Teatru Muzycznego na chwilę się zawahałam, zadając sobie pytanie, co będzie jeśli spektakl, na który czekałam ponad rok, okaże się słabszy niż ten, którego nagrania oglądałam? Moje nadzieje zostałyby zmarnowane…

"Czas katedr". Gringoire

Usiadłam na swoim miejscu na balkonie, mając doskonały widok na całą scenę, odetchnęłam głęboko, spektakl się rozpoczął. Pierwszy utwór „Czas katedr” doprowadził mnie do łez, spodziewałam się tego (za dużo emocji na raz). Jednak gdy piosenka się skończyła wiedziałam, że polska inscenizacja “Notre Dame de Paris” będzie wspaniała.

Kostiumy artystów były identyczne z tymi używanymi w paryskiej wersji. Zresztą, takie było założenie umowy - przy polskiej wersji językowej piosenek, pozostałe elementy miały zostać bez zmian. Dlatego artyści występujący w Gdyni wyglądają tak samo, jak oryginalna, pierwsza obsada. Ruszają się na scenie w ten sam sposób, zachowano pierwotną choreografię i ruch sceniczny, co mnie ogromnie ucieszyło, ponieważ jak wspominałam w poście zapowiadającym ten musical, choreografia stworzona na potrzeby tego tytułu to czysta perfekcja. Zobaczenie na scenie doskonałych tancerzy i akrobatów potwierdziło, że „Baduszkowa” wie, kogo angażować do pracy.

"Belle". Scena grupowa, na pierwszym planie Esmeralda

Muzyka trafia do serca, ten musical ma jedną z najlepszych uwertur, jaką znam!  Posługuję się językiem francuskim, rozumiem oryginalne teksty piosenek i jestem do nich przyzwyczajona. Wiem jednak, że oddanie w języku polskim treści tego spektaklu w taki sposób, by być zgodnym z melodią słów, emocjami postaci i muzyką, nie jest zadaniem prostym. Mimo to, bałam się, że polskie teksty piosenek zniszczą urok tego musicalu. Niepotrzebnie, powinnam zaufać talentowi i umiejętnościom tłumacza, którego znam od lat i który język francuski traktuje jak świętość. Nie zawiódł i chyba żaden z wielbicieli tego tytułu nie powie, że tłumaczenie jest złe, a piosenki stworzone przez Zbigniewa Książka nie zapadają w pamięć. Jest wręcz przeciwnie! Skoro po jednym przesłuchaniu większości z nich jestem w stanie przypomnieć sobie słowa, to sytuacja jest jasna. Polska wersja językowa nie są wprawdzie idealna, jednak jest dobra. To wystarcza.

"To Ty mnie zniszczysz". Frollo i Esmeralda

Nie oddam Wam słowami tego, co działo się na scenie, przede wszystkim chyba nie chcę… Mam poczucie, że jeśli opiszę swoje odczucia, to zniszczę je, przestaną być tylko moje. Zdecydowanie sobie tego nie życzę! Znam „Notre Dame de Paris” od ośmiu lat i zobaczenie tego spektaklu na żywo było moim marzeniem, dlatego nie chcę owijać mojego prywatnego cudu w ględzenie…Mogę tylko napisać, że polecam to widowisko każdemu, ponieważ zawiera w sobie całą magię teatru muzycznego - jak dla mnie najwspanialszej formy teatralnej na świecie!

Quasimodo
(Wszystkie zdjęcia wykorzystane w poście są autorstwa Piotra Manasterskiego)



„Notre Dame de Paris”
Prapremiera polska: 9 września 2016
Libretto i teksty piosenek: Luc Plamondon
Muzyka: Richard Cocciante
Tłumaczenie: Piotr Olkusz
Songi: Zbigniew Książek
Reżyseria: Gilles Maheu
Choreografia: Martino Müller
Scenografia: Christian Rats
Kostiumy: Fred Sathal
Oświetlenie: Alain Lortie


sobota, 3 września 2016

Jesień w teatrach cz.2

Dziś druga część przeglądu spektakli, które chciałabym obejrzeć tej jesieni.

Teatr Rozrywki w Chorzowie to miejsce, które posiada w swoim repertuarze bardzo interesujące tytuły. Najświeższym z nich jest „Młody Frankenstein”, musical autorstwa Mela Brooksa. Nazwisko twórcy mówi samo za siebie, dlatego na scenie spodziewam się inteligentnego humoru i komizmu sytuacyjnego. Nie oglądałam do tej pory żadnego przedstawienia reżyserowanego przez Jacka Bończyka, nie wiem też czego się spodziewać po przekładzie piosenek na język polski. „Młody Frankenstein” bardzo mnie ciekawi :)


musical, teatr, rozrywka, chorzów, frankenstein
Jedno ze zdjęć wykonanych na potrzeby promocji spektaklu.
Własność Teatru Rozrywki w Chorzowie
W chorzowskim teatrze chciałabym zobaczyć także „Billego Elliota”, cenione na West Endzie widowisko z muzyką skomponowaną przez Eltona Johna. Polscy widzowie powinni kojarzyć tę fabułę z filmu pod tym samym tytułem, którego premiera odbyła się w 2000 roku. Była to opowieść o chłopcu, który wbrew woli rodziców i negatywnej opinii społeczności, w której się wychowywał, starał się zrealizować marzenie o dostaniu się do Królewskiej Akademii Tańca. Podobno ogromnym atutem chorzowskiego musicalu jest choreografia. Okaże się na żywo…
spektakl, teatr, Chorzów, musical, Billy Elliot
Afisz promujący chorzowską produkcję
Łódzki Teatr Muzyczny na 8 października przygotowuje premierę operetki „Wielka Księżna Gerolstein”.  Nie byłam w tym teatrze od roku, ostatni raz oglądałam w nim musical „Jesus Christ Superstar”. Premiera operetki jest interesującym wydarzeniem, ponieważ duża część polskich teatrów muzycznych odchodzi od realizowania tego gatunku. Operetka nie jest tak popularna, jak musical (choć to na jej fundamentach powstał ten rodzaj widowisk teatralnych), dlatego decyzja o dodaniu kolejnego tytułu do repertuaru łódzkiego Teatru Muzycznego może się wydawać odważna. Jednak nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ zespół tego teatru lepiej wypada w tym gatunku.

premiera, operetka, Łódź, wielka księżna
Plakat promujący operetkę. Materiał Teatru Muzycznego w Łodzi
W repertuarze Teatru Muzycznego w Łodzi znajduje się musical „Cyrano”, którego też nie miałam okazji obejrzeć. Spektakl doczekał się bardzo skrajnych recenzji, co wydaje mi się nadzwyczaj interesujące, lubię weryfikować docierające do mnie opinie. Poza tym, za punkt honoru przyjęłam sobie, że w tym sezonie artystycznym będę na bieżąco oglądać przedstawienia w łódzkich teatrach, postanowienie dotyczy również Teatru Muzycznego.

Plakat stworzony do musicalu "Cyrano" (bardzo lubię ten projekt).
 Materiał Teatru Muzycznego w Łodzi
Ostatnim z musicalowych tytułów, na który powinnam się wybrać, jest „Rodzina Addamsów” w Teatrze Miejskim (jeszcze niedawno Muzycznym) w Gliwicach. Nie jestem przekonana, że to widowiska przypadnie mi do gustu (wydaje się być bardzo "broadwayowskie", jednak ten spektakl interesuje mnie z prawnego punktu widzenia, konkretnie chodzi mi o umowę licencyjną, na podstawie której jest realizowany na Śląsku. Poza tym, w obsadzie widowiska znaleźli się artyści, których znam z innych produkcji i sądzę, że warto zobaczyć ich kolejne kreacje aktorskie i wokalne.

Plakat "Rodziny Addamsów", świetne hasło reklamowe ;)
Materiał Teatru Muzycznego w Gliwicach. 
Tymczasowo to chyba wszystkie musicale ( i operetka), które zamierzam obejrzeć jesienią. Mam nadzieję, że uda mi się na nie wybrać. W tak zwanym międzyczasie będę oglądała spektakle dramatyczne, więc sezon 2016/2017 zapowiada się pracowicie. 

czwartek, 1 września 2016

Jesień w teatrach cz.1

Rozpoczęcie sezonu artystycznego w polskich teatrach muzycznych już za kilka dni. Przygotowując się do napisania tego tekstu, sądziłam, że w repertuarach pojawi się więcej nowych tytułów. Tymczasem tylko kilka teatrów muzycznych przygotowuje nowe przedstawienia z myślą o hucznym rozpoczęciu kolejnego sezonu. 

Muszę przyznać, trochę się zawiodłam. Nie powinnam jednak narzekać, ponieważ jeśli uda mi się zobaczyć jesienią każdy z interesujących mnie spektakli, będzie to bardzo intensywny i obfitujący w podróże po Polsce okres.

Sezon artystyczny 2016/2017 zainauguruję w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Już za tydzień, 9 września, odbędzie się tam premiera musicalu „Notre Dame de Paris”. Pisałam o nim wcześniej, nie będę się powtarzać, choć za każdym razem, kiedy uświadamiam sobie, że moje musicalowe marzenie się spełni, uśmiecham się jak dziecko. Bilet na premierę czeka na mnie od marca, podejrzewam, że nie obejdę się bez chusteczek higienicznych. Usłyszę pierwsze takty uwertury i rozpłaczę się ze szczęścia… Miałam nie rozpisywać się o tym spektaklu, a właśnie to robię, więc przejdę dalej ;)

Chciałabym, aby kolejnym teatrem muzycznym, jaki odwiedzę wczesną jesienią, był Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu. W październiku na Dużej Scenie odbędzie się premiera przedstawienia o intrygującym tytule „Liżę twoje serce”. Spektakl reżyseruje Agnieszka Glińska, artystka, której realizacje są doceniane przez widzów w całej Polsce. Skrycie liczę na to, że spektakl okaże się być dobry, a teksty piosenek stworzonych na jego potrzeby będą uwodzić.

Zdjęcie z próby spektaklu "Liżę twoje serce". Materiał Teatru Muzycznego Capitol

Mam lekkie zaległości w produkcjach wrocławskiego teatru, dlatego będę „polowała” na bilety na wielki hit Capitolu z poprzedniego sezonu, mianowicie na „Trzech Muszkieterów”. Fabuła tego musicalu opiera się na słynnej powieści Aleksandra Dumasa. Słuchałam piosenek pochodzących z  tego widowiska i jestem nimi zachwycona! Są na bardzo wysokim poziomie i co najważniejsze, zapadają w pamięć (mimo, że nie mają popowego charakteru), dzięki czemu nuci się je nawet po kilku dniach od przesłuchania płyty! Dlatego też spodziewam się wspaniale spędzonego czasu podczas mojej wizyty w Capitolu.

Plakat promujący musical "Trzej muszkieterowie". Materiał Teatru Muzycznego Capitol
Kierując się chęcią nadrabiania teatralnych zaległości, koniecznie muszę wpisać w swoje wyjazdowe plany Warszawę. Teatr Muzyczny ROMA od kilku lat jest przeze mnie omijany, prawdę powiedziawszy, nie wiem, co jest tego powodem… Bez względu na wszystko, muszę przekonać się, czy wszystkie pozytywne recenzje warszawskiej wersji musicalu „Mamma Mia!” opisują prawdziwy poziom tego spektaklu? Chciałabym, aby tak było, ponieważ uwielbiam piosenki grupy ABBA, z których składa się ten słynny musical. Mam też ogromny sentyment do ROMY i występujących tam artystów, dlatego wierzę, że ich obecny hit podbije moje serce jak niegdyś „Upiór w operze”.

"Mamma Mia!" - jedno ze zdjęć promujących spektakl. Materiał Teatru Muzycznego ROMA

Od losu i odrobiny szczęścia zależy moja obecność na premierze musicalu „Zakonnica w przebraniu”, którego premiera zaplanowana jest na 1 października w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Ten teatr jest mi zupełnie obcy, jeszcze nigdy w nim nie byłam, głównie dlatego, że nie interesowały mnie dotychczas prezentowane tam spektakle. Najnowsza produkcja tego teatru także nie wywołuje we mnie euforii, głównie dlatego, że nie jestem fanką filmu o tym samym tytule. Postanowiłam jednak dać sobie szansę zapoznania się z technicznymi możliwościami poznańskiego Teatru Muzycznego.

Plakat promujący spektakl "Zakonnica w przebraniu". Materiał Teatru Muzycznego w Poznaniu


To oczywiście nie wszystkie moje plany na jesienne wizyty w teatrze, ba! To nawet nie połowa ;) Nie chcę jednak wymieniać każdego spektaklu w jednej notatce, ponieważ powstałby bałagan. Dalszy ciąg za chwilę ;)