poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Mistrz i Małgorzata - Teatr Muzyczny Capitol

Dziś dalszy ciąg opowieści o moich smutnych doświadczeniach z musicalowymi wersjami „Mistrza i Małgorzaty”. Tym razem opiszę wrażenia, jakie wywołała u mnie inscenizacja Wojciecha Kościelniaka. Bardzo cenię sobie przedstawienia przygotowywane przez tego reżysera, dlatego jechałam do wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol z poczuciem, że będę zachwycona oglądanym musicalem. Myliłam się :/

musical, capitol
Behemot i Korowiow. Zdjęcie: Łukasz Giza

Wrocławska wersja „Mistrza i Małgorzaty” jest wierna fabule powieści Michaiła Bułhakowa. Przez to jest też zdecydowanie dłuższa od inscenizacji z Teatru V6, trwa ponad 3 godziny. Nie jest to zaskakująca długość, jeśli chodzi o musical, niestety w przypadku spektaklu Kościelniaka, przedstawienie było pełne dłużyzn. Sceny, które miały znaczenie w powieści, w spektaklu wydawały się zbędne i sprawiały, że ginął rytm musicalu.

W inscenizacji Capitolu najbardziej problematyczne okazały się być dla mnie teksty piosenek. Piotr Dziubek skomponował muzykę, której klimat idealnie oddawał atmosferę Moskwy z lat trzydziestych XX wieku. Jednak w przypadku „Mistrza i Małgorzaty” potwierdziła się moja opinia o tym, że język polski nie sprzyja tworzeniu musicali. Choć teksty piosenek napisane przez Rafała Dziwisza na potrzeby spektaklu są mądre, nie zapadają w pamięć, nie nuci się ich po powrocie do domu. Jest to główny problem tego musicalu. Czemu tak jest? Ponieważ według mnie język polski nie jest tak chwytliwy jak angielski, czy francuski. Jest zbyt sztywny, zasób słownictwa nie jest w stanie oddać wszystkich emocji, które towarzyszą postaciom. Nawet z rymami pojawia się problem, ponieważ te najprostsze, mogłoby się wydawać, że najlepsze, okazują się być tandetne, kiedy buduje się na nich teksty piosenek. Z drugiej strony pozbycie się fundamentu, jaki daje rymowanie sprawia, że utworów się nie zapamiętuje. Dlatego autorskie, tworzone w języku polskim musicale muszą zapadać w pamięć innymi elementami.

musical, capitol, mistrz i małgorzata
Hella. Zdjęcie: Łukasz Giza

Na uwagę w „Mistrzu i Małgorzacie” zasługują kostiumy. Do gustu szczególnie przypadły mi wykorzystywane przez aktorów wcielających się w świtę Wolanda, którym w przeistoczeniu się w demoniczną zgraję  pomogła charakteryzacja. Patrzyło się na nich z prawdziwą przyjemnością :)

Wspominałam, że „Mistrz i Małgorzata” okazał się spektaklem, z którego wyszłam przed jego zakończeniem. Dobrze, że siedziałam blisko wyjścia i moje przedwczesne opuszczenie widowni nie przeszkodziło innym widzom. Dlaczego wyszłam? Nie byłam w stanie znieść dłużyzny zakończenia musicalu. Opuszczenie Moskwy przez głównych bohaterów w powieści zostało wspaniale opisane, jednak miałam wrażenie, że reżyserowi zabrakło pomysłu na przeniesienie wydarzeń z książki na deski sceny. Dlatego zamiast zapierającego dech w piersiach finału, reżyser zaserwował widzom przegadaną scenę. Poza tym Tomasz Wysocki, wcielający się w postać Wolanda bardzo mnie zawiódł, nie pasował mi do roli Szatana i męczyła mnie każda minuta jego występu. Wyszłam 15 minut przed zakończeniem spektaklu, w trakcie sceny z jego udziałem.

musical, Capitol
Behemot, Małgorzata, Woland oraz Hella. Zdjęcie: Łukasz Giza


Na pewno „Mistrza i Małgorzaty” Teatru Muzycznego Capitol nie można nazwać złym musicalem, jego poziom jest bardzo wysoki. Muzyka jest bardzo dobra, scenografia oraz kostiumy są miłe dla oka, aktorzy grają i śpiewają nienagannie (na ogół). Jednak zawiodły teksty piosenek, a przecież to ich chwytliwość mogłaby sprawiać, że spektakl stanie się słynny i ceniony przez widzów. 

Pozytywnym aspektem jest to, że powstają kolejne polskie, autorskie musicale, powoli odchodzi się od kupowania praw do zagranicznych tytułów. Choć w dalszym ciągu odczuwam straszny niedosyt, ponieważ „Mistrz i Małgorzata” jest idealnym materiałem na musical, jednak bardzo trudnym i w dalszym ciągu pokonuje najlepszych reżyserów. 

musical, capitol
Główni bohaterowie musicalu. Zdjęcie: Łukasz  Giza


MISTRZ I MAŁGORZATA
według powieści MICHAIŁA BUŁHAKOWA

reżyseria, tłumaczenie i adaptacja: WOJCIECH KOŚCIELNIAK
teksty piosenek: RAFAŁ DZIWISZ
muzyka i kierownictwo muzyczne: PIOTR DZIUBEK
scenografia i wizualizacje: DAMIAN STYRNA
kostiumy: BOŻENA ŚLAGA
choreografia: JAROSŁAW STANIEK

piątek, 26 sierpnia 2016

Atrament dla leworęcznych

Dwa dni temu miałam okazję obejrzeć przedziwny spektakl. W Domu Literatury Teatr KTO prezentował „Atrament dla leworęcznych”, ostatnie konkursowe przedstawienie w ramach Przeglądu XVIII edycji Letniej Sceny. 

Nie widziałam wszystkich konkursowych przedstawień, nie w każdą środę miałam czas i chęć, aby spędzać wieczór na kontakcie z teatrem, jednak muszę stwierdzić, że obejrzane przeze mnie przedstawienia, nie należały do najlepszych. 

Bardzo w tym momencie generalizuję, być może powinnam się tego wystrzegać, jednak 90% czytających moje wpisy, to osoby, których moje drążenie tematu konwencji, stylów, gry aktorskiej zmęczy i znudzi. Dlatego będzie konkretnie, jasno i bez owijania w bawełnę.

„Atrament dla leworęcznych” doprowadził do sytuacji, kiedy siedząc na widowni, myślałam tylko jedno – czemu to sobie robisz, dziewczyno?  Popisy aktorskie prezentowane na scenie były strasznie męczące, momenty śmiechu, który udało się aktorom wzbudzić wśród widzów, nie rekompensowały słabego charakteru spektaklu.

atrament dla leworęcznych, plakat
Plakat reklamujący spektakl


O czym był „Atrament dla leworęcznych”? Był zestawem scenek (chciałabym powiedzieć „rodzajowych” ale byłoby to przekłamanie), prezentujących sytuacje dnia codziennego, jednak bardzo mocno przerysowane. W każdej z nich dużą rolę odgrywał kapelusz, który miał demiurgiczną moc i zdawał się być sprawcą wszystkich wydarzeń.

Czwórka aktorów oglądanych na scenie tylko momentami bawiła, częściej denerwowała. Robienie głupich min, cmokanie, przesiadanie się z krzesła na krzesło nie było w najlepszym guście. Nawet białe rajstopy na męskich nogach nie zdołały uratować sytuacji. Humoru w formie, która faktycznie mogłaby wywołać salwę śmiechu, nie stwierdziłam. Przed obejrzeniem spektaklu poczytałam opinie o nim i zdecydowana większość opiewa pozytywne odczucia widzów. Łódzka widownia nie wygwizdała aktorów, nikt nie wyszedł w trakcie występu, kilka razy zdarzyło się widzom zaklaskać, więc można zaliczyć to do pozytywnego odbioru spektaklu. Nie mniej ludzi płaczących ze śmiechu nie dostrzegłam. Patrzyłam uważnie, ponieważ w chwili, kiedy na scenie wykorzystywano zgrany motyw plucia przeżutym jedzeniem, mój poziom zniesmaczenia wzrósł. Jak zauważyłam, nie tylko mój.

„Atrament dla leworęcznych” miał swoją premierę w 2008 roku,  jest spektaklem znanym w całej Polsce. „Intrygujący”, „znakomita komedia”, „błyskotliwy humor” to tylko przykładowe stwierdzenia wyrwane z recenzji tego przedstawienia. Dwa dni temu nie widziałam w tym spektaklu niczego, co zasługiwałoby na tak pozytywne słowa. Przedstawienie męczyło, aktorzy chcieli być zabawni na siłę, teksty padające na scenie nie zapadały w pamięć, a osiemdziesiąt minut spędzonych na oglądaniu występu to czas stracony.

Staram się jakoś wytłumaczyć sobie słaby poziom spektaklu, który chwalą recenzenci z całej Polski. Może artyści byli zmęczeni? Może nie byli w stanie oddać w pełni uroku tego spektaklu na małej scenie Domu Literatury? Wszystko da się przecież jakoś wytłumaczyć. Może problem tkwi nie w spektaklu, a we mnie? Możliwe, nie wykluczam żadnej opcji. Aby być uczciwą względem siebie muszę powiedzieć jedno – zdecydowanie nie polecam „Atramentu dla leworęcznych”.

„Atrament dla leworęcznych”
autor: Krzysztof Niedźwiedzki
obsada: Jacek Buczyński, Norbert Burkowski, Paweł Rybak, Maciej Słota

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Mistrz i Małgorzata - Grupa Teatralna VERDE

Co jakiś czas wracam do jednej z moich ulubionych powieści, konkretnie do „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa. Czytam swoje ulubione fragmenty, rozdziały. Ta książka poprawia mi nastrój i chciałabym zobaczyć dobry musical oparty na jej fabule. Podkreślam słowo „dobry”, ponieważ do tej pory miałam okazję obejrzeć dwa przedstawienia noszące dumny tytuł „Mistrz i Małgorzata”, niestety z żadnego nie jestem zadowolona.

Powieść „Mistrz i Małgorzata” pokochałam ponad 10 lat temu. Uważam, że każdy powinien znać tę wielowątkową historię, jednak nie żyjemy w idealnym świecie, w którym ludzie cenią mądre książki, więc musi mi wystarczyć fakt, że moi przyjaciele znają jej fabułę ;)

Jakiś czas po pierwszej lekturze, znalazłam w Internecie informacje o tym, że w jednym z łódzkich teatrów wystawiany jest musical na podstawie powieści. Byłam zachwycona i oczywiście zdecydowałam, że jadę! Nie mieszkałam jeszcze wtedy w Łodzi, jednak przyjazd do miasta włókniarzy nie był wielką wyprawą. Na spektakl wybrała się ze mną przyjaciółka, również zakochana w stylu Bułhakowa.

Moim pierwszym spotkaniem z musicalową wersją „Mistrza i Małgorzaty” był spektakl Grupy Teatralnej VERDE, która w Teatrze V6 prezentowała autorską inscenizację. Na jej potrzeby stworzono muzykę oraz piosenki, skromnym nakładem kosztów wykonano dekorację oraz przygotowano kostiumy. Z jednej strony bardzo miło wspominam swoje wrażenia z wieczoru, kiedy oglądałam ten musical. Lubię pochodzące z niego piosenki, uważam, że są świetne, dlatego wczoraj postanowiłam przypomnieć sobie, jak spektakl prezentował się na scenie jako całość? Posiadam nagranie tego musicalu z 2010 roku, do tej pory obejrzałam je tylko raz, zaraz po kupieniu płyty. Przez wczorajszą niepogodę i padający przez cały dzień deszcz, wpadłam na pomysł, żeby przypomnieć sobie ten musical. Niestety, był to błąd.


musical Grupa Teatralna VERDE
CD oraz DVD z musicalu

Czemu obejrzenie nagrania okazało się złym pomysłem? Otóż dotarło do mnie, że w ciągu kilku lat moje poczucie estetyki zmieniło się i cały seans spędziłam z myślą „Jak mogłam uważać, że to był dobry spektakl??” Chciałabym powtórzyć w tym miejscu , że „Mistrz i Małgorzata” VERDE nie był wysokobudżetową produkcją i nie mam (większych) zastrzeżeń do scenografii oraz przygotowanych kostiumów. Akurat pod tym względem przedstawienie się broniło. Moje zdumienie wzbudziła konwencjonalność gry, jaką prezentowali odtwórcy ról w tym musicalu. Nie raz teoretycy teatru podkreślają fakt, że w widowiskach muzycznych gra aktorska jest mniej ważna od umiejętności wokalnych i tanecznych. Żaden z wielbicieli musicalu nie oczekuje od artystów występujących w tego rodzaju spektaklach porywających technik aktorskich. Mile widziane są chociaż dostateczne zdolności, niestety zdałam sobie sprawę, że w łódzkiej inscenizacji „Mistrza i Małgorzaty” nie wszyscy wykonawcy je posiadali. To mogłabym przecierpieć, jednak kiedy na nagraniu moje uszy dobiegły fałszywe dźwięki jednej z piosenek, zamarłam.

Problematyczny okazał się fakt, że na posiadanej przeze mnie płycie CD zawierającej muzykę ze spektaklu, piosenki śpiewa obsada inna od tej, którą mogłam obserwować na żywo i której występ został później nagrany na DVD. Co jest według mnie kompletnie nielogiczne, ponieważ wokaliści, których słucham wracając do piosenek z tego spektaklu byli o niebo lepsi, niż ludzie, których występ udało się uwiecznić dla potomności. Ktoś tu podjął nie do końca przemyślaną decyzję...

Wracając do mojego seansu, „im głębiej w las, tym więcej drzew”. Zadziałał stały schemat – dostrzegłam jedno potknięcie i na siłę skupiałam się, by zauważyć kolejne. Tym sposobem choreografia i ruch sceniczny straciły swój urok, okazując się niedopracowane, aktorzy śpieszyli się z tekstem, kilka razy wchodząc sobie nawzajem w słowo, zaś o jakości samego nagrania nie wspomnę.

Nagrywanie spektakli jest trudne, zwłaszcza że oglądając przedstawienie na żywo, widzowie są w stanie objąć wzrokiem całą scenę, dostrzec elementy, które bardziej ich interesują, skupić się na gestach aktorów. W trakcie filmowania widowiska pojawiają się kłopoty, ponieważ plan ogólny się nie sprawdza (nie widać szczegółów), zaś ogarnięcie wszystkich elementów spektaklu, każdego fragmentu sceny, wymaga użycia kilku kamer. W przypadku nagrania z Teatru V6, ekipa techniczna nie poradziła sobie, co doprowadziło do „ucięcia” boków sceny, na których także toczyła się akcja. Szkoda!

Inscenizacja Grupy Teatralnej VERDE mogła być naprawdę świetnym musicalem, gdyby poważnie go dopracować i przemyśleć każdy element. Odniosłam wrażenie, że ktoś miał wspaniały pomysł, ogromny entuzjazm do zrealizowania tego projektu, jednak w trakcie pracy zmęczył się i zgodził na „bylejakość”. 

musical grupa VERDE Mistrz i Małgorzata
Bilet na "Mistrza i Małgorzatę" - to ulubiony egzemplarz z mojej kolekcji biletów <3


Przedstawiłam Wam moje uwagi do pierwszej muzycznej wersji „Mistrza i Małgorzaty”, jaką miałam okazję zobaczyć. W kolejnej części opiszę nowszą inscenizację, która niestety nie uwiodła mnie, co więcej – po raz pierwszy doprowadziła do mojego wyjścia ze spektaklu przed jego zakończeniem, a to się praktycznie nie zdarza…

"Mistrz i Małgorzata" Grupa Teatralna VERDE
reżyseria: Marta Malinowska
libretto i teksty piosenek: Bogusława Krajewska
muzyka: Jakub Krzewiński
kostiumy: Katarzyna Kwapińska, Anna Olczak
scenografia: Katarzyna Kwapińska, Anna Olczak, Marcin Malinowski
choreografia: Antonina Jakubowska
szef artystyczny Grupy Teatralnej VERDE: Krzysztof Wawrzyniak

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czekając na "Notre Dame de Paris"

Wczoraj zastrajkowałam i nie poszłam na kolejny spektakl w Domu Literatury. Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się wychodzić z mieszkania ;) Dlatego zamiast kolejnej recenzji, dziś post o jednym z moich ulubionych musicali. Powinnam napisać o nim za jakiś czas, bliżej września ale natchnienie dopadło mnie dziś, więc je wykorzystam.

„Notre Dame de Paris” obejrzałam po raz pierwszy siedem lat temu. Kumpel z hakerskimi zdolnościami zdołał tylko sobie znanymi kanałami dotrzeć do nagrania spektaklu, z czasów, kiedy musical wystawiano w Paryżu. W obecnej chwili plik hula po sieci i przedstawienie można obejrzeć na większości stron oferujących filmy online, jednak jeszcze kilka lat temu nie było tak lekko ;) „Notre Dame de Paris” to musical na podstawie powieści Wiktora Hugo „Katedra Marii Panny w Paryżu”. Gdyby tytuł nic Wam nie mówił, uproszczę – każdy kojarzy film „Dzwonnik z Notre Dame” albo animację Disneya o tym samym tytule. W musicalu opowiedziana jest ta historia. 

Piękna (ale naiwna) Esmeralda, oszpecony garbus Quasimodo, przystojny prostak Febus oraz archidiakon Frolllo (moja ulubiona postać) to najpopularniejsi bohaterowie rodem z powieści Hugo. Musical dość wiernie trzyma się stworzonej przez pisarza osi wydarzeń. Jest to też jeden z nielicznych spektakli muzycznych, który źle się kończy.

W stosunku do „Notre Dame de Paris” używam określenia musical, jednak opinie na temat tego, czym właściwie jest to widowisko, są podzielone. Spotkałam się ze stwierdzeniami, że jest to koncert (co jest dla mnie doprawdy idiotyczne). Upieram się przy swoim zdaniu, ponieważ w spektaklu tym użyte zostały wszystkie składniki tworzące musical (zachowano formę teatralną, jest muzyka, piosenki, pojawiają się dialogi oraz taniec), bardzo dobrze ze sobą zespolone. Skoro charakter „Tańca Wampirów” nie wzbudza niczyich wątpliwości, podważanie musicalowego pochodzenia „Notre Dame…” rodzi moje zdziwienie.

Spektakl miał swoją premierę w Paryżu, w 1998 roku. Wywołał zachwyt wśród widzów, doczekał się trasy koncertowej, kilku zagranicznych wersji oraz słynnego w Polsce plagiatu (miałam okazję obejrzeć go na żywo). Licencja na jego wystawienie jest jedną z najdroższych i pozostaje poza zasięgiem wielu teatrów. Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni zapłacił za prawo do wystawienia tego tytułu na swojej scenie ponad 250 tysięcy euro. Mam szczerą nadzieję, że inwestycja się zwróci dzięki ilości sprzedanych biletów, czego gorąco życzę gdyńskiemu teatrowi, ponieważ chciałabym obejrzeć ich inscenizację przynajmniej kilka razy, więc jak dla mnie mogą ten musical grać i grać….

musical "Notre Dame de Paris" w Gdyni
Afisz promujący inscenizację, zdjęcie wykonałam podczas pobytu w Gdyni


Czemu ten tytuł jest dla mnie taki szczególny? Mam do niego ogromny sentyment, ponieważ był drugim francuskim musicalem, jaki miałam okazję obejrzeć (w dodatku w ciągu jednego wieczora). Zakochałam się wtedy w brzmieniu tego języka, uczucie trwa do dziś i poskutkowało nauczeniem się francuskiego. Podejrzewam, że gdyby nie „Notre Dame…” nie byłabym taką wielbicielką Paryża. Zostawiając temat osobistych przyczyn, stwierdzę fakt: spektakl jest genialny!

Luc Plamondon napisał przepiękne teksty piosenek, zaś porywającą muzykę skomponował Richard Cocciante. Ich wspólne dzieło oszołamia! Moją uwagę za każdym razem, kiedy oglądam nagranie, przyciąga choreografia. To jest dla mnie majstersztyk i bardzo cieszy mnie fakt, że za kształt gdyńskiej inscenizacji odpowiadają Ci sami twórcy, którzy doprowadzili do sukcesu „Notre Dame…” w 1998 roku. Przyjemnie jest wiedzieć, że spektakl będzie dobry jeszcze przed jego obejrzeniem :3

Jedyne, co mnie niepokoi, to tłumaczenie. Jak wspominałam w poście "Upiorny sierpień",  nasz ojczysty język nie jest zbyt wdzięczna materią, jeśli chodzi o musicale. „Notre Dame de Paris” ma piękne teksty, które swoje brzmienie zawdzięczają także dźwięczności języka francuskiego. Nasze szumiące głoski niestety nie ułatwiają śpiewania, a twarde polskie słowa mogą zniszczyć delikatność najcudowniejszego utworu. Jednak wierzę, że tłumacz nie zawiedzie, a Zbigniew Książek przygotuje wspaniałe songi. Prawie się o to modlę!

W oryginalnej obsadzie musicalu w postać dzwonnika Quasimodo wcielał się wokalista Garou. Dzięki jego popularności, w Polsce znana jest jedna z piosenek pochodzących z musicalu, dokładnie „Belle”. Mam nadzieję, że gdyńska inscenizacja zyska popularność i rozgłos, dzięki czemu ludzie zaczną kojarzyć także pozostałe piosenki z tego musicalu, ponieważ nie tylko jedna jest warta uwagi.

Wspominałam o słynnym plagiacie tego musicalu. Kilka lat temu agencja Makroconcert przygotowała realizację reklamowaną jako koncert pod tytułem „Notre Dame l’histoire”. Wykorzystano pochodzące z musicalu piosenki, przygotowano ich tłumaczenie i stworzono najeżony słynnymi nazwiskami spektakl. Musical, nie koncert. Obejrzałam tę realizację w Łodzi, podczas trasy koncertowej. Nie było to perfekcyjne widowisko, jednak oglądało się je przyjemnie. Po roku Makroconcert został oskarżony o plagiat francuskiego musicalu, okazało się, że organizator nie wystąpił o licencję na przygotowanie tego „koncertu”. Występy zostały przerwane, zaczął się proces obciążający pomysłodawcę całego przedsięwzięcia bardzo dużymi kosztami. Medialny szum wokół „koncertu” ucichł równie gwałtownie, jak się pojawił.


Po tym nieprzyjemnym epizodzie możliwość zrealizowania w Polsce „Notre Dame de Paris” zawisła na włosku. Upłynęło kilka lat i Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni dokonał cudu (naprawdę tak uważam). 9 września o 19:00 na ich Dużej Scenie odbędzie się polska prapremiera musicalu, wtedy będę miała okazję przenieść się do tkwiącego jeszcze w epoce średniowiecza Paryża, spełniając swoje marzenie o zobaczeniu „Notre Dame de Paris” na żywo. Cieszę się jak dziecko już teraz, podczas pisania tego wpisu :D



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Judy

Lubicie filmy pamiętające złote czasy Hollywood? Uwielbiam „Przeminęło z wiatrem” z 1939 roku, jest to jeden z moich ulubionych filmów, który mimo upływu czasu pozostaje doskonały. Pytam o produkcje z tamtego okresu nie bez powodu. Właśnie w czasie, gdy filmy z fabryki snów osiągały rekordowe wyniki oglądalności, swoje ekranowe triumfy zaczęła odnosić Judy Garland.

Jej nazwisko może być Wam znane z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, filmowego musicalu z 1939 roku. Na pewno choć raz słyszeliście piosenkę „Over the rainbow” wykonywaną przez Garland, tylko mogliście nie wiedzieć, na potrzeby jakiego filmu powstała? Obejrzałam „Czarnoksiężnika…” raz, jako dziecko i historia dzielnej Dorotki niespecjalnie mnie ujęła. Na wiele lat zapomniałam o tej ekranizacji, nie interesowałam się odtwórczynią głównej roli.

Wspomnienie Judy Garland przyszło do mnie razem z zainteresowaniem musicalem. Wybrałam się do na spektakl „Na końcu tęczy” przygotowany przez łódzki Teatr Muzyczny i byłam bardzo zdziwiona, jak ciężko życie doświadczyło tę artystkę. Aktorka, którą kojarzyłam tylko jako małą Dorotkę, w kraciastej sukience i dwóch warkoczykach, cudowne dziecko Hollywoodu, zmarła po czterdziestu pięciu latach kariery, nie osiągając pięćdziesięciu lat życia.

Plakat promujący spektakl "Judy"
13 sierpnia miałam okazję być na premierze spektaklu przedstawiającego jej postać. Sztuka „Judy” zrealizowana w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku to dobry kawałek teatru. Wystawiane na Małej Scenie przedstawienie rozgrywa się w 1969 roku, w garderobie sali koncertowej w Kopenhadze,  gdzie Judy Garland przygotowuje się do występu. Kobieta ma status wielkiej gwiazdy i korzysta z niego, jednak w samotności całkowicie się zmienia. 

W rozmowach z Ed'em, przedstawicielem organizatora (w tej roli Lesław Żurek) jest władcza i opryskliwa, jednak kiedy mężczyzna wychodzi, aby zrealizować jej kulinarne życzenie, kobieta przechodzi metamorfozę. W postać Judy Garland wciela się Katarzyna Misiewicz – Żurek, która bardzo podoba mi się w tej roli. Udało jej się oddać emocje zmęczonej życiem gwiazdy bez przerysowania i ogranych gestów, których tak nie znoszę w teatrze. Dawkuje widzom cyniczne, przesączone jadem teksty, jednocześnie będące celnymi  uwagami o życiu.

Katarzyna Misiewicz - Żurek jako Judy Garland
W spektaklu wykorzystano kilka utworów, które wykonywała Garland. Katarzyna Misiewicz – Żurek zaśpiewała między innymi „Loverman”, „Over the rainbow”, „Gloomy Synday” (mój ulubiony utwór)  przy akompaniamencie pianina, na którym grał Przemysław Zalewski, sprawdzający się również w roli suflera. Bardzo sprawnie ograli moment, kiedy p. Katarzyna zapomniała fragmentu tekstu. Momentami mogłam mieć zastrzeżenia do brzmienia niektórych angielskich słów, które wydały mi się zbyt twarde i dosadnie artykułowane. Mogło być to wynikiem starania się, aby tekst każdej z piosenek był maksymalnie zrozumiały. Właściwie jest to mój jedyny zarzut do tej inscenizacji.

Scenografia przygotowana do spektaklu ograniczała się do krzesła, toaletki z lustrem, przy którym do występu szykowała się Judy, mikrofonu stojącego nieco z boku oraz ukrytego częściowo w cieniu pianina. Minimalistycznie, kameralnie, wystarczająco. Lubię spektakle w takim klimacie.

Katarzyna Misiewicz - Żurek oraz Lesław Żurek
Fabuła spektaklu nie napawa jednak optymizmem, Judy opróżniając kolejne kieliszki wina wspomina najtragiczniejsze momenty swojego życia. Są to wydarzenia, które nie pasują do jej wizerunku gwiazdy. Najgorsza jest w tym przypadku świadomość, że są to autentyczne wydarzenia, które doprowadziły do załamania nerwowego kobiety, stając się powodami, przez które uzależniła się od leków i alkoholu. Hollywood zabiło jedną ze swoich najwspanialszych artystek.

„Judy” to dobry spektakl, ponieważ jak powtórzę, nie jest przerysowany. Porusza tragiczną historię i robi to w elegancki sposób. Bardzo miło obejrzeć taką propozycję.

(Zdjęcia pochodzą z archiwum Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie

Iwana Wyrypajewa wielbicielom teatru nie trzeba przedstawiać. Dla mniej zorientowanych napiszę, że jest to jeden z najlepszych współczesnych rosyjskich dramatopisarzy i reżyserów (możecie wyszukać informacje o nim w Google). Inscenizacje jego tekstów przyciągają widzów, którzy doceniają fakt, że autor w niekonwencjonalny sposób porusza tematy od zawsze dotykające ludzi, głównie te mniej wygodne.  

W jego dramatach pojawiają się życiowi wykolejeńcy, narkomani, alkoholicy, osoby psychicznie chore. Nawet postacie, które początkowo wydają się widzom stabilne, wcześniej czy później przyznają się do swoich ukrytych obaw i neuroz.

Wczoraj miałam okazję obejrzeć sztukę „ Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”. Inscenizację Teatru Współczesnego w Szczecinie  wyreżyserowała Anna Januszewska, wcielająca się w jedną z postaci. Nie do końca zgadzam się z tym, aby bez chwili zastanowienia się klasyfikować tę sztukę jako komedię (na przykład w opisie spektaklu w materiałach promocyjnych), głównie dlatego, że „Letnie osy…” nie są tylko lekką, zabawną historyjką, którą można obejrzeć bez cienia refleksji. Ten utwór jest zdecydowanie czymś więcej.

Zaczyna się utartym schematem – salonową sytuacją, podczas której widzowie poznają bohaterów, starających się rozwiązać powstały problem. Sara (Helene), Robert (Marek), Donald (Joseph) przyjaźnią się od lat. Sara i Robert tworzą dość udane małżeństwo, którego szczęście zakłóca kwestia niewyjaśnionej wizyty tajemniczego mężczyzny. Któż taki odwiedził kobietę pod nieobecność męża „w zeszły poniedziałek”? Czy był to Marcus, brat Roberta? Czy ktoś zupełnie obcy? Po co przyszedł? I dlaczego Sara kłamie?

Może jednak kobieta mówi prawdę, a całemu zamieszaniu winny jest Donald, przyjaciel obojga, który twierdzi, że  cały „zeszły poniedziałek” Marcus gościł u niego i jego żony, Marty? Prawda lub kłamstwo. Donald (w tej roli Grzegorz Młodzik) pierwszy ma odwagę, by opowiedzieć o dręczących go od dłuższego czasu przemyśleniach dotyczących kondycji jego życia osobistego, zmęczenia światem, znudzenia samym sobą. Przyjaciele nie traktują jego słów poważnie i wymiana zdań na temat wizyty u psychoterapeuty doprowadza do ujawnienia sekretów z przeszłości.

Wśród poruszanych przez bohaterów spraw jest wszystko: od kanibalistycznego epizodu, poprzez temat aborcji, poglądy na wegetarianizm, temat cierpienia dzieci, na wierze w istnienie Boga kończąc. Robert początkowo dążący do prostego wyjaśnienia kwestii tajemniczej wizyty poddaje się i przestaje ingerować w dyskusje Sary oraz Donalda. Widzowie do końca nie wiedzą, kiedy kobieta mówi prawdę, kim jest jej kochanek (może faktycznie jest nim Marcus?), niejasna okazuje się być również postać Marty. Żona Donalda zostaje przywołana podczas rozmowy telefonicznej, jednak jej cień odnajdujemy w części wypowiedzi mężczyzny i kształt, jaki udaje się z nich ułożyć nie jest jednoznaczny. Żadna z postaci nie daje się opisać w kategoriach „bieli-czerni” i jest to siłą tego tekstu.

Spektakl trwał osiemdziesiąt minut, jednak muszę przyznać, że po godzinie zaczęłam się niecierpliwić. Głównie dlatego, że przyznanie się Sary do zdrady i jej monolog o kondycji współczesnych kobiet zamyka według mnie całą historię. Decyzją Roberta jest ustosunkowanie się do słów żony, zaś długa scena „dobrej miny do złej gry”, dziecięcej zabawy w łaskotki i próby opanowania „letnich os” była według mnie niepotrzebna. Spektakl mógłby się bez niej obejść, widzowie i tak doskonale zdaliby sobie sprawę z powagi sytuacji, kiedy ludzie zmęczeni życiem, uświadamiają sobie, jak niewielki mają wpływ na świat, który ich otacza. Lub wręcz odwrotnie – jak ich własne decyzje doprowadziły do sytuacji, w której przyszło im się znaleźć. W tym przypadku perspektywy poznawcze mogą być różne, w zależności od tego, oczami którego z bohaterów, zdecydujemy się spojrzeć. 

Ruch sceniczny wydał mi się nie do końca przemyślany. Na scenie znajdowały się cztery krzesła, które ogrywali aktorzy. Wstawali, przechadzali się po scenie, siadali. Momenty, w których Jacek Piątkowski (Robert) schodził ze sceny mogły być rozwiązane inaczej (na przykład wejściem za kulisy),  niekonieczne według mnie było przeciskanie się aktora przez ściśniętych na krzesłach widzów.

Momentami irytujący był dla mnie sposób intonowania kwestii przez aktorów. W grze całej trójki pojawiały się sytuacje, kiedy wypowiedzi padające ze sceny wydawały mi się puste, głuche: „Tak Robercie. Słucham Cię, Robercie.” , „ Ty mi powiedz, Saro”, „Pytam Cię, Donaldzie”. Jak powtarzana bez zastanowienia dziecięca wyliczanka „letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”. Ktoś wie, co to właściwie znaczy? Kogoś to w ogóle obchodzi? Nie. Wypowiadamy słowa , których się od nas oczekuje, a nie takie, które chcielibyśmy naprawdę wyrazić. Tak starałam się podejść do momentów „pustych” wypowiedzi.


„Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” jako sceniczną całość oceniam dobrze. Nie był to idealny spektakl, jednak nie zawiódł. Tekst Wyrypajewa na to nie pozwolił, momentami bywał męczący ale to dobrze, ponieważ pozostawił mi po sobie coś więcej niż tylko poczucie, że obejrzałam kolejne przedstawienie.  

Materiał Teatru Współczesnego w Szczecinie

wtorek, 9 sierpnia 2016

Upiorny sierpień

Sierpień w tym roku nie rozpieszcza, przynajmniej w Łodzi w powietrzu czuć już jesień. Bardzo dobrze! Jestem zwolenniczką upałów i wylegiwania się na słońcu, jednak to wczesną jesień lubię najbardziej :) Sentyment do sierpnia wiąże się u mnie z musicalem… 

W sierpniu 2008 roku, w czasie wakacji obejrzałam filmową wersję jednego z najlepszych musicali wszechczasów – dokładnie – „Upiora w operze”. Pamiętam, jak z minuty na minutę byłam coraz bardziej zachwycona. Kojarzyłam wcześniej fabułę tego musicalu, jednak nie zadałam sobie trudu, aby zapoznać się z nim w całości. Dlatego po obejrzeniu całego nie mogłam zrozumieć, jak do tej pory mogłam żyć bez znajomości muzyki i piosenek tworzących to widowisko? Tym bardziej, że w tamtym czasie byłam wielką fanką zespołu Nightwish (nadal ich słucham), który wykonywał swoją wersję tytułowej piosenki ("The Phantom of the Opera"). Nie rozumiałam, jak mogłam przegapić coś tak wspaniałego?!

Tym sposobem, będąc uczennicą drugiej klasy liceum zakochałam się w musicalu. Uczucie okazało się gwałtowne i na tyle silne, że w dalszym ciągu oddziałuje na moje życie. Zaczęłam szybko nadrabiać zaległości w wiedzy na temat musicalu. Oglądałam wszystkie dostępne filmowe wersje słynnych musicali, jednak w dalszym ciągu nie miało to żadnego związku z teatrem.

Inscenizację „Upiora w operze” miałam okazję zobaczyć po raz pierwszy w lutym 2009 roku. Moja polonistka, wielka miłośniczka musicali zorganizowała wyjazd do Teatru Muzycznego „ROMA” w Warszawie właśnie na to przedstawienie. Bilety wykupiła cztery miesiące wcześniej, ponieważ popularność tytułu sprawiła, że do „ROMY” zjeżdżały wycieczki z całej Polski (nadal przyjeżdżają), dała też czas niezdecydowanej młodzieży na przemyślenie chęci wybrania się do teatru. Mnie dwa razy nie trzeba było powtarzać – wiedziałam, że pojadę! Minęły cztery miesiące, przyszedł luty, a wraz z nim najgorsza grypa w moim życiu. Wyjazd zawisł na włosku. Byłam gotowa jechać owinięta w kołdrę, na szczęście obeszło się bez zastosowania tak niestereotypowych rozwiązań ;) 

Po siedmiu miesiącach od usłyszenia po raz pierwszy muzyki z „Upiora w operze” miałam szansę doświadczyć jej na żywo. Rozpłakałam się przy pierwszych nutach. Chyba ze szczęścia i z emocji, była to moja pierwsza wizyta w teatrze…
Nie wszystko w realizacji „ROMY” mi się podobało. Pamiętam swoje oburzenie na widok czerwonej, strasznie tandetnej kanapy rodem z IKEI wykorzystanej w scenie premiery „Don Juana”. Tłumaczenie też pozostawiało sporo do życzenia, jednak język polski nie jest najwdzięczniejszy jeśli chodzi o musical. Strasznie drażniła mnie postać Raoula, którego grał wtedy Marcin Mroziński (teraz uwielbiam Marcina i kibicuje jego karierze). Zawsze byłam zwolenniczką złych bohaterów – wydawali mi się ciekawsi, a postać Raoula jest po prostu mdła. Ale nie o tym chcę pisać ;)



Po powrocie ze spektaklu wiedziałam  dwie rzeczy: 
1) chcę poznać kolejne musicale
2) teatr jest czymś wspaniałym

Od tej chwili wszystko potoczyło się szybko. Potęga Internetu oraz dostępność książek o genezie teatru muzycznego sprawiły, że nie wyobrażałam sobie już życia bez musicali. Miałam szczęście i w liceum spotkałam ludzi, którzy również okazali się zafascynowani teatrem, poza tym moja polonistka zauważyła, że sztuka sceniczna pochłonęła mnie i nie zamierza oddać, więc tylko podsuwała mi kolejne tytuły przedstawień do obejrzenia.

Opuszczałam szkołę średnią z poczuciem, że wiem, czym chcę się zajmować z życiu zawodowym. Szczęśliwie udaje mi się, choć nie jest lekko ;) W najbliższą sobotę (o ile uda mi się dojechać) będę miała okazję być na premierze spektaklu „Judy” w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Jak widać wytrwałość i upór jednak się przydają :D


W czasie pisania tego posta, z głośników mojego komputera dobiegają drogie mojemu sercu dźwięki muzyki z „Upiora w operze”. Słucham jej od ośmiu lat i podejrzewam, że nigdy mi się nie znudzi. Oby!

(Zdjęcie użyte w poście pochodzi z oficjalnej strony internetowej Teatru Muzycznego "Roma" w Warszawie)