sobota, 30 lipca 2016

Nie lubię pana, Panie Fellini

Przez ostatni tydzień byłam strasznie zabiegana, choć gdybym teraz miała konkretnie wymienić, co takiego zajmowało mój czas, musiałabym przyznać, że nie wiem. Kilka spraw związanych z pracą, remont balkonu (nareszcie skończony!) i co za tym idzie – sprzątanie, ratowanie dawnych znajomości… Jeszcze kilka kwestii mogłabym wymienić, jednak nic one nie wniosą, zaś po raz kolejny – zajmują czas! Teraz najważniejsza sprawa – sprawozdanie ze spektaklu, który ostatnio widziałam!

Obejrzałam go w środę, w Domu Literatury. Tym razem w ramach XVIII Przeglądu Małych Form Teatralnych widzowie mogli obejrzeć monodram „Nie lubię pana, Panie Fellini” w wykonaniu Małgorzaty Bogdańskiej, wyreżyserowany przez Marka Koterskiego.

Dam Wam trochę „prywaty” :) Dwa miesiące temu miałam okazję przeprowadzać wywiad z panią Małgorzatą i panem Markiem (na potrzeby Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku) i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że są to bardzo profesjonalnie podchodzący do pracy artyści. Dostałam od nich konkretne odpowiedzi, materiał bardzo szybko udało mi się opracować – praca z nimi przy tym wywiadzie była miłą odmianą po moich wcześniejszych (nie zawsze łatwych) doświadczeniach. Ale ale! Na tym koniec prywaty, przejdę do sedna :)

Monodram „Nie lubię pana, Panie Fellini” opiera się na autorskim tekście opracowanym przez Małgorzatę Bogdańską i Marka Koterskiego. Jest artystyczną wizją życia Giulietty Masiny u boku swojego genialnego, lecz nie zawsze wiernego męża - Federico Felliniego. Dla pani Małgorzaty postać tej słynnej aktorki jest niezwykle ważna, co twórcy spektaklu podkreślają na każdym kroku. Monodram jest swojego rodzaju hołdem złożonym wspaniałej artystce, wyrazem uznania i szacunku dla kobiety, która całe życie poświęciła miłości.



W  jednej z wcześniejszych recenzji napisałam, że nie jestem wielbicielką monodramów, ponieważ oglądając je mam wrażenie, że nieproszona zaczynam podglądać emocje aktora. W przypadku „Nie lubię pana, Panie Fellini” nie miałam aż tak radykalnych odczuć, być może dlatego, że postać Giulietty Masiny odgrywana przez Małgorzatę Bogdańską, pamiętam z filmów. Obrazy  z jej udziałem nie zapadły mi wprawdzie głęboko w pamięć, jednak świadomość, że oglądam monodramu o prawdziwej, żyjącej w określonym czasie kobiecie, pomogło mi ustosunkować się do całości spektaklu. Obserwowałam przetworzoną przez teatralne tworzywo, historię życia włoskiej aktorki.

Opowieść o życiu, które nie było łatwe i usłane różami. Giulietta wykreowana przez Małgorzatę Bogdańską, to energiczna, trochę śmieszna, często rozczulająca kobieta, szczerze kochająca swojego męża. Reżysera, który jest filmowym geniuszem, obrosłym w legendy już za życia. Fellini nie należał do ludzi, z którymi żyło się łatwo i spokojnie. Wręcz przeciwnie, trwanie przy jego boku stanowiło dla Giulietty wyzwanie, nie raz doprowadzając kobietę do łez.


Małgorzata Bogdańska pokazała na scenie cały wachlarz emocji, od delikatności dziewczęcego zakochania, na wdowim smutku nie kończąc. Reżyser spektaklu przeprowadził bowiem widzów przez dziesięciolecia, które Masina i Fellini spędzili będąc małżeństwem, symbolicznie "przywracając" Giuliettę do życia po jej śmierci. „Zmartwychwstała” kobieta opowiada widzom dzieje największej miłości swojego życia. Monodram „Nie lubię pana, Panie Fellini” pokazuje, że nie zawsze ludzie, których kochamy są również osobami, które lubimy. W przypadku Giulietty, Fellini zdecydowanie nie był człowiekiem, którego lubiła.

Monodram pani Małgorzaty jest częścią jej projektu o nazwie „Teatr w Walizce”. Walizka pojawiła się na scenie, znajdowały się w niej wszystkie rekwizyty niezbędne do odegrania spektaklu. Małgorzata Bogdańska kilkakrotnie w trakcie jego trwania zmieniała elementy garderoby, poprawiała makijaż, spinała włosy. Przechodziła na scenie metamorfozy podobne do tych, które na potrzeby kolejnych filmów Felliniego dokonywała Masina. Na oczach widzów Domu Literatury bohaterka zestarzała się, cierpiała, przeżyła tragiczną śmierć swojego ukochanego męża. Były to wzruszające sceny.


Podobnie jak Masina, Małgorzata Bogdańska jest zafascynowana cyrkiem, postacią klauna. Było to widać zwłaszcza w żartobliwych scenach, kiedy energia płynąca od pani Małgorzaty wręcz biła ze sceny. Jednak cyrkowi artyści także bywają smutni, co pani Małgorzata pokazała w zamykającej spektakl anegdocie (którą zdobyła serca większości publiczności).


„Nie lubię pana, Panie Fellini” pokazuje, że możliwa jest wielka miłość, taka zdarzająca się raz na całe życie. Nie idealna jak w komediach romantycznych, jednak silniejsza niż cokolwiek innego. To bardzo mądry przekaz tego monodramu. 



(Zdjęcia pochodzą z archiwum pani Małgorzaty Bogdańskiej. Dziękuję za ich udostępnienie.)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Pocałunek

Deszczowy poniedziałek sprzyja właściwie tylko jednemu – przespaniu całego dnia. Najchętniej właśnie tak bym go spędziła, jednak postanowiłam wykorzystać brzydką pogodę, zostać w domu  i napisać tekst, do którego z marnym skutkiem zabierałam się od zeszłej środy (zaganiana byłam :x)

Chciałabym opowiedzieć Wam o moich odczuciach po obejrzeniu spektaklu „Pocałunek”, który zrealizowała Fundacja Teatru Czwarte Miasto. Przedstawienie widziałam kilka dni temu, moje emocje od tego czasu znacznie opadły, niestety niesmak pozostał. Z premedytacją używam tego słowa, jest ono wynikiem mojego rozczarowania. Zdecydowanie przedstawienie mi się nie spodobało i po wyjściu z Domu Literatury w głowie wybrzmiewała mi jedna myśl: „Nareszcie koniec”.
Na czym według mnie polegała słabość zaprezentowanego spektaklu? Składały się na nią trzy czynniki.

Po pierwsze: nie spodobał mi się tekst dramatu, prawdopodobnie była to wina tłumaczenia. Skorzystano z przekładu przygotowanego przez Małgorzatę Semil, która ma na swoim koncie wiele lepszych utworów. W przypadku „Pocałunku” słowa wypowiadane ze sceny nudziły mnie. Po tekście, który został wykorzystany w ciągu ostatnich lat w innych wersjach tej sztuki, spodziewałabym się więcej.  Według materiałów prasowych oraz opinii starszych i bardziej doświadczonych recenzentów, miałam przeżyć „katharsis”. „Pocałunek” porusza temat, który jak wierzyłam, zaintryguje mnie i wciśnie w fotel. Cenię sztuki opierające się na dojrzałości tematu oraz na tekście, wykorzystujące w stu procentach interakcje między aktorami. Nie oczekuję wtedy fajerwerków ani łatwego efekciarstwa. Żądam teatru, który coś znaczy i profesjonalnej gry aktorów. Niestety dialogi płynące ze sceny były mdłe i można było powiedzieć o nich wszystko, jednak nie to, że interesują widzów. Do wzruszających też ich nie zaliczyłam. Podły tekst i słabe aktorstwo.

W tym miejscu wymienię drugi czynnik wpływający na moją ocenę: oczekiwałam interakcji między aktorami, gry na zasadach partnerstwa, „odbijania piłeczki”. Wierzyłam, że rytm przedstawienia zainteresuje widzów i nawet jeśli komuś nie przypadną do gustu dialogi, widz w dalszym ciągu miałby szansę odnaleźć w tej inscenizacji coś dla siebie. Zamiast tego zobaczyłam dwójkę aktorów, którzy zdawali się bez zastanowienia recytować tekst. Potykali się przy tym zdecydowanie za często. Przez to nie było w tej inscenizacji ani jednej wzruszającej sceny. Niemiła niespodzianka, ponieważ kiedy przeczytałam opis spektaklu sądziłam, że zobaczę genialny melodramat. O moja naiwności!

W tym miejscu przejdę do kolejnego czynnika: spektakl nie wzruszał, choć powinien. Pragnę uściślić, że nie każdy z widzów mógł oczekiwać melodramatu wyciskającego łzy z oczu, jednak ja oczekiwałam. Czemu nie? Miałam do tego prawo! Temat zawarty w dramacie jest głęboki, skłania do zastanowienia się nad sensem trwania w związkach, które nie dają prawdziwego szczęścia. Pokazuje, że często ludzie dobrowolnie skazują się na samotność. Do wątku lat zmarnowanych u boku niewłaściwych osób i straconych młodzieńczych marzeń oraz ambicji dochodził problem choroby nowotworowej i rozmyślania nad życiem w kontekście prawdopodobnej rychłej śmierci. Przecież to idealny temat na mocny spektakl! Jak można było go nie wykorzystać? Aktorzy w scenach,  które miały łapać za serce, drażnili mnie. Wrzaski, histeryczny śmiech, chwytanie się za głowę w poczuciu bezradności i pociąganie nosem to gesty tak ograne, pozbawione przesłania i żenujące, że przykro mi było na nie patrzeć.

Przedstawienie składało się z odsłon, które stanowiły granice rozgrywających się na scenie wydarzeń. Z każdą odsłoną było tylko gorzej i coraz częściej spoglądałam na zegarek prosząc w duchu, by moja męka wreszcie się skończyła. Wymienione trzy powody, sprawiły, że muszę z przykrością stwierdzić, iż „Pocałunek” przygotowany prze Fundację Teatru Czwarte Miasto osiągnął wysoką pozycję w moim autorskim plebiscycie pod tytułem „Najbardziej męczące przedstawienia, jakie miałam okazję obejrzeć”.

Kiedy już upłynęło kilka dni i poczytałam dostępne w Internecie recenzje uderzył mnie fakt, że większość osób piszących o tekście „Pocałunku” Gera Thijsa chwali go za błyskotliwość. Być może jestem za młoda, by docenić tekst tego dramatu, może trafiłam na niewłaściwy przekład albo na złą inscenizację, jednak nikt mi nie wmówi, że spektakl miał humorystyczny i wrażliwy wydźwięk. Podobne myśli nasuwają mi znalezione w sieci opinie dotyczące gry aktorskiej Elżbiety Mrozińskiej oraz Dariusza Siastacza. Nie było między nimi chemii, najmniejszej nici porozumienia, która mogłaby uratować inscenizację.

Może na zakończenie tego tekstu uda mi się znaleźć choć jeden pozytyw odnoszący się do tego spektaklu? W stosunku do przedstawienia nie, jednak z każdym tygodniem przybywa widzów, którzy przychodzą na XVIII Przegląd Małych Form Teatralnych. Tyle miłych słów musi wystarczyć. 



czwartek, 21 lipca 2016

Merlin. Inna historia

W poprzednim poście obiecałam, że wstawię tekst recenzji, którą napisałam dla "Dziennika Teatralnego" po obejrzeniu spektaklu "Merlin. Inna historia". Jak już wspominałam, wyszła "laurka" i nie spodziewałam się publikacji, jednak tekst się ukazał:) Mimo tego, przedstawiam Wam go także tutaj. Jest on własnością redakcji "Dziennika Teatralnego".

                                                  Rycerze przeszli do legendy


Legendy można porównać do ulubionych ubrań, które nawet nienoszone przez całe lata, wciąż leżą w szafie, ponieważ mamy do nich wyjątkowo mocny sentyment. Legendy mają jednak przewagę, ponieważ nigdy się z nich nie wyrasta. Zawsze pasują. Może upłynąć dużo wody w rzece, życie może nas zmienić, jednak kiedy po raz kolejny coś przypomni nam dawną legendę, okazuje się być ona tak samo fascynująca, jak przed laty. 


Co lepsze, kiedyś odczuwaliśmy przeżycia bohaterów wyłącznie na płaszczyźnie fantastycznej: walka ze smokiem była emocjonująca, ale jej prawdziwy sens rozumiemy dopiero jako dorośli – kiedy potyczki z ognistą bestią zdajemy się odczytywać jako bitwę ze słabościami. Już nie wierzymy w potwory, spotykamy je na co dzień pod postacią innych ludzi i ich wad.

Nie dziwi mnie popularność inscenizacji „Merlina. Innej historii" wśród widzów. Spektakl, którego premiera odbyła się w 2003 roku, wychował swoich najwierniejszych fanów. Dojrzewali wraz z nim, z biegiem lat postrzegali inaczej zawarte w nim klucze i sensy, fabuła przechodziła dla nich ewolucję. Mogę zazdrościć osobom, które widziały spektakl kilka razy, na przestrzeni lat. To oni przyszli na jego sceniczne pożegnanie, na scenie Przodownik. Zapewne inaczej odbierali przedstawienie, które zdążyłam zobaczyć w ostatniej chwili.
Na temat inscenizacji Ondreja Spišáka napisano praktycznie wszystko. Zachwycała lub rozczarowywała kolejnych recenzentów. Powielanie opisów scenografii, kostiumów nie ma sensu. Co więc mam napisać? Przedstawię prawdę.

„Merlin. Inna historia" uwodził od pierwszej chwili. Używał do tego klasycznej formy Okrągłego Stołu, który był bodaj najbardziej uniwersalnym elementem scenografii, jaki do tej pory zdarzyło mi się widzieć w teatrze. Oto stał przed widzami ten słynny, okryty sławą mebel, nie minęła jednak dłuższa chwila i okazał się równie dobrze sprawdzać jako arena politycznych potyczek, dziki step, stos dla zdradzieckiej królowej. Scenografia w tym spektaklu była umowna, przestrzenie do kolejnych scen widzowie tworzyli sobie sami. Wyobraźnia po raz kolejny okazała się potęgą, której działanie doskonale zrozumiał reżyser przedstawienia. Aktorzy wcielający się w bohaterów stworzyli swoją własną Brytanię. Odgłosy kropel wody uderzających o skały w jaskini, szelest wiatru i cykanie świerszczy nocą powstały bez użycia popularnej od dłuższego czasu w teatrze elektroniki. Słysząc dźwięki wydawane przez aktorów, widzowie widzieli to, co powinni – miejsca, w których przyszło się znaleźć bohaterom.

Finał historii maga Merlina oraz najdzielniejszych rycerzy Brytanii był znany widzom jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu. Legenda o nich jest obecna w kulturze europejskiej od wieków, spotkanie się z którąś z jej wersji jest właściwie nieuchronne. Dlatego porażka bohaterów nie zaskoczyła, właściwie żaden z widzów nie oczekiwał pomyślnego zakończenia. Jednak losy postaci wzbudziły żal. Ponieważ bohaterowie byli zwyczajni, po mimo całej swojej odwagi i słynnych nazwisk, byli jak każdy człowiek – pełni skrajnych emocji, skrywanych żalów, często przerastającej ich ambicji. Rządziły nimi emocje, nie logika. Choćbyśmy nie wiem, jak bardzo starali się tego wyprzeć, każdemu zdarzyło się postępować podobnie.

Siłą tekstu Tadeusza Słobodzianka są właśnie oni - osłabieni przez swoje człowieczeństwo bohaterowie. Merlin okazał się być otępiałym starcem, którego jak ślepca prowadziła ku katastrofie Viviana. Artur był pozbawionym własnego zdania opojem, zaś jego rycerze okazali się być zwykłymi pyszałkami. Poszukiwanie Świętego Graala powinni zacząć od uświadomienia sobie swoich przywar, które w finale doprowadziły do ich upadku. Aktorzy wcielający się w postacie dramatu podczas finałowego przedstawienia bawili się rolami. Przyjemnie patrzyło się na atmosferę, którą przez lata wypracował zespół i który do ostatniego spektaklu potrafił uwodzić widzów swoją grą. Grą, która doskonale wpisywała się w szkatułkowy charakter przedstawienia. Czego w nim nie było? Od rockowego koncertu, poprzez łacińską mszę, do obrzędów czarnej magii. Artyści przez lata odgrywania kolejnych scen zdążyli wyryć w pamięci sekwencje ruchów. Widać to było w niezachwianej niczym pewności ich gestów wykonywanych na scenie. Coś wspaniałego.

Ten tekst stał się laurką złożoną spektaklowi. Nie takie było założenie, kiedy zaczynałam go pisać, jednak uświadomiłam sobie, jak bardzo to przedstawienie mi się podobało. Do tej pory tylko kilka spektakli wywołało na mnie taki efekt. Starałam się obserwować innych widzów, których ta inscenizacja również wyraźnie fascynowała.

Bardzo żałuję, że nie udało mi się wcześniej obejrzeć spektaklu Ondreja Spišáka. Istnieją przedstawienia, na które chodziłam kilka razy, aż do czasu ich zejścia z afisza. „Merlin. Inna historia" byłby kolejnym. Od pierwszej chwili, kiedy wchodząc na widownię sceny Przodownik minęłam stół będący areną rozgrywającej się akcji, wiedziałam, że wyjdę z teatru usatysfakcjonowana. Tak się stało. Porwała mnie alternatywna wersja jednej z najpiękniejszych europejskich legend. Dla mnie nie była to historia o Polsce po 1989 roku, nie okraszony łaciną moralitet, lecz smutna opowieść o walce z własną naturą, przed którą najwyraźniej nie da się uciec. Podana we wspaniałej formie, o której ciężko będzie zapomnieć





Autorką zdjęć jest Katarzyna Chmura-Cegiełkowska








środa, 20 lipca 2016

Zachwyt bez granic

17 lipca wybrałam się do Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy na spektakl „Merlin. Inna historia”. Zdążyłam zobaczyć przedstawienie przysłowiowym „rzutem na taśmę”, ponieważ tamtego wieczora grano je po raz ostatni na deskach Sceny Przodownik. Nie wiedziałam, czego się spodziewać? 

Po mimo tego, że sztuka miała swoją premierę w 2003 roku i była bardzo popularna wśród widzów, nie miałam wcześniej okazji by ją obejrzeć. Zaś recenzje były rozbieżne w swoich ocenach.

Poszłam do teatru z konkretnym zadaniem do wykonania, mianowicie – napisania tekstu dla „Dziennika Teatralnego”. Jednak już w momencie wejścia na widownię, kiedy zobaczyłam element scenografii, którym był duży stół, konkretnie Okrągły Stół – wiedziałam, że z recenzji chyba nic nie wyjdzie. Miałam rację! Już dawno żaden spektakl nie zrobił na mnie takiego wrażenia, wyszłam zachwycona! Różne opinie krążyły o tej inscenizacji, widzowie odbierali ją na wiele sposobów. Dla mnie była to wspaniała, zbudowana misternie, na wzór pajęczyny sztuka, która korzystała z najlepszych „efektów specjalnych” – czyli z wyobraźni widzów.



Z tekstu recenzji wyszła „laurka” złożona twórcom, którą co prawda przesłałam do redakcji „Dziennika Teatralnego”, jednak tekst jest tak „nie w moim stylu”, że chyba nie doczeka się publikacji. Dlatego w następnym poście ukaże się tekst „laurki”, który de facto jest własnością „Dziennika Teatralnego” (jednak chcę pokazać go także Wam).

Tymczasem zostawiam Was ze zdjęciem ze spektaklu, którego autorką jest Katarzyna Chmura-Cegiełkowska. Pozostałe fotografie w kolejnym poście ;)


sobota, 16 lipca 2016

Przebudzenie wiosny

13 lipca w Domu Literatury w Łodzi można było zobaczyć drugi konkursowy spektakl biorący udział w XVIII Przeglądzie Małych Form Teatralnych. Czy ktoś z czytających ten tekst był we wnętrzu tego dawnego domu kultury? 

Sala, w której odbywają się pokazy konkursowych spektakli, kojarzyła mi się z wnętrzami przedwojennych klubokawiarni, w których poza wysłuchaniem koncertu czy obejrzeniem spektaklu, widzowie mogli napić się czegoś mocniejszego i zjeść kolację w nietypowej oprawie.

Dom Literatury nie posiada sceny przystosowanej typowo do potrzeb widowisk teatralnych, więc warunków, jakie tam panują, nie należy oceniać zbyt surowo. Średnia wieku zgromadzonych na przedstawieniu gości wynosiła "na oko" 70 lat (choć badań statystycznych nie prowadziłam), tym bardziej interesowało mnie, jak widownia przyjmie dość kontrowersyjny tekst? Z tego, co udało mi się zaobserwować, nie wszyscy byli zachwyceni, jednak nikt nie wyszedł w trakcie trwania przedstawienia.

Tekst „Przebudzenie się wiosny. Tragedia dziecięca" Franka Wedekinda ukazał się w 1891 roku i na wiele lat został okrzyknięty tekstem niemoralnym. Przez jakiś czas jego wystawianie było w Niemczech zakazane, z czasem zaczęto sięgać po ten dramat, jednak mimo upływu lat i jego obecności na zachodnich scenach, w polskim teatrze tytuł spotyka się rzadko. Wielka szkoda, ponieważ tekst ma uniwersalne przesłanie, dające się odczytać na każdej szerokości geograficznej.



Nastoletnim bohaterom tragedii przyszło dorastać w zamkniętym, ściśle przestrzegającym konwenansów społeczeństwie. Czytając tekst zastanawiałam się, czy jest to w pełni słuszna myśl? Z dużej ilości scen opisanych przez autora wypływa fałsz i zakłamanie dorosłych. Z dojrzewającymi dziećmi nikt nie rozmawia „na poważnie”, pozostawiając je z ich narastającymi problemami, niepewnością. Zmiany zachodzące w psychice oraz ciele bohaterów są dla ich rodziców i nauczycieli niewygodne, do tego stopnia, że rozmowy natury edukacyjnej nie mają miejsca.

Śmielsi w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ich kwestie są chłopcy, którzy odnajdują informacje w encyklopediach i słownikach, obserwują zachowania zwierząt. Dziewczęta wychowywane w niewiedzy, tłumaczonej troską o czystość ich myśli i dusz pozostawiane są na pastwę własnych odczuć. Aż do ślubu przyjdzie im wierzyć, że dzieci biorą się wyłącznie z czystości uczucia pomiędzy zaślubionymi sobie małżonkami (lub co gorsze, że przynosi je bocian).


Jednak „Przebudzenie wiosny” to nie tylko historia o krzywdach, do jakich wśród nastolatków może doprowadzić brak wiedzy i edukacji seksualnej. W tekście dramatu odnaleźć można rozważania na temat kondycji ludzkiej natury, pytania o znaczenie moralności, wstydu, rolę wiary w życiu każdego człowieka, sens życia. Oczywiście można przyjąć, że są to tematy za trudne dla młodzieży. Można wszystko, pytanie, czy warto?

Teatr Nowe Przestrzenie ze swoją inscenizacją „Przebudzenia wiosny” był drugą konkursową propozycją, którą mieli szansę obejrzeć zgromadzeni w Domu Literatury widzowie. Zespół z Krakowa podszedł do tekstu Wedekinda bardzo autorsko i aktorsko. Czwórka artystów wcielająca się w jedenaście postaci (chyba żadnej nie pominęłam?) musiała wykazać się szybkością i płynnością ruchu (zwłaszcza w momentach zmiany kostiumów). Nie było to proste, ponieważ aktorzy byli przypięci do zwisających nad sceną lin, przez co wyglądali jak marionetki. Twórcy spektaklu podkreślają, że jest to zabieg mający na celu umożliwienie zachowania dystansu do przedstawianej historii. 
Odczytałam to inaczej. Dorastające dzieci żyjące w konserwatywnym społeczeństwie stają się zabawkami w rękach dorosłych. Ci zaś swoimi nakazami, zakazami, groźbami, brutalną siłą wpajają młodym wyłącznie treści wybrane przez siebie, nie wymagające tłumaczenia. Nad nieświadomymi łatwiej panować, prawda?



Przykro mi to stwierdzić, jednak momentami miałam wrażenie, że czwórka aktorów nie grała w pełni przemyślanie. W scenach, kiedy trzeba było pokazać młodzieńcze rozedrganie, nerwy napięte przez niemożność wypowiedzenia własnych myśli, nie wszystkie gesty wydały mi się potrzebne. Konwulsyjnie wijący się na scenie odtwórcy ról Melchiora oraz Maurycego nie przekonali mnie w stu procentach. Jednak utrzymanie równego tempa spektaklu, nie gubienie się w kolejnych scenach wskazuje na umiejętności zespołu, który jak powtórzę – miał do zagrania wiele, różnorodnych postaci. Dlatego mimo drobnych zarzutów, które mogę mieć do gry aktorów, cały spektakl wart jest obejrzenia.

Największą uwagę zwróciłam na Szymona Grzybka, ponieważ wcielał się w moją ulubioną postać – w Melchiora. Kiedy dzień przed obejrzeniem przedstawienia czytałam tekst dramatu postać ta wzbudziła moją sympatię, chłopak kierował się rozumem, dążąc do logicznego uszeregowania wszystkich otaczających go spraw. Nie jego winą były tragedie, o jakie go oskarżano, a które mogły się nie wydarzyć, gdyby tylko dorośli rozmawiali ze swoimi dorastającymi dziećmi. Szymon Grzybek sprawdził się w tej roli. 





Scenę od widowni oddzielała zasłona z delikatnego, czarnego materiału. Widzowie byli w stanie dostrzec przez nią wszystkie szczegóły, nadal będąc dalekimi od rozgrywających się na scenie tragedii. Minimalistyczna scenografia, która dopełniała grę aktorów sprawdziła się na małej scenie Domu Literatury, zaś jej ciemne barwy podkreślały surowość oraz niejednokrotnie prymitywność świata, w którym przyszło żyć bohaterom.

Na uwagę zasługiwała muzyka podkreślająca rozgrywające się na scenie wydarzenia. Od melodii okraszających beztroską zabawę, pochodzących prawie ze snu, do brutalnych i głośnych dźwięków zwiastujących nadciągającą katastrofę. Widzowie oglądający spektakl nie mogli cieszyć się stabilnością. Bardzo dobrze! Stagnacja nie jest lubiana w teatrze.

Brak komunikacji między pokoleniami nie jest wytworem współczesnego świata. Istnieje od zawsze, prawdopodobnie nigdy nie zniknie. Nieporozumienia, patrzenie na świat z różnych perspektyw nie musi od razu okazać się tragiczne. Problemy pojawiają się, kiedy pokolenia nie umieją ze sobą rozmawiać. W przypadku bohaterów „Przebudzenia wiosny” porażkę odnieśli dorośli, których (niestety!) lata wcześniej zawiedli ich rodzice. Smutna historia zatoczyła koło. Podjęcie się tego smutnego tematu świadczy o odwadze Teatru Nowe Przestrzenie, warto obserwować ich dalsze poczynania.





„Przebudzenie wiosny”
Reżyser: Dariusz Szymor
Scenografia: Natalia Kucia – Szymor
Muzyka: Igi, zespół Ez3kiel
ObsadaSzymon Grzybek, 
Aleksandra Kowalczyk, 
Marcelina Bożek,
Łukasz Dąbrowski

Zdjęcia opublikowane w poście pochodzą ze zbiorów Teatru Nowe Przestrzenie z Krakowa. Dziękuję za ich udostępnienie Panu Dariuszowi Szymorowi.

poniedziałek, 11 lipca 2016

XVIII Przegląd Małych Form Teatralnych

Sezon artystyczny 2015/2016 należy już do przeszłości. Spędziłam go współpracując z dwoma skrajnie różnymi teatrami, dzięki czemu miałam okazję obejrzeć kilka niezłych spektakli... oraz parę nie wartych wspominania.

Między łódzkim impresaryjnym Teatrem Rozrywki „Lutnia”, a słupskim Nowym Teatrem im. Witkacego mogę wskazać przynajmniej dziesięć różnic, zaczynając od sposobu ich finansowania, jednak na takim samym problemie - braku własnego budynku - kończąc. Obu instytucjom kibicuje, ponieważ są potrzebne, mają swoich wiernych widzów, których nie należy zawodzić. Nie jest to jednak post na ich temat (innym razem robaczki).

Tydzień temu wróciłam do Łodzi, miasta nie tylko meneli. Ominął mnie spektakl inaugurujący osiemnastą edycję Przeglądu Małych Form Teatralnych, postanowiłam nadrobić. Straconego spektaklu nie obejrzę już latem, jednak przede mną jeszcze siedem spektakli konkursowych. Na Letniej Scenie łódzkiego Domu Literatury zaprezentuje się również jeden spektakl towarzyszący oraz pokaz mistrzowski. Do końca sierpnia każdy środowy wieczór spędzę oglądając przedstawienia klasyfikujące się jako „małe formy teatralne”. 



Spektakle prezentują zespoły z różnych miast, poruszają odmienne tematy, łączą je zaś niewielkie wymagania sceniczne oraz techniczne. Monodramy czy przedstawienia, w których można zobaczyć zaledwie kilku aktorów, cieszą się zainteresowaniem widzów. Nie każdy chce rezygnować z teatru w trakcie wakacji.



Przegląd Małych Form Teatralnych stanowi idealne uzupełnienie minionego sezonu. Nie raz w ciągu jego trwania decydując się iść do teatru wybierałam większe, posiadające większą obsadę, realizowane na dużych scenach spektakle. Dlatego też Letnia Scena jest dla mnie idealną propozycją. Dom Literatury w Łodzi zaprasza fanów teatru, którzy nie mogą się już doczekać jesiennych premier (czyli także mnie!).






sobota, 9 lipca 2016

Kukier

Wychowałam się na wsi. Ten fakt miał wpływ na moje postrzeganie kultury oraz teatru. Bliskie są mi obrzędy i tradycje ludowe, ponieważ obserwowałam i uczestniczyłam w nich od dziecka. Jednym z ważnych dla mnie dni w roku jest wigilia świętego Jana, czyli inaczej: noc świętojańska. 

Zachowałam pamięć o związanych z tą nocą wierzeniach i nawet teraz, w dorosłym, miejskim życiu, celebruję tradycję. Coraz więcej miast organizuje publiczne imprezy z tej okazji, w podobnym wydarzeniu miałam okazję uczestniczyć w czerwcu przebywając w Słupsku. Zdecydowałam się iść na widowisko plenerowe organizowane w jednym z parków. „Kukier” był jedną z atrakcji, które na zakończenie sezonu artystycznego 2015/2016 przygotował Teatr Rondo. Instytucja ta jest częścią Słupskiego Ośrodka Kultury, bardzo prężnie działając na terenie Słupska i poza nim. „Kukier” był propozycją Teatru Rondo, która  swoją tematyką odnosiła się do nocy świętojańskiej.
Widowisko odbyło się w plenerze, na trawie w słupskim Parku Kultury i Wypoczynku. Plenery mają swoje zalety i wady. Zaletą był niewątpliwie fakt, że udział w spektaklu był darmowy, dzięki  czemu zgromadziło się sporo widzów. Niestety, kiedy wspominam ten wieczór po upływie kilku tygodni, nadal mam wrażenie, że wszystkie żyjące w okolicy komary także postanowiły dołączyć do zgromadzonych widzów ;)
„Kukier” był widowiskiem na szczudłach. Artyści poruszali się po trawie sprawnie, jakby chodzenie na szczudłach nie stanowiło dla nich problemu. Pewnie nie stanowiło, skoro zdecydowali się na taki rodzaj widowiska, nie mniej na mnie, osobie kompletnie pozbawionej talentu do tego typu wyczynów, szczudła wydają się być czarną magią. Fabuła widowiska odnosiła się do cyklu życia, natury oraz żywiołów. Główną bohaterką była Ziemia, oczekująca na ukochanego. Gdy ten długo się nie zjawiał, postanowiła związać się z Powietrzem, jednak na drodze ich związku stanął jego młodszy brat (również bardziej energiczny). Jego czyny  doprowadziły do ponownego osamotnienia Ziemi. Kolejnym konkurentem do jej ręki okazał się Ogień (według komentarzy ludzi stojących obok mnie bardzo przypominał diabła), jednak został odrzucony. Ogarnięty chęcią zemsty, skradł Ziemi jej bukiet (symbolizujący świat) i podpalił go (był to najbardziej spektakularny moment widowiska). Ratunkiem okazała się Woda, która gasząc pożar sprawiła, że wszystko odradziło  się. Ziemia ubrała się w nową, zieloną szatę i spotkała wreszcie swojego ukochanego, którym był tytułowy Kukier (również według komentarzy widzów wyglądający jak demon - co z tymi ludźmi?). Jego połączenie z Ziemią doprowadziło do wydania na świat plonów, które symbolizował bochenek chleba, jakim aktorzy podzielili się ze zgromadzoną publicznością (ten gest mnie nie przekonał).

Najmocniejszym punktem widowiska były kostiumy i charakteryzacja stworzone na jego potrzeby. Artyści wyglądali imponująco, jednak nie podobała mi się Ziemia, której twarz pokrywał makijaż upodabniający ją do Santa Muerte. Kostium Ognia wydawał się być połączeniem elementów strojów diabła i smoka rodem z festynu. Tłumaczę to jednak chęcią ukazania jego negatywnego, niszczycielskiego charakteru (elementy diaboliczne) oraz siły płomieni. Niełatwą do wpisania w treść widowiska postacią był młodszy brat Powietrza, jednak jego pochodzenie  można było odczytać z podobnego, zwiewnego rodzaju kostiumu oraz koloru – Powietrze był biały, jego brat zaś szary, jak pióra młodego, nie wyrosłego jeszcze z puchu ptaka.

Kukier stanowił połączenie człowieka, herosa, nadprzyrodzonej istoty, aktora. Jego przybycie doprowadziło do szczęśliwego końca, cykl funkcjonowania świata poprzez oczekiwanie na ślub (jesień), podpalenie (zima), odrodzenie (wiosna), wreszcie wydanie plonów (lato) dokonał się.
Widowisko mimo tego, że posiadało niedociągnięcia, oglądało się przyjemnie.  Nie wszystkie elementy w nim zawarte odnosiły się do tradycji słowiańskiej (charakteryzacja Santa Muerte, dźwięki muzyki indiańskiej w jednej ze scen), jednak jako całość było sensownie zrealizowane oraz wykonane. 




„Kukier”: widowisko na szczudłach Teatru Rondo
scenariusz: Przemysław Laskowski
reżyseria: Katarzyna Sygitowicz-Sierosławska
opracowanie muzyczne: Maciej Sierosławski
światło: Jacek Lanckowski
Ps. Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Teatru Rondo oraz ze strony dziennika "Głos Pomorza"