czwartek, 29 grudnia 2016

Rewolucja 2016 roku

Kończy się 2016 rok. W związku z tym wiele osób robi podsumowania, stara się przemyśleć mijający okres, ocenić podjęte w nim decyzje. Do ich grona dołączę również ja, nie przedstawię Wam jednak spisu najbardziej żenujących sytuacji, których uczestniczką byłam na przestrzeni ostatnich 365 dni (choć zestawienie takich mogłoby cieszyć się zainteresowaniem). Moje podsumowanie będzie dotyczyło teatru(nic zaskakującego, prawda?) oraz najistotniejszych dla mnie wydarzeń odchodzącego roku. 


Aktorki stylizowane na artystki comedia dell'arte

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy obejrzałam na żywo 47 spektakli oraz kilka nagrań/retransmisji zagranicznych przedstawień. To niezły wynik, choć oczywiście mógłby być lepszy :) Nie mogę jednak zaprzeczyć stwierdzeniu, że odchodzący z wielkim hukiem rok był dla mnie niesamowicie udany. Z paru powodów i dzięki pewnym osobom.

Po pierwsze – przez kilka miesięcy miałam okazję przyglądać się działalności Teatru Rozrywki „Lutnia” (oby został reaktywowany jak najszybciej!), gdzie dzięki uprzejmości tworzących to miejsce ludzi po raz pierwszy w życiu byłam na dachu teatru, a także miałam szansę obsługiwać sprzęt odpowiedzialny za dźwięk i światło podczas widowiska(nigdy wcześniej nie byłam tak bliska zawału i myśli „Agata, to się nie uda”). 

W kwietniu wyjechałam z Łodzi, aby wiosnę (i trochę lata) spędzić 17 km od morza i współpracować z Nowym Teatrem im. Witkacego w Słupsku. To była dobra zmiana(w pozytywnym tych słów znaczeniu), gdyż to właśnie tam narodził się pomysł stworzenia bloga i pisania recenzji. Pewna przyjazna dusza zmotywowała mnie do przesłania swojego pierwszego tekstu do kilku redakcji, dzięki czemu w obecnej chwili wspaniale układa mi się relacja z „Dziennikiem Teatralnym”.

Po powrocie do Łodzi zaczęłam moją aktualną pracę, która jest świetną odskocznią od teatru(uwierzcie, nawet od miłości życia trzeba odpocząć), a jednocześnie umożliwia mi pisanie tekstów i oglądanie kolejnych przedstawień.

Najważniejsze – tworzenie recenzji pozwoliło mi nawiązać kilka ciekawych znajomości, dzięki którym mogę doskonalić swój warsztat autorski, poznałam ludzi pozytywnie wpływających na mój teatralny gust i spojrzenie na oglądane spektakle. Za postawienie ich na mojej drodze jestem OGROMNIE wdzięczna losowi :) 

Widownia w teatrze z czerwonymi fotelami


Rok 2016 był dla mnie rewolucyjny. Zaś ostatni miesiąc spowodował, że podjęłam kolejną istotną decyzję, której realizację rozpocznę już w styczniu. Nie jest to jednak postanowienie noworoczne(ich się nigdy nie dotrzymuje), zaś dana sobie obietnica. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, zrealizuję jedno z moich największych marzeń!

 Z czystym sumieniem i poczuciu uczciwości względem siebie mogę zakończyć Stary Rok stwierdzeniem – jestem zadowolona z tych 365 minionych dni! Mam nadzieję, że Wy również :)



poniedziałek, 19 grudnia 2016

Antoniusz i Kleopatra

Utarło się przekonanie, że William Shakespeare na kartach „Romea i Julii" opowiedział jedną z najtragiczniejszych historii miłosnych. Fabuła tego dramatu naprzykrza się kolejnym pokoleniom uczniów, skutecznie zniechęcając ich do lektury pozostałych dzieł dramatopisarza. Tymczasem wystarczyłoby uświadomić czytelników, że to nie losy naiwnych nastolatków są warte poznania, lecz dzieje miłości skomplikowanej i wielkiej jak bohaterowie, których dotknęła, istniejących nie tylko na papierze.


Scena rozpoczynająca przedstawienie "Antoniusz i Kleopatra"
Od pierwszej chwili spektakl zachwyca swoją estetyką. Fot.z archiwum Teatru

Niestety „Antoniusza i Kleopatrę" czyta się rzadko, nie jest to też utwór goszczący na deskach scen teatrów. Tym bardziej warto wybrać się do łódzkiego Teatru im. Stefana Jaracza, który w repertuarze posiada inscenizację tego dramatu wyreżyserowaną przez Wojciecha Faruga. Proponuję wcześniej zapoznać się z tekstem Shakespeare'a, ponieważ widzowie, którzy wiedzę o losach dwójki tytułowych bohaterów zaczerpną wyłącznie ze słynnej hollywoodzkiej produkcji z Elizabeth Taylor w roli głównej, bądź z innych filmów sięgających po historię pary, mogą poczuć się zagubieni.

"Antoniusz i Kleopatra" scena z przedstawienia w Teatrze im. Stefana Jaracza
Agnieszka Skrzypczak i Krzysztof Wach. Fot. z archiwum Teatru

Twórcy przedstawienia zdecydowali się dokonać fabularnego przewrotu, dlatego bitwę morską pod Akcjum można zobaczyć na początku, nie pod koniec spektaklu. W inscenizacji mówi się o polityce, widzowie orientują się, że przez Cesarstwo Rzymskie przetaczają się kolejne fale wojny domowej, jednak informacje te są zmarginalizowane. Centralnym (oraz zapalnym) punktem okazuje się związek Antoniusza i Kleopatry, których relacja oparta jest na kontrastach. Najłatwiej dostrzec różnice pomiędzy kulturami, z jakich się wywodzą: Kleopatrze i jej świcie przypisano stroje w beżowym kolorze, wskazujące na naturalność zachowań, cielesność. Antoniuszowi i pozostałym Rzymianom przypisano ciemne kostiumy, świadczące o ich „ucywilizowaniu", a także skłonności do wojny i politykowania.

W łódzkiej inscenizacji w Kleopatrę nie wciela się smagła brunetka, lecz aktorka dzięki której egipska królowa zyskała aparycję porcelanowej lalki, początkowo będąc równie zimną jak ona (brawa dla Agnieszki Skrzypczak). Problematyczne może być dla widzów zestawienie charakterów głównych bohaterów. Kleopatra reprezentuje sobą zmysłowość, przesadnie nazywaną rozwiązłością, której używa do zaakcentowania królewskiej pewności siebie i władczego charakteru. Sprawuje władzę nad uczuciem Antoniusza, w przypływach złości okazując pogardę, by po chwili walczyć o niego z siłą dzikiego zwierzęcia. W przeciwieństwie do ukochanego nie zna pojęcia kompromisu, przez co jej decyzje zdają się mieć „męski" charakter.

Krzysztof Wach w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi
Krzysztof Wach jako Antoniusz. Fot. archiwum Teatru

Antoniusz jest strategiem doceniającym możliwości, jakie otwierają się na drodze kompromisów. Walczy, lecz jak okazuje się, większe znaczenie niż honor ma dla niego życie Kleopatry. Nie jest herosem, władcą świata, dlatego ucieczka z areny bitwy wywołuje u niego myśli samobójcze. Postać (w którą wciela się Krzysztof Wach) jawi się widzom jako wrażliwy romantyk. Antoniusz chciałby osiągnąć wszystko bez złożenia żadnej ofiary. W momencie gdy okazuje się to niewykonalne, zaczyna się miotać. Jedyną stałą w jego świecie jest uczucie Kleopatry, będące wartością samą w sobie.

Twórcy spektaklu parokrotnie powtórzyli za Shakespearem słowa o hardości charakteru Kleopatry i uległości względem niej, jaka charakteryzowała Antoniusza. Postanowili to wykorzystać na scenie Teatru Jaracza widzowie oglądają dwie Kleopatry. W jakim sensie? Męskie rysy tej postaci oddaje gra Agnieszki Skrzypczak, zaś słowa, które w tekście dramatu ukazują monarchinię jako rozedrganą w swoich emocjach kobietę wypowiada wcielający się w postać Eunucha Marek Nędza. W kilku scenach Antoniusz zwraca się do niego, rozmawiając jakby z alter ego ukochanej kobiety. To Eunuch reprezentuje sobą delikatną, kobiecą stronę Kleopatry. Ten zabieg magnetyzuje i trzeba oddać Markowi Nędzy należny mu szacunek, gdyż to nie pierwsze przedstawienie łódzkiego Teatru, które zyskuje dzięki jego obecności na scenie.


Scena z przedstawienia "Antoniusz i Kleopatra" w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza
Agnieszka Skrzypczak, Marek Nędza, Krzysztof Wach. Fot. archiwum Teatru

Twórcy przedstawienia decydując się na zmianę kolejności zdarzeń zrezygnowali z zaakcentowania upływu czasu, co jest wyraźnie wskazane w tekście dramatu. Widzowie na podstawie wzmianek mogą domyślać się, jak długo trwa cała historia. Zarówno Kleopatra, jak i Antoniusz wydają się nie starzeć. Ich miłość zawieszona jest w przestrzeni, gdzie nie działają prawa ludzkie ani boskie, którą nie rządzi czas. W tej inscenizacji siłą sprawczą są jej twórcy, którzy zdecydowali się radykalnie zmniejszyć ilość pojawiających się na scenie postaci. Zamiast tego dodali jedną, istotną Juliusza Cezara. Jako zakrwawione widmo błąka się po scenie, ukazując kolejnym bohaterom i przypominając o przeszłości. Nie jest to jednak dumny władca, lecz jakby zmęczony obserwowanymi wydarzeniami mężczyzna. Nie spogląda na Kleopatrę z miłością byłego kochanka, lecz jak znający tajemnice życia opiekun.


Marek Kałużyński na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi
Marek Kałużyński jako Juliusz Cezar. Fot. archiwum Teatru

Cały spektakl jest bardzo estetyczny, ogromną rolę odgrywa w nim plastyczność kolejnych scen. Scenografię tworzą wydmy ciemnego, iskrzącego się delikatnie piasku, które stworzono za pomocą naklejonych na siebie kolejnych warstw papy termozgrzewalnej (?), a także basenu w miejscu kanału dla orkiestry, dzięki któremu udało się zaprezentować bitwę morską oraz nurt Nilu. Plastyce tego przedstawienia nie mogę postawić żadnego zarzutu. Oczywiście pojawiają się głosy mówiące, że estetyka tej inscenizacji jest jej najmocniejszą stroną. To pogląd odwołujący się do efekciarstwa niektórych przedstawień, jednak warto zadać sobie pytanie - co jest złego w tym, że oglądane przedstawienie jest estetycznie zrealizowane?

Przedstawienie "Antoniusz i Kleopatra" scena śmierci Antoniusza
Scena zbiorowa. Fot. archiwum Teatru

„Antoniusz i Kleopatra" to bardzo dobry dramat, mój ulubiony spośród utworów Williama Shakespeare'a. Zmiany w kolejności zdarzeń wprowadzone przez Wojciecha Faruga i Tomasza Jękota początkowo wydawały mi się niepotrzebne, jednak im dłużej o nich myślę, tym bardziej podoba mi się autorski zamysł tej dwójki. Inscenizacja wykorzystuje trzy przekłady tekstu dramatu, realizatorzy dopisali też kilka własnych zdań. Dzięki temu wypowiedzi bohaterów nie trącą myszką, czego nie zawsze można powiedzieć o niektórych inscenizacjach dramatów Shakespeare'a. Warto udać się do Teatru im. Stefana Jaracza, aby zobaczyć intrygujące rozwiązania sceniczne, ładną scenografię, dobrych aktorów i historię skomplikowanej, wyniszczającej miłości, której wielkość zapisała się w starożytnych kronikach.

sobota, 17 grudnia 2016

Edith & Marlene

Zebrało mi się na wspomnienia, to pewnie przez zbliżający się wielkimi krokami koniec roku ;) 2016 rok był całkiem udany, jednak na post podsumowujący przyjdzie jeszcze pora. Tymczasem kolejna napisana kilka miesięcy temu recenzja, tym razem wspominam wspaniały spektakl muzyczny "Edith & Marlene", który wywołał u mnie gęsią skórkę - coś niesamowitego :)


Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku musical
Afisz spektaklu "Edith & Marlene". Materiały Teatru

Raz na jakiś czas (choć ośmielam się stwierdzić, że zdecydowanie za rzadko) na scenie Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku można obejrzeć musical „Edith & Marlene”. Wyreżyserowane przez Andrzeja Ozgę przedstawienie powinni poznać wszyscy wielbiciele spektakli muzycznych. Tradycja realizowania w słupskim teatrze widowisk musicalowych trwa od lat. Do tej pory z sukcesem wystawiano na Dużej Scenie między innymi „Cabaret”, „Dźwięki muzyki”, „Skrzypka na dachu”. Musical "Edith & Marlene" cieszy zwłaszcza dojrzałych widzów, którzy z sentymentem wspominają piosenki wykonywane przez Edith Piaf czy zmysłową grę aktorską Marlene Dietrich. Jednak nie tylko dla takiej grupy odbiorców dedykowany jest musical.
W pięknych piosenkach Piaf i Dietrich widzowie odnajdują swoje własne rozterki, nadzieje i przemyślenia. Bohaterki, w które fenomenalnie wcielają się Monika Węgiel i Beata Olga Kowalska, są pełnowymiarowe, przed oczami widzów przeżywają dramaty i miłości. Siłą Edith Piaf (Monika Węgiel) był jej głos chwytający za serce oraz emocje bijące od tej niepozornej kobiety nazywanej „szarym, paryskim wróblem”. Andrzej Ozga nadał jej postaci nowy kształt. Odmitologizował obraz kruchej, rozedrganej kobiety. Edith, jaką widzowie mogą zobaczyć w musicalu, to nimfomanka pełna namiętności, konfliktów, posługująca się niewybrednym językiem. Pragnie prawdziwej miłości, jednocześnie nie ufa jej. Twierdzi, że ludzie kochają wyobrażenie o niej jako pieśniarce i odrzucają jej prawdziwą osobowość. Nie jest pewna swojej urody, obawia się osamotnienia.

Musical "Edith & Marlene" Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Na pierwszym planie Beata Olga Kowalska. Fot. z archiwum Teatru

Jej przyjaciółką i największą rywalką jest Marlene Dietrich. Gwiazda pewna siebie, o magnetycznej urodzie i stalowych nerwach. W oczach Edith to wprawdzie ideał, lecz Marlene nie jest postacią bezbarwną. Wspaniały kształt sceniczny nadała bohaterce Beata Olga Kowalska (obecnie związana z Teatrem Muzycznym ROMA w Warszawie). Dietrich w jej wykonaniu jest pewną swojej siły legendą. Dzielnie znosi krytykę, walczy o przetrwanie w nieprzychylnym świecie show-biznesu, cały czas w samotności. Biseksualność Marlene przeraża, ale też przyciąga Edith. Marlene ciężko pracuje nad swoją pozycją w świecie pełnym artystów, stara się, aby jej blask nie przeminął. Żyje według surowych zasad, które sama sobie narzuciła. Wszystko po to, aby nie zostać zapomnianą. Jednocześnie cicho podziwia Edith, dla której każdy występ jest tym najważniejszym, kobieta spala się na scenie, jakby od tego zależało jej życie.
Historię nietypowej przyjaźni podkreślają dźwięki wspaniałych piosenek obu artystek, które w wykonaniu aktorek wywołują dreszcze. Minimalistyczna scenografia Tatiany Kwiatkowskiej doskonale wpisuje się w estetykę musicalu, nie przytłacza widza swoim nadmiarem, ma tylko podkreślać rozgrywające się na scenie wydarzenia. Warto zwrócić uwagę na kostiumy, zwłaszcza te noszone przez Beatę Olgę Kowalską. Dzięki nim aktorka niezwykle upodabnia się do Dietrich.
Musical został zrealizowany na podstawie dramatu Evy Pataki „Edith i Marlene. Epizody z życia i przyjaźni dwóch gwiazd”. Na scenie słupskiego teatru epizody zostały zgrabnie połączone w historię, która intryguje widzów. Słupski Nowy Teatr może chwalić się tym musicalem, który w każdym ze swoich komponentów został dopracowany i przemyślany. Powinni go obejrzeć także młodzi widzowie, przyzwyczajeni do współczesnego, nachalnego modelu gwiazdorstwa. Byłaby to dla nich okazja, aby zrozumieć, że wielkość artysty nie zależy od ilości plotek na jego temat, a od siły jego twórczości. Oby przedstawienie „Edith & Marlene” jak najdłużej gościło na deskach Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku.

czwartek, 15 grudnia 2016

+1

Zdecydowałam się na publikację tekstu, który powstał w maju tego roku, po premierze spektaklu "+1" w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Przypomniałam sobie o nim ostatnio - podczas porządków wśród recenzji. Przy okazji muszę stwierdzić, że obejrzałabym dobry monodram :)


Tomasz Leszczyński, Sebastian Świerszcz "+1"
Afisz spektaklu "+1"

Monodram "+1" wyreżyserowany przez Tomasza Leszczyńskiego i zaprezentowany widzom przez Sebastiana Świerszcza zainaugurował w maju program Nowego Teatru im. Witkacego. „Noffy Teatr” jest autorskim pomysłem Dominika Nowaka, dyrektora naczelnego i artystycznego słupskiej sceny. Program skierowany jest do niezależnych, profesjonalnych twórców, którzy szukają przyjaznego miejsca do realizacji swoich artystycznych przedsięwzięć. Korzystając z zasad uproszczonej koprodukcji, artyści zdecydowali się przygotować i wystawić swój spektakl w Słupsku.
„+1” to monodram autorstwa znanego polskim widzom Jewgienija Griszkowca, którego teksty wystawiano w teatrach w całej Polsce. Tomasz Leszczyński sięgnął po nowy tekst, przełożył go i opracował na potrzeby swojej realizacji. Tak jak w przypadku innych utworów rosyjskiego autora, głównym bohaterem sztuki jest niczym nie wyróżniający się człowiek. Leszczyński osadził akcję spektaklu w scenografii imitującej wnętrze muzealnej sali. Na Małej Scenie udało się stworzyć iluzję wystawy złożonej z arcydzieł malarstwa i rzeźby. Miejsca dla widzów oddzielone były słupkami i linami, dopiero na chwilę przed rozpoczęciem spektaklu zostały usunięte i widownia mogła się zapełnić.
Spektakl "+1" Teatr Nowy im. Witkacego w Słupsku
Sebastian Świerszcz. Fot. Magda Tramer

Sebastian Świerszcz wcielił się w postać pilnującego wystawy pracownika muzeum. Ubrany w garnitur, siedział na krześle i czytał „Iliadę”, spoglądając na zbierających się zwiedzających/widzów. Kiedy już wszyscy zajęli swoje miejsca, bohater zamknął drzwi Małej Sceny, po czym rozpoczął opowieść. Jego monolog miał wiele wątków. Najważniejsze odnosiły się do bycia nierozumianym i niepoznawalnym przez innych ludzi (także tych najbliższych). Ciągła samotność i wrażenie nieprzystawania do świata wzbudzało przerażenie bohatera. Mężczyzna tęsknił za dzieciństwem, kiedy jeszcze nie rozumiał czym są wątpliwości, a cały świat sprowadzał się dla niego do kilku miejsc.
Sebastian Świerszcz płynnie prowadził monolog, nie gubił rytmu i nie powtarzał się. Czasami jego słowa wywoływały śmiech publiczności, częściej poczucie nostalgii. Sytuacje opisywane przez postać, w którą się wcielał, w mniejszym lub większym stopniu były znane każdemu widzowi. Największym problemem bohatera była niemożność wyrażenia się. Jak podkreślał, nie znał słów, których mógłby użyć i które byłyby odpowiednie do przekazania myśli jakie kłębią mu się w głowie. Było to dla niego bardzo frustrujące i w zestawieniu z wszystkimi sytuacjami o jakich wspominał spowodowało jego załamanie. Wzburzony bohater na oczach widzów wyszedł z muzeum/teatru.
Sebastian Świerszcz w spektaklu "+1"
Sebastian Świerszcz na tle scenografii do monodramu "+1".
Fot. Magda Tramer

Przygotowanie scenografii mającej przypominać wnętrze muzealnej sali umożliwiło wykorzystanie rzutników oraz ekranów. Wrażenie zostało stworzone, jednak sprzęt nie ułatwiał pracy Sebastianowi Świerszczowi, który musiał ogrywać zawodzące elementy. Premiera miała miejsce w piątek - trzynastego, pech nie mógł przejść niezauważony. Jednak należy oddać aktorowi zasłużony szacunek, ponieważ zachował zimną krew, nie wypadł z rytmu wypowiedzi i przede wszystkim nie stracił uwagi widza. Chociaż nie wszystkie elementy spektaklu mogły się podobać (moment kiedy bohater stara się pokazać czym jest spokój wywołał moje zatrwożenie), monodram uważam za zrealizowany w udanej i przemyślanej formie. Tekst nie należał do łatwych, jednak realizatorom udało się zainteresować widzów i zatrzymać ich uwagę przez cały spektakl.

„+1” będzie można zobaczyć poza granicami Słupska - realizatorzy chcą zaprezentować spektakl również w innych miastach. Gdybyście mieli szansę go obejrzeć, skorzystajcie z okazji. Nie jest to bynajmniej spotkanie nudne czy przegadane. Opowieść podana w formie jaką zaproponował Tomasz Leszczyński zapada w pamięć, zaś bohater wykreowany przez Sebastiana Świerszcza wzbudza sympatię swoją zwyczajnością. Poza tym, z fabuły monodramu można dowiedzieć się, co łączy jaszczurkę i Alberta Einsteina, a nie jest to nic oczywistego…


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Kariera Nikodema Dyzmy

Czy decydując się na spędzenie wieczoru w teatrze oczekujecie magii? Pragniecie zapomnieć o problemach dnia codziennego i posmakować odmiennej rzeczywistości, innego świata? Oczekujecie rozrywki na najwyższym poziomie? Jeśli Wasze odpowiedzi brzmią „tak", musicie obejrzeć „Karierę Nikodema Dyzmy" w warszawskim Teatrze Syrena. Powiem więcej – powinniście poznać też pozostałe spektakle Wojciecha Kościelniaka. Tego reżysera nie trzeba przedstawiać wielbicielom musicalu, jednak skoro jest okazja do opowiedzenia o jednym z jego najlepszych spektakli, warto ją wykorzystać.


Musical "Kariera Nikodema Dyzmy" Teatr Syrena
Afisz spektaklu

„Kariera Nikodema Dyzmy" od ponad dwóch lat święci triumfy na deskach Teatru Syrena. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż spektakl został fantastycznie zrealizowany. Jego twórcy wzięli na warsztat, rozgrywającą się w okresie międzywojennym, opowieść o zawrotnej karierze politycznej pozbawionego ku temu przymiotów ducha i umysłu Nikodema Dyzmy. W postać tę wciela się Przemysław Bluszcz, doprowadzając widzów do śmiechu. Miałam okazję oglądać spektakl, w trakcie którego partnerowały mu Karolina Michalik ( w roli eterycznej i sztucznej jak porcelanowa laleczka Niny), Anna Terpiłowska (wspaniała, dziarska Mańka) oraz Marta Walesiak (ociekająca sex appealem szalona Lala). To przede wszystkim w kontaktach z nimi ujawniały się cechy charakteru mężczyzny, zaś relacje z kobietami i różnice pomiędzy bohaterkami bawiły, drażniły a także wzruszały widzów. 

Dyzma i Mańska w scenie z musicalu "Kariera Nikodema Dyzmy"
Przemysław Bluszcz i Anna Terpiłowska. Fot. K. Bieliński

Losy Dyzmy są dobrze znane większości Polakom, głównie za sprawą filmu z brawurową rolą Romana Wilhelmiego, jednak popularność spektaklu pokazuje, że historia cwaniaka, którego najwyraźniej pokochał szczęśliwy los jest wciąż aktualna.

Teatr Syrena musical "Kariera Nikodema Dyzmy"
"Torpedo, Torpedo, wysmukłe Torpedo". Fot. K. Bieliński

Inscenizacja przenosi widzów do Warszawy z okresu międzywojennego. Do stworzenia atmosfery tamtych czasów przyczyniła się scenografia zaprojektowana przez Damiana Styrnę. Użyte przez niego środki można uznać za minimalistyczne. Do wykreowania wnętrz, ulicy i cyrku wystarczyły pojedyncze meble oraz urządzenia, momentami sami aktorzy noszący ich elementy (na przykład blat biurka, czy kasę pancerną). Resztę dopełniły światła oraz wizualizacje (wspaniały pomysł ukazania kilku wydarzeń w postaci kolejnych stron z „Kuriera Warszawskiego"). Najlepszą sceną była prezentacja możliwości samochodu CWS Torpedo, do stworzenia którego wystarczyła kierownica i połyskujące lateksowe czerwone spodnie.

Scena z musicalu "Kariera Nikodema Dyzmy" Teatr Syrena
Jacek Pluta, Przemysław Bluszcz, Albert Osik. Fot. K. Bieliński

„Kariera Nikodema Dyzmy" jest wprost idealnym materiałem na musical, jednak w przypadku polskich spektakli zaliczanych do tego gatunku powtarza się ten sam problem. Język polski nie należy do najłatwiejszych, a nasze twarde głoski nie ułatwiają śpiewania. Budowanie tekstów piosenek na fundamencie rymów również nie jest najlepszym pomysłem. Na szczęście Rafał Dziwisz poradził sobie z materiałem, jaki dostarczyła powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, choć widzowie spodziewający się w tym spektaklu piosenek, które zapamiętają na długo, mogą być rozczarowani. Przedstawienie nie naśladuje lekkości przypisywanej musicalom pozyskiwanym od zagranicznych licencjodawców.

"Kariera Nikodema Dyzmy" scena z musicalu
Nikodem Dyzma ze swoją słynną mandoliną. Fot. archiwum Teatru Syrena

Co może napędzać popularność tego musicalu? Prawdopodobnie jego aktualność. Kościelniak nie zdecydował się na polityczne aluzje, jednak oglądając rozgrywki Dyzmy do widzów dociera, w jaki sposób robi się karierę? Nieraz wystarczy odrobina szczęścia i ciche przyzwolenie (albo głośna aprobata) nieświadomych swojej pomyłki wyborców. Czy podobnie spektakularnych sukcesów nie obserwujemy obecnie w polskim środowisku politycznym? Dyzma był świadomy marności swojej kandydatury na stanowisko premiera, dlatego spektakl kończy się tak, jak rozpoczyna – widokiem bohatera w brudnej bieliźnie, którego losy zatoczyły koło, a on sam znalazł się symbolicznie w punkcie wyjścia. Na nasze nieszczęście współcześni politycy nie mają takiej samoświadomości i nie dociera do nich, że cwaniactwo nie rozwiązuje wszystkich problemów.

Teatr Syrena w Warszawie, musical "Kariera Nikodema Dyzmy"
Marta Walesiak i Przemysław Bluszcz. Fot. K. Bieliński

Wojciech Kościelniak zyskał przydomek „mistrza polskiego musicalu" i bez wątpienia na niego zasłużył. Sięgając po kolejne powieści udowodnił, że w „Lalce", „Chłopach", w „Złym" kryje się niewykorzystany wcześniej teatralny potencjał. Przenosząc te historie na deski teatru, zamykając je w wielopoziomowej konwencji spektakli muzycznych, dał im nowe życie, przypominając o nich szerokiemu gronu odbiorcy. Podobnie stało się z „Karierą Nikodema Dyzmy", która, jak widać po wyprzedanych biletach, przyciąga do teatru kolejnych widzów.


Warto stać się jednym z nich i obejrzeć ten musical w Teatrze Syrena. Historia tchórzliwego cwaniaczka, który zyskał miano wybawiciela kraju została zrealizowana barwnie, przyjemnie dla oka i ucha. Widzowie, którzy zdecydują się spędzić wieczór w teatrze z pewnością wyjdą z niego zadowoleni.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Złote runo

W ostatni piątek miałam okazję uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu, jakim była prapremiera opery Aleksandra Tansmana "Złote runo". Dla wielbicieli opery było to niezapomniane przeżycie i choć sama na pierwszym miejscu stawiam musical, nie mogę zaprzeczyć, że ten komiczny utwór przypadł mi do gustu. "Złote runo" można było zobaczyć tylko podczas dwóch wieczorów, tym bardziej jestem zadowolona z faktu, że brałam udział w pierwszym z nich. 


Drogocenna opera

Mit o wyprawie Argonautów po złote runo jest jednym z najpopularniejszych w kulturze europejskiej. Jego znaczenie można odczytywać na wiele sposobów: doszukując się w upragnionym skarbie najszlachetniejszych cnót, jakie może zyskać człowiek, bądź spojrzeć na runo magicznego baranka przyziemnie i potraktować je jako symbol wielkiego bogactwa. Bez względu na przyjęty klucz interpretacyjny mit pozostaje interesującą opowieścią, której wpływy odnajduje się w wielu dziełach. 

Jednym z nich jest opera Aleksandra Tansmana „Złote runo”, której światowa prapremiera w łódzkim Teatrze Wielkim zamknęła 11.Międzynarodowy Festiwal Indywidualności Muzycznych. Ten surkonwencjonalny spektakl, którego akcja ograniczyła się do trzech niedługich aktach stanowił piękne ukoronowanie tegorocznej edycji Festiwalu.

Aleksander Tansman "Złote runo" prapremiera
Balet Teatru Wielkiego w Łodzi. Fot. Joanna Miklaszewska

Libretto, którego autorem jest Salvadora de Madariaga, bawiło widzów, odnajdujących w tym komicznie przekształconym antycznym micie nawiązanie do obecnej sytuacji panującej w polskiej polityce. W pamięć zapadały przede wszystkim nazwiska i tytuły polityków rządzących w Cocagnii-królestwie Szczęśliwości, w którym mieszkańcy żyją dostatnie i bez zmartwień, a wszystko to dzięki zgodzie na wymazywanie im pamięci.

Scena z opery "Złote runo" Fot. Joanna Miklaszewska
Łukasz Gaj, Patrycja Krzeszowska. Fot. Joanna Miklaszewska

Żyjący dniem obecnym, bez zmartwień, kryjący twarze za maskami, bardziej od swojego króla Strzałuwgłówkę szanowali Jana Wełnę (głównego sponsora królestwa). To nie ministrowie noszący tak wdzięczne miana, jak na przykład Pokrętny Lis czy Analfabeta Osioł byli prawdziwymi doradcami monarchy. Głos rozsądku w tym zwariowanym świecie stanowił przybyły z daleka Falcon (Sokół), który jako nadworny błazen mógł wpływać na decyzje władcy, gdyż paradoksalnie tylko piastujący to stanowisko człowiek był poważnym obywatelem posiadającym wspomnienia i racjonalną ocenę polityki państwa. Niczym historyczny Stańczyk zadawał pytania o dalsze losy królestwa, którego krucha konstrukcja opierała się na jednym, nadzwyczajnym obywatelu. Jego runa pragnęli wszyscy, doceniając w nim wyłącznie okazję do wzbogacenia się.

Aleksander Tansman "Złote runo" prapremiera
Tomasz Jagodziński, Janusz Ratajczak, Łukasz Gaj. Fot. Joanna Miklaszewska

Libretto „Złotego runa” po latach poszukiwań zostało odnalezione w Bibliotece Narodowej w Paryżu. Wymagało przygotowania do wystawienia, Andrzej Wendland zrekonstruował nieczytelne fragmenty. Maria Sartova podjęła się zrealizowania inscenizacji koncertu. Materiał muzyczny był bardzo wymagający, zaś okres przygotowania przeznaczony na realizację prapremiery za krótki by opracować wielowymiarowe widowisko. 

Teatr Wielki w Łodzi, opera "Złote runo" prapremiera
Na środku Agnieszka Makówka, Dawid Kwieciński. Fot. Joanna Miklaszewska

Na scenie wykorzystano minimalizm. Widzowie nie zobaczyli monumentalnych dekoracji, przeniesienie do Krainy Szczęśliwości miały umożliwić wizualizacje, jednak z powodu awarii sprzętu nie wszystkie udało się zaprezentować. Nie okazało się to żadną przeszkodą dla publiczności, która dzięki wspaniałym głosom solistów posmakowała atmosfery komicznego królestwa. Śpiewacy mogli wspierać się nutami, które znajdowały się na pulpitach rozstawionych na scenie. 

Prapremiera opery "Złote runo" w Teatrze Wielkim w Łodzi
Balet Teatru Wielkiego: Valentyna Batrak, Tomu Kawai, Agnieszka Bajorek
Fot. Joanna Miklaszewska

Trójce głównych bohaterów: księżniczce Albinie, Falconowi oraz Lekkiemupiszczelowi towarzyszyli tancerze (będący ich alter ego), których ruch sceniczny oddawał charakter relacji zachodzących między postaciami. Balet przejął na siebie większą część zadań aktorskich, zresztą z sukcesem.


Niestety dźwięki partytury można było usłyszeć tylko podczas dwóch wieczorów, jednak dyrekcja teatru jeszcze przed prapremierą zapowiedziała, że jeśli dzieło przypadnie publiczności do gustu, „Złote runo” w formie pełnowymiarowego spektaklu wejdzie do repertuaru Teatru Wielkiego. Byłoby to prawdziwe święto dla wielbicieli opery.

Scena zbiorowa, na środku Łukasz Gaj, Agnieszka Makówka.
Fot. Joanna Miklaszewska

Opera, której libretto jest komiczną bajką dla dorosłych, przypadła widzom do gustu. Klimat absurdu, jaki wyłaniał się z każdej sceny nie był jednak powodem do pustego śmiechu, dawał raczej możliwość przemyślenia istotnych kwestii. Jedną z nich było uświadomienie sobie, jak wiele wspólnego mają mieszkańcy królestwa Szczęśliwości oraz my-obywatele kraju, którego historia coraz częściej bywa wymazywana i skazywana na zapomnienie. Niestety za naszym przyzwoleniem.


środa, 30 listopada 2016

Diabeł, który...

19 listopada wybrałam się do łódzkiego Teatru Studyjnego na spektakl Mariusza Grzegorzka. Uwielbiam przedstawienia tego reżysera, mają niesamowity klimat. "Diabeł, który..." również mnie nie zawiódł. Recenzja utknęła gdzieś w redakcji, dlatego wyjątkowo zamieszczę ją pierwsza ;)



Diabeł, którego tworzymy

John Osborne znany jest polskim widzom za sprawą dramatu „Miłość i gniew”, który był wielokrotnie wystawiany przez teatry w różnych miastach. Zanim autor przystąpił do pracy nad tym utworem, napisał inne, przez wiele lat niepublikowane i niewystawiane. Jednym z nich jest „The Devil Inside Him”, który doczekał się tłumaczenia Małgorzaty Semil i zyskał szansę dotarcia do szerszego grona zainteresowanych. Dramat miał niedawno polską prapremierę i jako „Diabeł, który…” zagościł na deskach Teatru Studyjnego w Łodzi. 

Reżyser Mariusz Grzegorzek właśnie ten utwór wybrał na spektakl dyplomowy studentów ostatniego roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej, której jest Rektorem. W przedstawieniu można odnaleźć charakterystyczną dla jego wcześniejszych realizacji estetykę, która niezawodnie uwodzi widzów, jednak powoli staje się przewidywalna.

Mariusz Grzegorzek "Diabeł, który..." Teatr Studyjny
Rodzina Prosserów. Materiały Teatru Studyjnego

Głównym bohaterem „Diabła, który…” jest Huw Prosser. Chłopak ma około dwudziestu lat i z powodu swojej ułomności jest pośmiewiskiem całej wsi. Utyka, wydaje się być opóźniony w rozwoju, bądź cierpieć na niezdiagnozowany autyzm. Chłopak często zamyka się w świecie swoich marzeń i fantazji, które spisuje w dzienniku. Prymitywne, lecz szczere wiersze oddają całą jego naturę, jednak nie może liczyć na żaden ciepły gest, nawet ze strony rodziców. Huw darzy sympatią Dilys, pracującą u jego matki. Rówieśniczka wydaje mu się ideałem piękna, które mogłoby złagodzić plugawość otaczającego go świata. Dla dziewczyny Huw jest nieszkodliwym wielbicielem, którego uczuciami może bawić się bezkarnie. Jednak tylko do czasu.

Przedstawienie dyplomowe łódzkiej Szkoły Filmowej "Diabeł, który..."
Pan i Pani Prosser. Materiały Teatru Studyjnego

Postać Huwa kontrastuje z sylwetkami jego rodziców, których można uznać za typowych przedstawicieli tamtejszej społeczności. Oboje wstydzą się ułomności syna, zwłaszcza jego kondycji umysłowej. Pan Prosser twierdzi, że pozostaje im tylko modlitwa za jego grzeszną duszę, gdyż nie jest on zdolny pojąć Bożej potęgi swoim spaczonym rozumem, a co za tym idzie-staje się łatwym łupem dla demonów i Diabła, który stara się przejąć kontrolę nad chłopakiem. Mężczyzna nie dopuszcza do siebie argumentów żony, przez którą od czasu do czasu przemawiają matczyne instynkty, zazwyczaj jednak tłamszone przez purytańskie wychowanie i wizje piekła, na jakie skazany jest ich syn. 

Małżeństwo Prosserów charakteryzuje ślepa wiara i surowy kodeks moralny, który nakazuje im podchodzić do wszystkiego z powagą i skupieniem, w każdej odmienności dopatrywać się przejawów diabelskiego działania. Sympatia do natury i potrzeba czułości nieudolnie wyrażona przez ich syna w jego wierszach zdają się ostatecznie potwierdzać fakt, że jest on opętany, co skłania Pana Prossera do szukania pomocy u miejscowego pastora-Pana Gruffuyda.

Kaznodzieja sprawuje duchową pieczę nad całą wioską, zna grzechy wszystkich jej mieszkańców. W każdym człowieku odstającym od jego wizji świętości doszukuje się zarodka Złego, który należy za wszelką cenę stłamsić. Stawia się w pozycji stróża moralności mieszkańców wsi, ich nieomylnego przewodnika. Jego konserwatywne idee zostają w dramacie zestawione z poglądami Burna, studenta medycyny, który pojawia się w osadzie. Pochodzący z miasta mężczyzna zna ludzkie ułomności, bardziej od fizycznych problemów pacjentów interesuje go ich psychika, procesy w niej zachodzące. Obserwuje lecz stara się nie oceniać, próbuje być obiektywny. Uważa, że umysł i dusza stanowią jedność, ciało zaś jest tylko nośnikiem wielkich idei. Odnajduje to właśnie w Huwie, któremu zazdrości zrozumienia natury i bliskości, jaką chłopak odczuwa ze światem przyrody.

"Devil inside him" polska prapremiera Teatr Studyjny w Łodzi
Scena "egzorcyzmów" Huwa. Materiały Teatru Studyjnego

W dramacie pierwotność, naturalność i szczerość cały czas zestawiana jest z surowymi, purytańskimi zasadami dyktującymi sposób bycia części postaci. Zostało to przedstawione przez młodych aktorów pod czujnym przewodnictwem Mariusza Grzegorzka. Na scenie tworzą jedną społeczność-oddaje to barwa kostiumów i materiał, z jakiego zostały wykonane. Każdy z bohaterów nosi szary, z lekka połyskujący strój, który zawiera w sobie szczegóły charakteryzujące daną jednostkę. W przypadku Huwa jest to kaptur przy bluzie oraz poszarpane nogawki spodni (chłopak wymyka się z domu, by chodzić po górach, co widać po śladach znoszenia na ubraniu), Dilys ma krótką sukienkę, którą przyozdabia różowymi dodatkami wyróżniającymi dziewczynę, surowość i skromność ubrań państwa Prosser podkreśla ich konserwatywny i wstrzemięźliwy sposób bycia. W zbiorowości da się odnaleźć elementy pozwalające widzom utwierdzić się w przekonaniu, z jakimi bohaterami mają do czynienia.

"Diabeł, który..." Mariusz Grzegorzek
Huw i Dilys. Materiały Teatru Studyjnego

We wsi ukazanej na scenie istnieje jednak rozłam, który akcentuje zachowanie Huwa. Chłopak unika kontaktu z pastorem, obawia się go, co widać zwłaszcza w trakcie rozmowy-próby przeprowadzenia egzorcyzmów. Huw nie wierzy ani w Boga, ani w Diabła. Pierwszego nigdy nie widział, nie doświadczył łaski. Diabłem zaś jest dla niego sam pastor, znęcający się nad nim i straszący piekłem. W obronie poglądów chłopaka staje Burn, podchodzący do kondycji ludzkości w sposób naukowy. On również nie charakteryzuje się wiarą w nadprzyrodzone siły i byty, liczą się dla niego wyłącznie decyzje podejmowane przez ludzi i popychające ich do konkretnych działań. Rozumie Huwa, gdy ten wyznaje mu prawdę o zabójstwie Dilys i nie jest przerażony samym aktem, lecz jego następstwami. Zdaje sobie sprawę z tego, że los dziewczyny był przesądzony-gdyby żyła, konserwatywna ludność potępiłaby ją i odrzuciła. Obawia się jednak, że wina spadnie na chłopaka, który nie zdoła się wytłumaczyć i choćby minimalnie złagodzić wymiaru swojej kary. Wie, że zabójstwo dziewczyny podziałało na Huwa w sposób terapeutyczny, wyzwalając go wprawdzie z ciążących na nim pęt psychicznej ułomności, niestety za prawdopodobną cenę pozbawienia wolności, którą właśnie teraz mógłby poznawać i doceniać.


Konflikt dobrze odgrywają młodzi aktorzy. Największą uwagę widzowie skupiają na scenach konfrontacji, do jakich dochodzi pomiędzy Huwem i Dilys. Maciej Musiałowski i Marianna Zydek doskonale oddają zawiłą, pełną fałszu relację między postaciami. Zgodnie z rytmem opisanym w dramacie postacie raz po raz zyskują i tracą nad sobą przewagę, by w kulminacyjnym momencie doprowadzić do rozlewu krwi. Salon w domu państwa Prosserów staje się ringiem oraz miejscem zbrodni, wyznaczonym przez Dilys, która rękami Zuzanny Zydek rozciąga na scenie bezbarwną taśmę, oddzielając go od reszty świata. Ten jednak nie pozwala o sobie zapomnieć i pod postacią pastora Gruffuyda wkracza ze zdwojoną siłą.
Interesujące jest zestawienie pastora z Burnem, w których wcielili się Cezary Kołacz oraz Tomasz Marczyński. Reprezentujący skrajnie odmienne poglądy, w finałowej scenie stają się demonem oraz aniołem czyhającym na Huwa. Jeden żąda od chłopaka prawdy, drugi odwagi i zachowania milczenia. Początkowo ich odmienne zachowanie ujednolica się, stając się tak samo gwałtowne, podszyte brutalnością, z jaką gotowi są bronić swoich opinii.

"Devil inside him" prapremiera polska w Teatrze Studyjnym w Łodzi
Scena zbiorowa. Materiały Teatru Studyjnego

Ciekawym zabiegiem jest rozciąganie na scenie białej tkaniny, pełniącej rolę ekranu. Wyświetlane są na nim fragmenty filmu, pokazujące aktorów w czasie prób, mówiących o przygotowaniach do zagrania przypisanych im ról. Dzięki temu widzowie mogą przekonać się, jak drogę od rozpoczęcia pracy nad tym spektaklem przeszli występujący w nim artyści. Jednocześnie materiał filmowy staje się pauzą w odgrywanym spektaklu. Rozsuwanie oraz zsuwanie tkaniny, a także dźwięk dzwonka rodem z hotelowej recepcji wyznaczają rytm przedstawienia.

Wspomniałam o tym, że „Diabeł, który…” został przygotowany w estetyce znanej widzom i fanom Mariusza Grzegorzka z jego wcześniejszych realizacji. Zaliczam się do wielbicieli „Dybuka” zrealizowanego przez reżysera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi i doszukałam się pomiędzy tymi spektaklami kilku podobieństw-począwszy od wykorzystania w „Diable, który…” świec wyznaczających przestrzeń gry (w spektaklu z „Jaracza” taką samą funkcję pełniły liny z obciążnikami), obecności ekranu i wyświetlania na nim pewnych elementów prezentowanych historii. Pojawiają się także podobieństwa w samych opowieściach-zło w każdej z nich nie jest wyborem bohaterów, zostaje im ono narzucone. W „Dybuku” duch Chanana nawiedzał ukochaną, ponieważ byli sobie przeznaczeni i miał do niej prawo nadane przez ludzi i Boga. Nie był zły, choć tak postrzegała go (prawie cała) żydowska społeczność. W przypadku Huwa chłopak decyduje się zabić Dilys w akcie zemsty na ludziach oraz na dziewczynie, która próbuje wykorzystać jego uczucie i wrobić w gwałt. Dilys zaś postawiona pod ścianą, z obawy przed społecznym ostracyzmem próbuje ratować się przed konsekwencjami swojego przelotnego romansu w każdy możliwy sposób. Podobnych analogii można doszukiwać się nie tylko w przypadku „Dybuka”, konflikty w konserwatywnej społeczności reżyser poruszył także w spektaklu „Słowo”, czy „Lwie na ulicy”. Konsekwencja w realizowaniu tekstów poruszających takie zagadnienia jest wspaniała i żadnemu ze spektakli nie można zarzucić płytkości podejścia do problemów zawartych w treści, czy nieprzemyślanego odzwierciedlania ich na scenie. Jednak przy całym moim szacunku i sentymencie do łódzkich przedstawień Mariusza Grzegorzka chciałabym zobaczyć jakąś nowość, świeżość w jego realizacjach. Choć być może problem tkwi w tym, że doszukuję się analogii pomiędzy „Diabłem, który…” a innymi tytułami trochę „na siłę”, nie podchodząc do spektaklu dyplomowego z uczuciem „czystej kartki”. Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć.

Mariusz Grzegorzek "Diabeł, który..." spektakl dyplomowy studentów łódzkiej Szkoły Filmowej
Moment "odrodzenia" Huwa. Materiały Teatru Studyjnego

„Diabeł, który…” spełnił moje oczekiwania. Nie znałam wcześniej tego dramatu Johna Osborne’a, do tekstu sięgnęłam po obejrzeniu inscenizacji. Reżyser zdecydował się na wprowadzenie niewielkich skrótów, które nie zmieniły przesłania płynącego z tekstu. To zaś nie jest optymistyczne, aczkolwiek prawdziwe. Zło powstaje w każdym człowieku, jednak nie samoistne. Wydaje się być konsekwencją działań na jakie jednostki zostają narażone. W przypadku Huwa zbrodnia jakiej się dopuścił, była odpowiedzią na nienawiść, którą przez całe życie otrzymywał od ludzi. Nie było w nim wrodzonego zła, zostało mu ono przypisane, zaś chłopak zrealizował czyn, którego mieszkańcy wioski spodziewali się po nim. Zabijając Dilys chłopak dokonał samooczyszczenia, otworzył też oczy swoim rodzicom oraz pastorowi na krzywdy, jakie spotykały go przez całe życie. Ofiara złożona z dziewczyny przyniosła mu lepsze zrozumienie siebie, zapewne odbierając wolność. Warto wybrać się do Teatru Studyjnego, zobaczyć młodych, obiecujących aktorów oraz zastanowić się, czy nasze działania nie powodują, że gdzieś obok nas, powoli nie rodzi się zło?

czwartek, 24 listopada 2016

Ziemia obiecana

Od dłuższego czasu chciałam wybrać się do Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Nie byłam w tej instytucji od kilku lat, głównie dlatego, że po ostatnim obejrzanym tam spektaklu odczuwałam pewnego rodzaju niesmak. Nie podobał mi się kierunek, w którym zmierzał repertuar tego miejsca. Jednak "Ziemia obiecana" przyciągnęła moją uwagę i postanowiłam odświeżyć znajomość z "Nowym". 

Nie było to łatwe, do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy dostanę zaproszenie, ostatecznie udało mi się spędzić w teatrze bardzo przyjemny wieczór. Gorąco polecam to przedstawienie, zwłaszcza osobom, które nie prowadzą intensywnego życia kulturalnego. Jedno wyjście do Teatru Nowego zapewni Wam ponad trzy godziny doznań, historia o przeszłości Łodzi zainteresuje, a przy okazji będziecie mogli zobaczyć kilka dobrych inscenizacyjnych chwytów :) Tymczasem recenzja!


Teatr Nowy Łódź, Ziemia Obiecana
Scena w fabryce. Fot. HaWa

Przeklęte miasto

„Ziemia obiecana” Władysława Reymonta bywa zestawiana z „Lalką” Bolesława Prusa, ponieważ oba tytuły zawierają szczegółowe opisy miast, w których toczy się akcja przedstawiona na kartach powieści. Jednak Warszawa nakreślona przez Prusa jawi się jako miasto pełne elegancji, możliwości i polotu, zaś Łódź zapamiętana przez Reymonta to niszczycielska siła, która pochłania kolejne istnienia rozrastając się w szaleńczym tempie. Na brutalności miasta skupił się Michał Kmiecik, autor adaptacji „Ziemi obiecanej”, którą od prawie roku można oglądać na deskach Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Remigiusz Brzyk wyreżyserował spektakl o tym mieście dedykowany jego mieszkańcom, na który mogą wybrać się, kiedy oczekują gwarancji zadowolenia z oglądanego spektaklu.

Widzowie, którzy nie czytali „Ziemi obiecanej” oraz nie oglądali jej ekranizacji, nie będą mieć problemu ze zrozumieniem fabuły spektaklu. Jego twórcy zastosowali skróty, wybierając z powieści najważniejsze wątki. Na ich podstawie stworzyli spektakl trwający 3.5 godziny. Nie powinno to przerażać przyzwyczajonych do krótszych realizacji widzów, gdyż inscenizacja Brzyka nie zawiera w sobie dłużyzn, które mogłyby męczyć. Wręcz odwrotnie.

Teatr Nowy Łódź, Ziemia obiecana
Welt, Borowiecki oraz Baum-nie mając nic, zbudowali fabrykę. Fot. HaWa


Reżyser przedstawienia w przeciwieństwie do Andrzeja Wajdy odszedł od przyporządkowania całej fabuły motywowi przyjaźni Borowieckiego, Bauma oraz Welta. Na deskach sceny ich relacje zostały ukazane jako biznesowe przymierze, równie chwiejne jak ceny bawełny w ówczesnej Łodzi. Jedynym pewnikiem zawartym w fabule tego spektaklu był ciągły rozwój Łodzi. Miasto łudziło mieszkańców pobliskich wsi perspektywą lepszego, lżejszego życia, które okazało się niemożliwe do osiągnięcia. Ciężką pracę na roli zamienili na niewolniczą obsługę fabrycznych maszyn, przeklinając kłamliwą „ziemię obiecaną”.

W przedstawieniu zamiast kobiet przy krosnach tkackich siedzą mężczyźni, na co dzień pracujący w Teatrze Nowym w działach technicznych. Dzięki nim udaje się sprawnie realizować kolejne spektakle. Teatr jest maszyną napędzaną dzięki pracy ludzi, podobnie jak fabryka, która bez zatrudnionych w niej robotników stałaby pusta. W każdy z tych miejsc pracownicy mają swoje miejsca, dzięki czemu proces tworzenia przebiega sprawnie, jednak nie bez ofiar.

W „Ziemi obiecanej” było ich wiele. Najłatwiej dostrzec najliczniejsze-biedotę pozostającą bez środków do życia i żebrzącą o łaskę na pokrytych błotem łódzkich ulicach. Ich reprezentantką była Wdowa z czwórką dzieci, obrzucająca przekleństwami miasto i jego nieczułych mieszkańców. Nie robiło to jednak na nikim wrażenia, a zwłaszcza na zgromadzonej w teatrze publiczności. Ta zaś nie pachniała cebulą i ziemniakami, czy jednak posiadała przypisywane jej miliony? Ośmielam się wątpić. Wątpi również Borowiecki, który na oczach widzów przeistacza się w ofiarę fabrykanckiego mitu. Nie jest właścicielem fabryki, lecz jej własnością. Na jej rzecz zrezygnował z ludzkich odruchów, stał się cynikiem. Małżeństwo z Madą Müller było dla niego odkładanym w czasie kontraktem, który i tak zawarł.

Ziemia obiecana, Teatr Nowy Łódź
Na pierwszym planie Borowiecki, w głębi uboga Wdowa.
Fot. z archiwum Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi


W spektaklu starano się zachować wierność reymontowskim opisom bezwzględności rozwijającego się miasta oraz jego najbiedniejszych mieszkańców, którzy niczym rozsierdzone stado dzikich psów walczyli między sobą o najmniejsze skrawki łaski fabrykantów. Przemysłowców nie zindywidualizowano, oni również ze sobą rywalizowali podkładając sobie „świnie”, obrzucając oszczerstwami, jednak w czasie pogrzebu Bucholca stają się sprzymierzeńcami, panami rozwijającego się drapieżnego miasta. Ich rozgrywki oraz wątek antysemityzmu stanowią tło całej opowieści, jednak na deskach sceny zostały przedstawione łagodniej niż w książce. Twórcy nie ustosunkowali się do niego, pozostawiając to każdemu z widzów.

Mocną stroną przedstawienia jest scenografia, dzięki której udało się ukazać zarówno wnętrza fabryk, jak i fabrykanckich posiadłości. Wykorzystano całą przestrzeń sceny, tworząc kilka planów gry. Wydarzenia rozgrywające się na proscenium miały charakter intymnych, zaś słowa wypowiadane przez bohaterów właśnie tutaj być skierowane do widzów. Na drugim planie miały miejsce najważniejsze wydarzenia spektaklu-decyzje podejmowane tutaj najsilniej wpływały na losy bohaterów. Kolejny plan można uznać za miejsce działań zbiorowych (na przykład pracę w fabryce, czy świętowanie inauguracji działalności). Najważniejsza była tu powtarzalność gestów, przypisana do masowej produkcji. W tym planie nikt nie oczekiwał od postaci przemyśleń czy słów-liczył się tylko mechaniczny ruch fabrycznych krosen. Ostatni ze zbudowanych planów zdawał się zamykać przestrzeń gry, na metalowych stelażach zawieszano kolejne białe koszulki (przywodząc na myśl tym zachowaniem wieszaki uginające się pod ciężarem t-shirtów w popularnych „sieciówkach”). Pomiędzy nimi znajdowały się portrety przodków patrzących z politowaniem na działania swoich potomków.

Teatr Nowy Łódź, Ziemia obiecana
Borowiecki i Welt, na pierwszym planie robotnicy fabryki.
Fot. z archiwum Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Muzyka wykorzystana w spektaklu nie była do końca trafna. Nieudolne okazało się wykorzystanie śpiewów rodem z synagogi w scenie żydowskich rozmów o handlu i rozwoju fabryki. Głos Zoraka w scenie odczytywania listów do Bucholca miał podkreślać nienawiść jaką odczuwali do niego wykorzystywani robotnicy i spełnił ten zamysł, jednak w pozostałych scenach był tylko dodatkiem bez którego przedstawienie mogłoby się obyć.


Bez wątpienia „Ziemia obiecana” Teatru Nowego jest interesującym spektaklem, który generalnie wydaje się spełniać oczekiwania łódzkiej widowni. Właśnie jej dedykowane są kolejne kwestie wygłaszane przez postacie z proscenium. To widzom zgromadzonym w teatrze złorzeczy głodująca Wdowa. Przeklina łódzką elitę obserwującą z delikatnym uśmiechem na ustach dramaty, które dosięgają tylko najsłabszych. To dla elity produkowane są masowo kolejne serie ubrań. Żarłoczne fabryki podobne do tych dawnych, łódzkich działają wprawdzie gdzieś indziej, jednak zasady ich funkcjonowania pozostały takie same.